Dobra więc, ludziska, mimo iż mózg mój na chwilę obecną pozostaje w stanie utrudniającym jakiekolwiek przestrzenno - kreatywne myślenie właściwe wszelkiego rodzaju literackim wyziewom, stwierdziłem, że jednak w końcu trza by znów coś skrobnąć. Dobrze stwierdziłem, nie?
Sporo się ostatnimi czasy działo. Właściwie to zawsze sporo się dzieje, ale ostatnio działo się tyle, że to działanie uporczywie łupało mi w czachę i zmusiło do zadziałania na blogu ( Też macie wrażenie, że "działanie" zostało tu użyte cokolwiek za gęsto? ). Ostatnimi czasem bowiem... Kurde, nie sądziłem że kiedykolwiek wyjdzie to spod moich palców. Dostałem... ( No nie mogę, no nie mogę.... ) pracę. Ogólnie rzecz biorąc powinienem w tym miejscu napisać coś na kształt "czad, nie?", wszak robota to zwykł być powód do dumy. Z reguły tak. W moim wypadku jednak sprawa wygląda inaczej niż powinna... No bo w chwili, gdy do rąk moich przyszłych przełożonych bądź sekretarek trafiła podpisana kopia umowy - zlecenia ( z pewnością lepsze to niż stała umowa o pracę ) załamała mi się Cobainowska wizja śpiącego pod mostem wyrzutka społeczeństwa, który okrada sklep, za "zarobione" pieniądze nagrywa w studiu płytę, zostaje międzynarodową legendą rocka o której przyszłe pokolenia będą mówić "Wiesz, wnusiu, nikt tak nie potrafił rozjebać na scenie gitary jak on", po ośmiu latach zostaje w końcu oskarżony o dawną kradzież i na znak protestu przeciwko niesprawiedliwemu reżymowi w wieku 27 lat popełnia samobójstwo, dołączając do Jimmy'ego, Janis, Kurta i innych wielkich tego świata, który notabene ten świat opuścili. Teraz prawdopodobnie czeka mnie bardziej klasyczne życie. Praca, studia ( czyt. Jedna, wielka impreza ), ślub w wieku czterdziestu lat, zaraz po studiach, piątka dzieci ( Dziwne? Nie dziwne. Ja tam zawsze wielodzietną rodzinkę chciałem mieć. Z resztą trzeba podnieść ten kraj z marazmów demograficznych kopalń ), brak emerytury, nierefundowane leki na choroby typu przeziębienie czy kaszel i przyglądanie się, jak socjalistyczna Unia walczy o dominację nad światem podczas kolejnej wojny światowej. Czułem, że ten podpis może mi załamać karierę. Skusiła mnie wizja przyzwoitych zarobków, psia mać.
Z drugiej jednak strony, jak się okazało, ta praca przyniosła mi wiele arcyciekawych doświadczeń, mocno pogłębiając moją wiedzą na temat ludzkich zachowań w momencie odbierania kolejnego cholernego telefonu od jebanego konsultanta z pieprzonej sieci komórkowej. Bo wiecie, zostałem, że to tak ładnie ujmę "Ekspertem do spraw klienta biznesowego" pewnej znanej w Polsce telefonii. Prościej rzecz ujmując, siedzę na słuchawkach i dzwonię do ludzi, proponując im przedłużenie obecnej umowy i " w ramach prezentu za wieloletnią współpracę" nowy tablet z mobilnym internetem w zatrważająco niskim abonamencie oraz, coby jeszcze bardziej uszczęśliwić klienta zestaw obejmujący ładowarkę samochodową i słuchawkę bluetooth. Na pierwszy słuch ucha zdawać by się mogło, że to całkiem przyjemna robota. Siedzisz na fotelu, wesoło gawędzisz z ludźmi i od czasu do czasu podpisujesz umowy, załatwiając sobie premię do zarobku. Cud, miód i orzeszki normalnie. Tyle tylko, że ta praca ma jeden, poważny mankament - ludzie, do których wykonujesz połączenia. Ostatnio dzwonię do gościa, kulturalnie się przedstawiam a ten mi grozi prokuraturą i konkretnymi paragrafami. "Panie, spokojnie, ta rozmowa jest nagrywana" - mówię mu. Stwierdził, że to przestępstwo, że sobie nie życzy i na bank stanę przed sądem rejonowym, uwydatniając przekaz swojej wypowiedzi kilkoma niecenzuralnymi hasłami. Jako dobrze wychowany konsultant grzecznie powstrzymałem się od nawciskania gościowi jakiejś ohydnej wiązanki która uciszałyby te jego oskarżycielskie zapędy i rzuciłem tylko krótkie "do widzenia", rozłączając się. Co się będę z kolesiem sprzeczał... Inna rzecz miała się z facetem, który chciał zlikwidować jeden z numerów, a który mogłem mu przedłużyć. Zapytałem go więc, dlaczego to robi, jeśli jest w jakiś sposób niezadowolony z naszych usług, to szybko te błędy naprawimy. Stwierdził, że nie chce o tym rozmawiać. Naciskałem, drążyłem, aż w końcu się chłopak otworzył... Zaczął mi się żalić do słuchawki, że to numer jego żony, a on się właśnie rozwodzi i ogólnie strasznie ciężkie ma teraz życie. No, tym to mnie zastrzelił. Nie wiedziałem, czy próbować go przekonywać do pozostania u nas, czy pocieszać. Ostatecznie stwierdziłem, że "bardzo panu współczuję i przepraszam" i zakończyłem rozmowę... Niech się wiedzie kolesiowi jak najlepiej, może trafi na inną kobietę i wrócą do naszej telefonii... Tak, wtedy to byłby klasyczny happy end.
Generalnie takich wkurzonych bądź skorych do zwierzeń ludzi codziennie trafia się co najmniej kilku. Nie tylko mi, rzecz jasna. Na zmianie u nas zawsze siedzi po kilkunastu ludzi. Musielibyście tak raz stanąć w tym biurze i posłuchać, jak te wszystkie gardła na raz zaczynają trajkotać i przekonywać tych durnych ludzi, że jednak warto obniżyć ten rachunek o te kilkadziesiąt złotych i dostać nowy, wypasiony telefon ( Hm... za dużo "ten", "tych" chyba, nie? )... Ale na nie ma źle. Wiecie dlaczego? A no... bo te gardła w ostatnich wyborach głosowały na Korwina, ha, ha! Wczoraj wyszło na jaw, że na całe szczęście tylko jeden wyrzutek społeczeństwa oddał głos na te haniebne, zbrodnicze ugrupowanie PO. Reszta brygady jak jeden mąż stanęła za Korwinem! W takim teamie to od razu się lepiej pracuje. Tym bardziej, że ci ludzie konkretnie swoje stanowisko uzasadniali, dziewczyny też. Co dowodzi, że młodzi ludzie nie głosują na Korwina z powodu niedojrzałości politycznej, ale właśnie inteligencji, roztropności i chęci zmienienia socjalistycznego reżymu w tym kraju!
Dobra, generalnie miałem jeszcze zamiar walnąć kilka (set, tysięcy) słów w tym poście, ale muszę właśnie lecieć do roboty. Odezwę się znowu z paroma rewelacjami. Trzymajta się, ludzie!
Spowiedź nastoletniego metalowca - czyli jak to jest być młodym metalowcem w środowisku hip - hopowców oraz "techniawy", nosić długie włosy wśród nieprzychylności rodziny, na powitanie księdzu pokazać "\m/" i ranić uszy dźwiękami gitary, na której nie do końca się jeszcze umie grać. Witajcie w moim szalonym świecie!
środa, 18 czerwca 2014
Jak dostałem pracę nową
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny,
Praca
środa, 21 maja 2014
Belle Co - Back on Tour
Tak jest, panie, panowie i Conchito Wurst, w wielu kręgach ( co wielokrotnie było już przeze mnie podkreślane ) legendarny chrześcijański band Belle Co, konsekwentnie budujący swoją markę w kraju i stanowiący coraz większą konkurencję dla takich tuzów religijnego grania jak TGD czy New Life M znowu wziął się za intensywną promocję koncertową. Taki stan rzeczy sugerować może, iż popularność kapeli wzrasta z miesiąca na miesiąc, a nawet z sekundy na sekundę. Bo myśmy tak na dobrą sprawę nie planowali aż tylu koncertów ( chyba ). My nie jesteśmy tego rodzaju ludźmi, że wpychamy się na każde rekolekcje, przesłuchania, festiwale czy czuwania, choćby to miało być czuwanie dla seniorów 90+. Jakoś tak nam się dzieje, że to inni dzwonią, pytają, szukają, a w konsekwencji i zapraszają, abyśmy uświetniali swoją niewątpliwie interesującą prezencją wizerunkową i nieszablonowym podejściem do chrześcijańskich dźwięków wszelakie imprezy o charakterze religijno - kulturalnym. Reakcje publiki na koncertach jak dotąd były ze wszach miar pozytywne. Nikt nas nie wygwizdał, nie rzucił żadnym pomidorem ani nawet taktownie ( lub ostentacyjnie ) nie wstał i nie wyszedł. Co prawda fakt, iż imprezy z gatunku tych religijniejszych mają to do siebie, że ludzie tam egzystujący zazwyczaj odebrali dosyć kulturalne wychowanie i wszczynanie jakichkolwiek aktów protestu uważają za nie na miejscu wypaczyć może nieco takie pozytywne postrzeganie naszych koncertowych wojaży, niemniej jednak warto wierzyć, że te pozytywy są. To zawsze daje kopa do działania.
Coby nie być gołosłownym, walnę ( że tak powiem ) w tym miejscu przykład z zeszłej niedzieli. Otóż zaproszeni zostaliśmy na "Festiwal piosenki wartościowej" odbywający się we wsi Szymiszów na Opolszczyźnie, w powiecie Strzeleckim ( a niech się wypromują. Sołtys się ucieszy pewnie. ). Tak jest, na ten sam festiwal, o którym rok temu w tak rozanielony sposób się rozpisywałem. Tym razem jednak zostaliśmy przez kapitułę tegoż wydarzenia potraktowani zgoła inaczej. W ubiegłym roku, jak pamiętacie ( pewnie nie, ale wmawianie sobie, że czytelnicy pamiętają wszystkie posty jak gimnazjaliści inwokację naprawdę podbudowuje morale ) ów konkurs wygraliśmy. Teraz nawet w nim nie startowaliśmy. Dlaczego? A no dlatego, że zostaliśmy zaproszeni jako gwiazda imprezy! Ileż ja lat musiałem czekać, aby ktoś w końcu wyszedł na środek wypełnionej tłumem sali ( Co prawda gimnastycznej, gdzie akustyka była gorsza w niż w Wielkim Kanionie ) i powiedział: "A teraz zapraszamy na występ gwiazdy dzisiejszego dnia!" ( Czy jakoś tak. ). Nie był to co prawda ustępujący miejsca nowej metalowej sile Tom Araya przed pół milionem ludzi na Wembley, jak to zawsze sobie wyobrażałem, ale i tak uczucie było całkiem niezgorsze. Wychodząc na tę scenę ( coś na kształt sceny właściwie ) normalnie miałem poczucie, że w końcu do czegoś w życiu doszedłem. Tak, tak, też uważam, że to jedno z tych głupszych poczuć, które człowieka w życiu nachodzą. W każdym razie koncercik się udał. Ludziska zgodnie prezentowali przemiłe banany na twarzy, co żywsi klaskali a pęczniejący z dumy sołtys z zadowoleniem spoglądał na świetnie bawiącego się proboszcza. Nawet operator tego całego scenicznego czegoś sprawiał wrażenie, jakby był mocno naszym wystąpieniem zainteresowany. Miło, naprawdę miło.
Potwierdzenie tego, iż koncert okazał się kolosalnym wręcz sukcesem, otrzymaliśmy właściwie zaraz po zejściu ze sceny. No, nie zbiegli się może od razu dziennikarze z TVP w celu nakręcenia reportażu, nie zjawili się także pismaki z Życia na Gorąco żeby rozdmuchać nasz sukces i walnąć kalumnie odnośnie po koncertowych ekscesów klawiszowca czy basisty, niemniej jednak zainteresowanie było. Wywiad z głównymi Merami naszego zespołu przeprowadziło radio Doxa FM, a sam materiał ukazał się chyba w wieczornym wydaniu wiadomości ( w którymś na pewno ). Także i NTO ( Nowa Trybuna Opolska ) machnęła zdaje się jakiś reportażyk o nas i całym festiwalu. Poza zakotwiczyliśmy jeszcze w paru. lokalnych mediach. Ale co tam media, nie to było najważniejsze! Na każdym koncercie, jak wiadomo, najważniejsza jest późniejsza impreza na backstage'u. A nasza, jak zawsze z resztą, obfitowała w spore ilości pysznego ciasta, kawy i herbaty. Po raz kolejny rzecz trzeba: Miło, naprawdę miło.
I tak to leci, ludziska kochani. W najbliższy piątek na ten przykład również zapowiedziany mamy kolejny koncert, tym razem powiązany z czuwaniem odnośnie kleryków. Naprawdę rozumiem, że nie wszystkich tu zaglądających tego typu imprezy muszą kręcić, niemniej jednak serdecznie zapraszam. Może to być jedna z ostatnich okazji, w których zobaczycie Belle Co na żywo. Serio. Jak trafimy do TRWAM TV to o. Rydzyk z pewnością za darmo nas nie odda.
Poniżej macie taką jedną fotkę z festiwalu:
Więcej znajdziecie tu: http://gszymiszow.wodip.opole.pl/festiwal/index.php?option=com_expose&Itemid=53
I nagranie reportażu z radia DOXA FM: http://doxa.fm/aktualnosci/region/szukalem-was/
No i, co by nie było, że nie zapraszałem na ten jeden z ostatnich naszych darmowych koncertów ( Nie, to żart, żart oczywiście. Lubię żartować, really. ):
Prawdopodobnie straciłem tym wystąpieniem zaufanie ortodoksyjnych wielbicieli Marduk czy Mayhem, niemniej jednak pragnę zauważyć, iż nawet coś takiego jak chrześcijański black metal istnieje ( co prawda chłopaki nie mają łatwo, bo to przeczy prawdziwym ideologicznym założeniom tej muzy, ale szacun, że mimo przeciwności wciąż walą do przodu. ). Zwie się to Unblack metalem, ludziska! Takie Frost Like Ashes to ja nawet sobie czasem lubię posłuchać.
"Tyś jest Przedwieczny
Starszy od dni
Koniec i początek
Przedmiot mojego wychwalania
Tyś Gwiazda Zaranna
Tyś Słońce Północy
Jestem, który Jestem
Ty jesteś odniesionym Zwycięstwem
Ty jesteś Panem Zastępów
Ojcze, Synu, tajemniczy Duchu
Niegodziwi drżą ze strachu
Przed Twoim niezliczonym wojskiem ..."
Można po chrześcijańsku łupnąć black metal? Ano, jak widać, można :) I nawet corpse paintingu z twarzyczki zmywać nie trzeba, ty.
Coby nie być gołosłownym, walnę ( że tak powiem ) w tym miejscu przykład z zeszłej niedzieli. Otóż zaproszeni zostaliśmy na "Festiwal piosenki wartościowej" odbywający się we wsi Szymiszów na Opolszczyźnie, w powiecie Strzeleckim ( a niech się wypromują. Sołtys się ucieszy pewnie. ). Tak jest, na ten sam festiwal, o którym rok temu w tak rozanielony sposób się rozpisywałem. Tym razem jednak zostaliśmy przez kapitułę tegoż wydarzenia potraktowani zgoła inaczej. W ubiegłym roku, jak pamiętacie ( pewnie nie, ale wmawianie sobie, że czytelnicy pamiętają wszystkie posty jak gimnazjaliści inwokację naprawdę podbudowuje morale ) ów konkurs wygraliśmy. Teraz nawet w nim nie startowaliśmy. Dlaczego? A no dlatego, że zostaliśmy zaproszeni jako gwiazda imprezy! Ileż ja lat musiałem czekać, aby ktoś w końcu wyszedł na środek wypełnionej tłumem sali ( Co prawda gimnastycznej, gdzie akustyka była gorsza w niż w Wielkim Kanionie ) i powiedział: "A teraz zapraszamy na występ gwiazdy dzisiejszego dnia!" ( Czy jakoś tak. ). Nie był to co prawda ustępujący miejsca nowej metalowej sile Tom Araya przed pół milionem ludzi na Wembley, jak to zawsze sobie wyobrażałem, ale i tak uczucie było całkiem niezgorsze. Wychodząc na tę scenę ( coś na kształt sceny właściwie ) normalnie miałem poczucie, że w końcu do czegoś w życiu doszedłem. Tak, tak, też uważam, że to jedno z tych głupszych poczuć, które człowieka w życiu nachodzą. W każdym razie koncercik się udał. Ludziska zgodnie prezentowali przemiłe banany na twarzy, co żywsi klaskali a pęczniejący z dumy sołtys z zadowoleniem spoglądał na świetnie bawiącego się proboszcza. Nawet operator tego całego scenicznego czegoś sprawiał wrażenie, jakby był mocno naszym wystąpieniem zainteresowany. Miło, naprawdę miło.
Potwierdzenie tego, iż koncert okazał się kolosalnym wręcz sukcesem, otrzymaliśmy właściwie zaraz po zejściu ze sceny. No, nie zbiegli się może od razu dziennikarze z TVP w celu nakręcenia reportażu, nie zjawili się także pismaki z Życia na Gorąco żeby rozdmuchać nasz sukces i walnąć kalumnie odnośnie po koncertowych ekscesów klawiszowca czy basisty, niemniej jednak zainteresowanie było. Wywiad z głównymi Merami naszego zespołu przeprowadziło radio Doxa FM, a sam materiał ukazał się chyba w wieczornym wydaniu wiadomości ( w którymś na pewno ). Także i NTO ( Nowa Trybuna Opolska ) machnęła zdaje się jakiś reportażyk o nas i całym festiwalu. Poza zakotwiczyliśmy jeszcze w paru. lokalnych mediach. Ale co tam media, nie to było najważniejsze! Na każdym koncercie, jak wiadomo, najważniejsza jest późniejsza impreza na backstage'u. A nasza, jak zawsze z resztą, obfitowała w spore ilości pysznego ciasta, kawy i herbaty. Po raz kolejny rzecz trzeba: Miło, naprawdę miło.
I tak to leci, ludziska kochani. W najbliższy piątek na ten przykład również zapowiedziany mamy kolejny koncert, tym razem powiązany z czuwaniem odnośnie kleryków. Naprawdę rozumiem, że nie wszystkich tu zaglądających tego typu imprezy muszą kręcić, niemniej jednak serdecznie zapraszam. Może to być jedna z ostatnich okazji, w których zobaczycie Belle Co na żywo. Serio. Jak trafimy do TRWAM TV to o. Rydzyk z pewnością za darmo nas nie odda.
Poniżej macie taką jedną fotkę z festiwalu:
Więcej znajdziecie tu: http://gszymiszow.wodip.opole.pl/festiwal/index.php?option=com_expose&Itemid=53
I nagranie reportażu z radia DOXA FM: http://doxa.fm/aktualnosci/region/szukalem-was/
No i, co by nie było, że nie zapraszałem na ten jeden z ostatnich naszych darmowych koncertów ( Nie, to żart, żart oczywiście. Lubię żartować, really. ):
Prawdopodobnie straciłem tym wystąpieniem zaufanie ortodoksyjnych wielbicieli Marduk czy Mayhem, niemniej jednak pragnę zauważyć, iż nawet coś takiego jak chrześcijański black metal istnieje ( co prawda chłopaki nie mają łatwo, bo to przeczy prawdziwym ideologicznym założeniom tej muzy, ale szacun, że mimo przeciwności wciąż walą do przodu. ). Zwie się to Unblack metalem, ludziska! Takie Frost Like Ashes to ja nawet sobie czasem lubię posłuchać.
"Tyś jest Przedwieczny
Starszy od dni
Koniec i początek
Przedmiot mojego wychwalania
Tyś Gwiazda Zaranna
Tyś Słońce Północy
Jestem, który Jestem
Ty jesteś odniesionym Zwycięstwem
Ty jesteś Panem Zastępów
Ojcze, Synu, tajemniczy Duchu
Niegodziwi drżą ze strachu
Przed Twoim niezliczonym wojskiem ..."
Można po chrześcijańsku łupnąć black metal? Ano, jak widać, można :) I nawet corpse paintingu z twarzyczki zmywać nie trzeba, ty.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Bunt,
Dziennik Młodego Metalowca,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
piątek, 16 maja 2014
Elvenking - "The Pagan Manifesto"
W dniu dzisiejszym postanowiłem wziąć się za coś, czego dawno - a właściwie nigdy - na tymże blogu nie było. Otóż, z racji tego, iż tematy ostatnich postów obracały się w kręgach raczej mało zbliżonych do tych stricte metalowych, na myśl mi przyszło, aby skrobnąć recenzję któregoś z najnowszych metalowych albumów. Nie wiem, czy pomysł trafiony, w każdym razie spróbujemy coś z tej idei przelać na elektroniczny papier.
Szczerze powiedziawszy, długo myślałem, jakiż to album winienem zrecenzować. Bo w ostatnim czasie nastąpił istny wysyp całkiem smacznie zapowiadających się nowości; A to Sabaton z "Heroes", a to Stratovarius z "Nemesis Day", czy chociażby drugi album wywołującego ogromne ( co zrozumiałe ) emocje Vallenfyre - "Splinters" ( Wszak to band JE Grega Macintosha jest ). Ta. Tyle cudnych melodyjek wytwórnie na świat wypuszczają, a ja rzecz jasna musiałem się wziąć za coś... no, może nie jakoś katastrofalnie słabego, ale mimo wszystko, przeciętnego. Przynajmniej pod względem oryginalności.
Zespół: Elvenking
Kraj pochodzenia: Włochy
Album: The Pagan Manifesto
Styl: Power/heavy metal
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: AFM Records
Elvenking to band z gatunku tych, które od lat łupią jedno i to samo i cepem ze łba im ten koncepcji nie wybijesz. Jeśli na przykład robiliby to w taki sposób, jak panowie z Exodus, którzy na każdym kolejnym albumie walą podobnymi patentami, a jednak wciąż chce się tego słuchać, nie miałbym żadnych pretensji. Tymczasem Aydan i spółka nie dość, że w swej muzyce nie poważają thrashu pod żadną postacią ( no dobra, może coś tam lizną od czasu do czasu ), to jeszcze postanowili babrać się w odmętach słodkawego power/heavy metalu, z folkowymi wtrętami z resztą. Gatunek niby o zacnych tradycjach ( wyłączając folkowe naleciałości ), wystarczy wspomnieć takie bandy jak chociażby Helloween, Sonata Arctica, Edguy czy wymieniany wyżej Stratovarius. Z tą tylko różnicą, że przemielono go już na wszystkie możliwe sposoby i naprawdę ciężko jest w tym temacie powiedzieć cokolwiek odkrywczego. Dlatego też na najnowszym albumie - bez zaskoczeń z resztą - Elfi Królowie nie przedstawili niczego, czego już ktoś kiedyś - w takim czy innym wydaniu - nie zapodał.
Rzec jednak trzeba, że "The Pagan Manifesto" to mimo wszystko jedno z lepszych ich dokonań. Bo mi tam muzyka Elvenking nigdy jakoś specjalnie do gustu nie przypadała; ot, klasyczny do bólu,em miejscami przesłodzony power/heavy metal, zagrany raz lepiej, raz gorzej. Jednakże w porównaniu chociażby do takiego "Wyrd", to najnowszy album Włochów jawi się miejscami jako dzieło co najmniej bardzo dobre. Na uwagę zasługuje już pierwsza ( pomijając intro ), rozbudowana, trwająca prawie trzynaście minut kompozycja. Co prawda miejscami można odnieść wrażenie, że niektóre patenty posklecano trochę na siłę, przez co całość utworu wydaje się nieco niespójna, niemniej jednak jest całkiem w porządku. Plus za klasyczną, przyjemną akustyczną wstawkę pod koniec. Kolejny numer - "Elvenlegions" - wybrany został jako singiel promujący całą płytę. Taki wybór utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że power metalowe kapele prawie nigdy nie potrafiły lansować dobrych singli. Bo przecież, jeśli się nie mylę, to numery promujące powinny być z gatunku tych lepszych na płycie, nie? Tymczasem "Elvenlegions" jest po prostu... słabe. Żadnych dobrych riffów, żadnej porywającej melodyki. Lepiej robi się w przypadku trzech kolejnych, pędzących do przodu utworów. Sprawnie zagrane, podane z klasyczną, power metalowa motoryką. Przyczepiłbym się jedynie do dwóch rzeczy: po pierwsze, panie wokalisto, to, że krzyczysz pan "Let's go!" w utworze nie znaczy, iż numer ten zyska większe poważanie na koncertach czy coś. W tym wypadku efekt może być nawet odwrotny od zamierzonego. Po drugie "Moonbeam Stone Circle" miejscami ( szczególnie w refrenie ) brzmi jak żywcem zerżnięty z Blind Guardian.
Dalsza część płyty poziomem oryginalności również nie wybiega ponad przeciętną. Nadzieję na choć odrobinę powiewu świeżości daje bębnowy, doprawiony chórkiem wstęp w "The Solitaire", ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich. Dalej utworek wali w standardowym, pół szybkim tempie. Choć z drugiej strony całkiem niezgorszy refrenik chłopakom tutaj wyszedł. "Towards the Shore" to z kolei przyjemna, acz całkowicie przewidywalna ballada z orkiestracjami w tle. Kolejny raz widać, iż Hansi i spółka stanowili dla Włochów całkiem pokaźne źródło inspiracji. W kontekście kolejnych numerów "Towards..." traktować można jako swego rodzaju przerywnik ( przerywnik, nie wypełniacz. To ogromna różnica. ) pomiędzy kolejnymi galopadami ( no, choć może to za duże słowo. ). "Pagan's Revolution", "Grandier's Funeral Prayer", "Twilight of Magic" i "Black Roses For the Whicked One " to kolejne mniej lub bardziej pędzące do przodu numerki. Najlepiej z tego zestawu zdaje się wypadać "Twilight..." z niezłą motoryką, całkiem dobrze skonstruowaną solówką i akustyczną końcówką. Całość wieńczy prawie dziewięciominutowy "Witches Gather". I rzecz trzeba, że jest to zwieńczenie przemyślane. Dobry klimat ( choć jak dla mnie za dużo niepotrzebnych, chóralnych zawołań ), w miarę znośna melodyka i mała nowość w postaci lekkiego growlu wokalisty. W poprzednich numerach ten rodzaj śpiewu również miał swoje krótkie epizody, ale dopiero w tym ostatnim został zastosowany na szerszą skalę. Czy był to dobry pomysł? No, konceptu albumu raczej nie zepsuł, więc nie ma źle. A, i miło, że w ostatnich sekundach płyty panowie szarpnęli się jeszcze, aby wzbudzić czymś zainteresowanie słuchacza. Ciekawie podali liryki.
Podsumowując, "The Pagan Manifesto" to album niezły, choć, rzecz jasna, bez żadnych rewolucyjnych rozwiązań. Fani klasycznego power/heavy metalu spod znaku Blind Guardian, wczesnej Avantasii czy nawet Sonata Arctica będą wniebowzięci, inni - niekoniecznie. Pogratulować należy chłopakom, że nie potopili się całkowicie w bagnach słodkawych melodii, a potrafili czasami przyłożyć całkiem ostrym pazurem.
Aha, a co do okładki albumu, to też nie jest zła, choć jak dla mnie zbyt komputerowa. Ja tam wolę klasycznie robione obrazki. Nie wiem jak wy.
Ocena: 7,5/10
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
Elvenking,
Heavy Metal,
Młody Metalowiec,
power metal
poniedziałek, 12 maja 2014
Conchita Wurst i Sku*wiel, który strzelał do delfina na maturze z angielskiego
Czymże byłby ten blog, gdyby nie podjął się skomentowania zaistniałych w ostatnich godzinach sensacyjnych doniesień od sąsiadów zza Bałtyku ( No jak nie sąsiad, jak sąsiad. Wsiadłbyś w statek to w końcu byś dopłynął. ), kraju który wydał na świat szlachetny ród Wikingów, w skrócie: Danii. Otóż, jak udało się ustalić współpracującym z tym blogiem tajnym agentom stacjonującym w Kopenhadze, na skądinąd osławionym konkursie Eurowizji pojawiła się pewna postać o nie do końca zidentyfikowanej płci. Mało tego, wyszła na scenę i jeszcze miała czelność wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Nie jest do końca jasnym, jakim cudem przeszła przez rygorystyczne procedury dotyczące określenia tożsamości seksualnej artysty reprezentującego dany kraj, niemniej jednak piosenkę dokończyła. Pierwszym szokiem, który zaszokował zszokowaną opinię publiczną był fakt, iż pan/pani wykonujący/wykonująca feniksową pieśń dostał/dostała się do finału. Rzecz jasna, ogół społeczeństwa odebrał ten jawny skandal jako ponury żart, który miał na celu zwiększenie oglądalności i wprowadzeniu do konkursu elementów - czarnego bo czarnego, ale jednak - humoru. Przestało być śmiesznie, gdy w internecie pojawiły się intymne zdjęta tego brodatego stwora o niezidentyfikowanej osobowości wewnętrznej, potocznie zwanej kretynizmem. Nie wiem, jaki miał ktoś w tym interes ( gra słów niezamierzona! ) i komu chciał obrzydzić celebrowanie konsumpcji posiłku obiadowego, ale fakt faktem, iż Kiełbasa zaczęła robić furorę. Jej/jego - jak twierdzi posłanka Anna Grodzka - seksowna broda, piękne ciało ( to z kolei opinia JE Romana Biedronia ) i ( no, tu akurat całkiem bezstronnie i bez sarkazmu ) niezły wokal okazały się przepustką do wywołania międzynarodowego skandalu. Czarę goryczy przelała wygrana tego totalnie niesmacznego Włuszta. Europa jak długa i szeroka podzieliła się na ludzi, którzy do teraz nie rozumieją, dlaczego żaden terrorysta nie dokonał zamachu w momencie wczorajszego wznoszenia feniksa i nie wybawił społeczeństwa ( Środowiska prawicowe, ludzi inteligentnych i unio sceptyków ) oraz na tych, których obecność tego rodzaju osobnika w żaden sposób nie krępowała by w łóżku ( Pedały i lewaki. ). Ale jakby się tak dobrze przypatrzeć, to to coś zbiło na tej farsie niezłą kasę. Prawdopodobnie zwietrzył ten Ogrognom swoją szansę i z premedytacją ją wykorzystał. Wątpię, czy obchodziło go, jak na jego prezencję zareaguje opinia publiczna. Pośpiewa sobie jeszcze parę miesięcy, ustawi się i wszyscy o kreaturze zapomną. A ona/ono/on wybuduje jakąś willę w Argentynie i do końca życia pić będzie drinki z palemką. Cała ta sytuacja po raz kolejny dowodzi tylko jednego: głupoty ludzkiej. Jeśli ludzie naprawdę chcą Kiełbasie zaszkodzić, to powinni się zamknąć i nie komentować. A oni z uporem maniaka wciąż na nią ku*wią, pojeżdżają, ryczą, kwiczą i hejtują. Im więcej grzmią, tym więcej kasy Włusztowi leci. Prosta logika. Jaki jest więc sens zabierać jakikolwiek głos w tej sprawie? Jakby nikt nie wypowiedział o tej Eurowizji jednego nawet słowa, to też potwór nie miałby z czego ciągnąć popularności i kasy. Ale powiedz to temu durnemu ludowi...
Dobra panowie, panie i osobniki pokroju Włuszta, skończmy jednak z tymi dywagacjami na temat debilizmu współczesnej Europy i przejdźmy do innego, równie bulwersującego tematu. Otóż w ubiegłą środę - o czym poniekąd już wspominałem - odbył się egzamin maturalny z języka angielskiego, który szerokim echem odbił się we wszelkiego rodzaju środowiskach wodnych. Stało się tak, gdyż jedno z czytań umieszczonych na tejże maturze podjęło, jak się okazało, temat bardzo kontrowersyjny. Dotyczyło ono bowiem pewnego cwanego osobnika, który niesiony przypływem niezrozumiałej frustracji zaczął strzelać do niewinnego delfina. Ta bezsprzecznie bulwersująca sytuacja wywołała w uczniowskim ( i nie tylko uczniowskim ) narodzie gigantyczne wręcz poruszenie. Lud młodzieżowy ostro zaprotestował przeciwko tak nieludzkiemu traktowaniu zwierząt i propagowaniu wartości anty delfinich i postanowił wszcząć bunt. W tym celu - między innymi - powstał fanpage na facebooku, gdzie społeczeństwo może dać wyraz swojej frustracji bezmyślnością CKE. Jako aktywny działacz ruchu "Pro-delfin-life" ( Że co? Nie istnieje? Istnieje, istnieje, przed chwilą go założyłem ) popierałem tę słuszną ideę, a nawet włączyłem się do promowania tej szlachetnej akcji. Nie jestem jednak pewien, czy wyszło mi to na dobre. Postanowiłem bowiem po raz kolejny chwycić za swoja tandetną, rozstrojoną gitarę i zabawić się w pierwszego barda społeczeństwa blogerskiego. Tym razem tematyka utworu - czyli delfinie problemy ze sku*wielem w tle - zmusiła mnie do użycia kilku niecenzuralnych słów. Ogólnie rzecz biorąc, to raczej jestem z tej pieśni dumny. Boję się tylko, że kraj postrzegać mnie teraz będzie jako ordynarnego, nie myślącego w racjonalny sposób osobnika ( Choć z drugiej strony wielu ma o mnie jeszcze gorsze zdanie, więc luz ), który potrafi tylko pojeżdżać po sku*wielu. Przecież on nie jest do końca takim sadystą, na jakiego wygląda... A może strzelał do delfina, bo nie miał co jeść? A może po prostu nie celował do delfina, tylko do tej kobiety? Chyba więc będę musiał przeprosić, że tak tego zacnego sku*wiela zjechałem... Aha, no i serio, ja nie mam w zwyczaju kląć... Ale nie mogłem się powstrzymać od napisania tego czegoś. No kurde, te słowa same mi się w głowie układały...
Po więcej delfinich newsów zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/delfinygino ( nie, nie mój )
I przedstawiam tę oto, obfitujące w tak niecharakterystyczne dla mnie, zatrważająco brzydkie słowa pieśń... Ale, z drugiej prawie dwa tysiące wyświetleń w dwa dni to dobry wynik, jak na zerową promocję. Chyba będzie trza nagrać coś o Włuszcie.
:)
Dobra panowie, panie i osobniki pokroju Włuszta, skończmy jednak z tymi dywagacjami na temat debilizmu współczesnej Europy i przejdźmy do innego, równie bulwersującego tematu. Otóż w ubiegłą środę - o czym poniekąd już wspominałem - odbył się egzamin maturalny z języka angielskiego, który szerokim echem odbił się we wszelkiego rodzaju środowiskach wodnych. Stało się tak, gdyż jedno z czytań umieszczonych na tejże maturze podjęło, jak się okazało, temat bardzo kontrowersyjny. Dotyczyło ono bowiem pewnego cwanego osobnika, który niesiony przypływem niezrozumiałej frustracji zaczął strzelać do niewinnego delfina. Ta bezsprzecznie bulwersująca sytuacja wywołała w uczniowskim ( i nie tylko uczniowskim ) narodzie gigantyczne wręcz poruszenie. Lud młodzieżowy ostro zaprotestował przeciwko tak nieludzkiemu traktowaniu zwierząt i propagowaniu wartości anty delfinich i postanowił wszcząć bunt. W tym celu - między innymi - powstał fanpage na facebooku, gdzie społeczeństwo może dać wyraz swojej frustracji bezmyślnością CKE. Jako aktywny działacz ruchu "Pro-delfin-life" ( Że co? Nie istnieje? Istnieje, istnieje, przed chwilą go założyłem ) popierałem tę słuszną ideę, a nawet włączyłem się do promowania tej szlachetnej akcji. Nie jestem jednak pewien, czy wyszło mi to na dobre. Postanowiłem bowiem po raz kolejny chwycić za swoja tandetną, rozstrojoną gitarę i zabawić się w pierwszego barda społeczeństwa blogerskiego. Tym razem tematyka utworu - czyli delfinie problemy ze sku*wielem w tle - zmusiła mnie do użycia kilku niecenzuralnych słów. Ogólnie rzecz biorąc, to raczej jestem z tej pieśni dumny. Boję się tylko, że kraj postrzegać mnie teraz będzie jako ordynarnego, nie myślącego w racjonalny sposób osobnika ( Choć z drugiej strony wielu ma o mnie jeszcze gorsze zdanie, więc luz ), który potrafi tylko pojeżdżać po sku*wielu. Przecież on nie jest do końca takim sadystą, na jakiego wygląda... A może strzelał do delfina, bo nie miał co jeść? A może po prostu nie celował do delfina, tylko do tej kobiety? Chyba więc będę musiał przeprosić, że tak tego zacnego sku*wiela zjechałem... Aha, no i serio, ja nie mam w zwyczaju kląć... Ale nie mogłem się powstrzymać od napisania tego czegoś. No kurde, te słowa same mi się w głowie układały...
Po więcej delfinich newsów zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/delfinygino ( nie, nie mój )
I przedstawiam tę oto, obfitujące w tak niecharakterystyczne dla mnie, zatrważająco brzydkie słowa pieśń... Ale, z drugiej prawie dwa tysiące wyświetleń w dwa dni to dobry wynik, jak na zerową promocję. Chyba będzie trza nagrać coś o Włuszcie.
:)
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
eurowizja,
matura,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
środa, 7 maja 2014
Matura 2014 Live News: Another Afery i Skandale
Zachęcony kolejnym komentarzem podważającym mój ścisły związek z metalową kulturą... O, czekajcie chwilę, ktoś dzwoni ( Tutaj iście genialnym prozatorskim językiem zapisuję: " W tym momencie z wibrującej niczym ćpun na odwyku komórki rozległ się dźwięk popularnej dyskotekowej piosenki "Jesteś Szalona". Zaskoczony Paweł czym prędzej przycisnął zieloną słuchawkę..." )... Kurde. I właśnie mój nieskazitelny metalowy wizerunek został pogrzebany, psia mać! Zawiodłem tych wszystkich młodych adeptów metalowej sztuki, którzy widzieli we mnie autorytet...
W takim razie trzeba wizerunek poprawić, nie? A nic tak nie poprawia wizerunku jak kolejny ze wszech miar poważny post o kolejnych maturalnych skandalach. Ludzie lubią skandale.
Zastanawiacie się pewnie, czemuż to przemilczałem wczorajszą egzekucję z matematyki... Z bardzo prozaicznego powodu. Najzwyczajniej w świecie się wnerwiłem! Te oszołomy z ministerstwa kultury czy z jakiej dziury tam oni wypełzli postanowili pokazać zestresowanym uczniakom, do jakich okrucieństw są oni zdolni. Tu nie ma co się doszukiwać kolejnych afer, skandali, czy jakichś gangsterskich machlojek. Tu trzeba z pochodniami na Wiejską walić i grozić rozpętaniem wojny domowej, jeśli szybko tej matury nie zniosą! Co prawda zniesienie tego egzaminu jeszcze bardziej otępiłoby i tak zidiociałą współczesną młodzież ( I tu niestety nie ma żadnego sarkazmu... Serio. Znam przypadek, który na pół godziny przed maturą nie wiedział do końca, co to właściwie jest ta delta. ), niemniej jednak mogliby chociaż jakiegoś psychologa nam na salę dać, co by wspierał nasze skołatane nerwy. Albo odpowiedzi do pierwszych piętnastu pytań, żebyśmy się mniej stresowali następnymi. Ale czekajcie tylko... Jeszcze wam zrobimy rewolucję...
Jakby na pocieszenie, dzisiejszy - wedle przewidywań - bardzo hard ( ależ ja dumny jestem ze swoich impossible umiejętności językowych! ) egzamin z angielskiego okazał się wybitnie prosty. Zreflektowali się za ten polski skandal. Stwierdzili, że przesadzili z imprezą i chociaż obcy język zrobili bardziej przyswajalny. Ale to i tak jest niedopuszczalne. Żeby matura z nienarodowego języka była łatwiejsza niż z ojczystego?! Gdzie się podział duch patriotyzmu?! I wszystko jasne. Lewica układała te matury. Oni do końca chcą nas pogrzebać w odmętach socjalistycznego szamba, a może nawet i anarchię wywołać, kto ich tam wie. I my się musimy na to wszystko godzić! Ciekawe, co walną tej garstce nielicznych zapaleńców z miłością do ojczyzny ( w tym i mnie, z tego wynika ) na rozszerzeniu z Polskiego. Pewnie jakąś "Władzę" Konwickiego albo nawet "Słowo o Stalinie" Władysława Broniewskiego, już ja ich tam znam!
Chętnie bym się właściwie po rozwodził nad innymi aferaszystmi aferami i skandalicznymi skandalami które wypłynęły na tegorocznej maturce, ale czeka na mnie ciepły obiadek. Dlatego pozwolę sobie tak krócej nieco dzisiaj.
Aha, no i żeby wszystko było jasne ( Parabole tańczą... ): Wszystko co dzisiaj napisałem było jak najbardziej poważne ( A parabole wciąż tańczą, tańczą... ). Serio ( Monalizą byyyłaś mi... ). Co tam najbardziej, nawet w cholerę poważne ( ...marzyłem tylko o toobie! ).
O i wyczekujcie gdzieś w internetowych zakątkach NTO ( Nowej Trybuny Opolskiej ) mojej krzywej, w ogóle nie podobnej do Brada Pitta gęby. I kilku słów ode mnie. Zawsze to jakaś promocja bloga, nie?
Na koniec z cyklu "Czego najlepiej słuchać przed maturą" taka oto klasyczna piosnka:
No, u mnie w każdym razie przed polskim sprawdziła się idealnie :)
W takim razie trzeba wizerunek poprawić, nie? A nic tak nie poprawia wizerunku jak kolejny ze wszech miar poważny post o kolejnych maturalnych skandalach. Ludzie lubią skandale.
Zastanawiacie się pewnie, czemuż to przemilczałem wczorajszą egzekucję z matematyki... Z bardzo prozaicznego powodu. Najzwyczajniej w świecie się wnerwiłem! Te oszołomy z ministerstwa kultury czy z jakiej dziury tam oni wypełzli postanowili pokazać zestresowanym uczniakom, do jakich okrucieństw są oni zdolni. Tu nie ma co się doszukiwać kolejnych afer, skandali, czy jakichś gangsterskich machlojek. Tu trzeba z pochodniami na Wiejską walić i grozić rozpętaniem wojny domowej, jeśli szybko tej matury nie zniosą! Co prawda zniesienie tego egzaminu jeszcze bardziej otępiłoby i tak zidiociałą współczesną młodzież ( I tu niestety nie ma żadnego sarkazmu... Serio. Znam przypadek, który na pół godziny przed maturą nie wiedział do końca, co to właściwie jest ta delta. ), niemniej jednak mogliby chociaż jakiegoś psychologa nam na salę dać, co by wspierał nasze skołatane nerwy. Albo odpowiedzi do pierwszych piętnastu pytań, żebyśmy się mniej stresowali następnymi. Ale czekajcie tylko... Jeszcze wam zrobimy rewolucję...
Jakby na pocieszenie, dzisiejszy - wedle przewidywań - bardzo hard ( ależ ja dumny jestem ze swoich impossible umiejętności językowych! ) egzamin z angielskiego okazał się wybitnie prosty. Zreflektowali się za ten polski skandal. Stwierdzili, że przesadzili z imprezą i chociaż obcy język zrobili bardziej przyswajalny. Ale to i tak jest niedopuszczalne. Żeby matura z nienarodowego języka była łatwiejsza niż z ojczystego?! Gdzie się podział duch patriotyzmu?! I wszystko jasne. Lewica układała te matury. Oni do końca chcą nas pogrzebać w odmętach socjalistycznego szamba, a może nawet i anarchię wywołać, kto ich tam wie. I my się musimy na to wszystko godzić! Ciekawe, co walną tej garstce nielicznych zapaleńców z miłością do ojczyzny ( w tym i mnie, z tego wynika ) na rozszerzeniu z Polskiego. Pewnie jakąś "Władzę" Konwickiego albo nawet "Słowo o Stalinie" Władysława Broniewskiego, już ja ich tam znam!
Chętnie bym się właściwie po rozwodził nad innymi aferaszystmi aferami i skandalicznymi skandalami które wypłynęły na tegorocznej maturce, ale czeka na mnie ciepły obiadek. Dlatego pozwolę sobie tak krócej nieco dzisiaj.
Aha, no i żeby wszystko było jasne ( Parabole tańczą... ): Wszystko co dzisiaj napisałem było jak najbardziej poważne ( A parabole wciąż tańczą, tańczą... ). Serio ( Monalizą byyyłaś mi... ). Co tam najbardziej, nawet w cholerę poważne ( ...marzyłem tylko o toobie! ).
O i wyczekujcie gdzieś w internetowych zakątkach NTO ( Nowej Trybuny Opolskiej ) mojej krzywej, w ogóle nie podobnej do Brada Pitta gęby. I kilku słów ode mnie. Zawsze to jakaś promocja bloga, nie?
Na koniec z cyklu "Czego najlepiej słuchać przed maturą" taka oto klasyczna piosnka:
No, u mnie w każdym razie przed polskim sprawdziła się idealnie :)
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Bunt,
Dziennik Młodego Metalowca,
Dziewczyny,
Młody Metalowiec,
Młodzież
poniedziałek, 5 maja 2014
Matura 2014 Live News: Afery i Skandale
Live podany co prawda z nieznacznym przesunięciem obrazu, niemniej jednak skonstruowany wedle wszelkich - nie do końca zrozumiałych - reguł tegoż tu skromnego bloga. Jak zwykle w wypadku podejmowania tematów ważniejszych od ważnych ( a dla wielu z pewnością maturą takim jest; Niektórzy to podobno nawet w zeszłym tygodniu krzyżem do Częstochowy się czołgali, bo - słusznie z resztą - stwierdzili, że poleganie tylko na własnym umyśle jest zazwyczaj zawodne ) zacząć trzeba od skandalu. Co tam skandalu, międzynarodowej afery o charakterze korupcyjno - mafijnym! Pierwszym skandalem wynikającym z tegorocznej matury z polskiego jest fakt, iż w ogóle się odbyła. Mimo iż rozumiem, że poprzednie roczniki również tego nie przyjemnego doświadczenia doświadczyły ( Że co? Niepoprawnie stylistycznie jakoś? Matura się skończyła, to sobie piszę, jak chcę. A co! ), to stoję na stanowisku iż autorów tegorocznej edycji trzeba zamknąć w kryminale, ewentualnie eksmitować z tego kraju. W sposób jaki skonstruowali tę torturę ludzkich mózgów zakrawa pod zwyrodniałe, pozbawione skrupułów bestialstwo, w dodatku z demoralizującym przekazem. Zawarli w nim jawny, choć wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie do końca świadomy przekaz podprogowy. Ha, że głupio gadam? Odrzućmy w tym momencie dywagacje nad tym, czy "Potop" został wydany w średniowieczu czy w roku 1974 ( wrócę do tego jeszcze, bo po niektórych minach widzę że wydaje im się, że źle widzą. ) i spójrzmy na to wszystko zupełnie z innej strony...
Pierwszy szok: Ta matura układana była od tyłu! Nie przypadkowo padła taka, a nie inna kolejność zadań: Motyw miłości, "Potop", "Wesele". Otóż panowie/panie w czasie tworzenia tegoż egzaminu z pewnością siedziała na weselu. Naturalną więc ich myślą było, aby tenże utwór na maturkę przemycić. Dalej jednak skończył się im pomysły. A jak się kończą pomysły, to - rzecz oczywista - trzeba się iść napić. A już w ogóle jak się jest na weselu. Wyjątkowo pozbawieni weny "układacze" wlewali w siebie coraz więcej trunków, aż zrobiły się z tego całe morza, albo oceany nawet. Innymi słowy: Potop. No i drugi temat jak w mordę strzelił! Teraz brakowało tylko jakiegoś innowacyjnego pomysłu na pierwszy tekst, do którego można by walnąć jakieś głupie pytania. Zastanówmy się: O czym po pijaku myślą faceci? No wiadomo, o dziewczynach. A dziewczyny? No tak, o facetach! Łącząc te dwa elementy, otrzymujemy nowy czynnik: Miłość. Tak oto, w prosty i nieskomplikowany sposób twórcy postanowili skatować przyszłość tego narodu. Przestawili jedynie kolejność patentów, co by nikt się nie połapał. Ha, myśleliście że w tym kraju sami idioci są, co? Wszystkich was przejrzeliśmy.
Podobnie rzecz się miała z pytaniami, jakie nam zaserwowali. Przecież to oczywisty pijacki bełkot jest....
Pytanie pierwsze, o ile sobie przypominam brzmiało mniej więcej " Napisz, czym dla uczestników dialogu "Uczty" był pokarm duszy ( choć tu mogło być inne słowo )" ( no, taki sens był ) czy jakoś tak. No siedzieli sobie kochani twórcy, naprani, nie mogąc na nic wpaść. W końcu natrafili na rozsławioną ( nie gadać mi tu, ona istnieje! ) pewnym polskim komediowym z resztą filmem markę wina "platon" i już wiedzieli, w co uderzyć. Adekwatnie do swojej sytuacji wzięli się za "Ucztę". A że nic z niej nie rozumieli - po pijaku ciężko cokolwiek zrozumieć - ułożyli właśnie takie pytania. Wyglądało to jakoś tak:
- Ej, Józek, co to jest ku*wa ten pokarm duszy?!
- Ten z tego dialogu? Pierwsze ku*wa słyszę! Tomuś, masz pomysł?!
- Nie mam ku*wa pojęcia! Spytajmy się tych wyrostków, co to będą zdawać. Niech się męczą, fajansy jedne!
Na takiej zasadzie stworzona została większość pytań. Swoistym cudem okazał się dobór tekstu, z którego coś jakoś poniekąd w jakimś mniejszym stopniu można było wywnioskować, bo wpisali po prostu w googlach "artykuły o uczcie i Platonie" i wzięli pierwsze, co im wyskoczyło. To skandal, żeby tak traktować młodzieżową społeczność! Domagamy się przeprosin!
Większym skandalem okazały się jednak tematy wypracowań. O ile "Potop" nie zawierał żadnego ukrytego przekazu czy afery, to już zadanie postawione w "Weselu" to jawna gangsterka. Otóż nie podpadło wam, dlaczego akurat dali taki dialog? Czy ktoś z was cokolwiek z niego zrozumiał?! No właśnie! Na normalnym weselu, jak toczy się rozmowa między dwoma napranymi ludźmi też nikt nic nie rozumie. I na tej właśnie imprezie panowie układacze zasłyszeli rozmowę takich właśnie osobników. Przypadkowo sposób ich wypowiedzi idealnie wpasował się w niezrozumiałą Wyspiańską lirykę ( Nawet całkiem dosłownie! Podobno ów panowie kłócili się o poglądy Korwina i Tuska. Korwin domaga się narodowego zrywu - zupełnie jak romantyczny poeta z "Wesela", a Tusk takie zapędy ma w głębokim poważaniu i uważa je za śmieszne - tak jak pozytywistyczny Gospodarz. < W toku rozmowy wyszły socjalistyczne machlojki JE Donalda, ale nie ma to związku z maturą. A może ma? > ), a więc ostatni maturalny temat został załatwiony. Tyle tylko że tutaj dochodzi aspekt korupcyjny... Przecież trzeba było zapłacić panom za wykorzystanie ich wizerunku, nie? Co z tego, że Wyspiański był pierwszy. Prawo jest prawo, podobno Unia ma takie przepisy i nic na to nie poradzimy. I teraz rodzi się pytanie... ile panowie dostali?! He?! I to wszystko z kieszeni podatników! O tym nikt nie mówi, do jasnej cholery! Przecież to czysta zbrodniczość jest!
Dlatego też, jako przykładny obywatel i tegoroczny maturzysta postuluję o zbadanie trzeźwości komisji egzaminacyjnej, która matury będzie sprawdzać. Chyba, że po pijaku wpisują więcej punktów.
Ah, i jak będzie mnie ktoś chciał ścigać czy pozywać za ujawnianie tajnych akt które nie miały trafić do wiadomości publicznej, to walić na mejla. Z chęcią odpiszę.
A, nie wyjaśniłem jeszcze kwestii roku wydania Potopu. Otóż pewien mój znajomy legitymujący się z współpracą z pewnym polskim magazynem muzycznym był mimowolnym świadkiem takiego oto monologu na przystanku: " "No więc jakby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że napiszę "Potop", to
bym k**** wyśmiała! Ja nie czytałam "Potopu", ani filmu nie oglądałam. A
dzisiaj wchodzę rano na fejsa i patrzę, że urodziny Sienkiewicza. No
jakbym wcześniej wiedziała, to bym się obryła, bo było pewne, że w
urodziny dadzą. A ta data pod tekstem, 1974, to, myślisz, data wydania?
Aha, ok. Ja nie wiem jaki to wiek, epoki tylko znam! I odrzucałam:
średniowiecze nie, Młoda Polska nie... Słuchaj to: ostatnio mówili, że
maturę pisał jakiś koleś, co sam był autorem tekstu do interpretacji. I
80% tylko dostał! Pojebane tej!".
Noo, niektórzy to się naprawdę przejęli, jak widać. Ach, dziewczę z pewnością nie jest niemądre i nie wyrośnie z niej zakała społeczeństwa, podobnie jak z większości młodych ludzi, zważywszy na tragiczny poziom polskiego szkolnictwa. To pewnie tylko chwilowy kryzys.
( Cholera jasna... nie lubię tutaj stawać na konkretnych politycznych stanowiskach, ale jak nie wybierzemy tego Korwina, to ten kraj dostatecznie pogrąży się w ruinie. Serio. )
A na koniec, dla rozluźnienia przed jutrzejszymi matematycznymi aferami Mr. Irek Krosny!
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
Dziewczyny,
matura,
Miłość,
Młody Metalowiec,
Młodzież
niedziela, 6 kwietnia 2014
Problem psychologiczny
Pod tym jakże tajemniczym w swej tajemniczości tytułem ukryłem zagadnienie skądinąd bardzo powszechne - mianowicie problem "braku weny", lub, jak kto woli, niemocy twórczej. Czemu określiłem je jako "problem psychologiczny"? Raz, że takowym problemem w istocie jest, a dwa, wyszło mi że na takiej frazie/tytule mogę zarobić parę wejść więcej. Zobaczymy, czy wierzyć tym wszystkim durnowatym internetowym poradnikom ( niby durne, ale ludzie czytają. Znaczy się, że ktoś zdaje sobie sprawę, że jest to durne i że durni ludzie będą to czytać, więc ten ktoś siada i pisze. Co w gruncie rzeczy czyni go człowiekiem inteligentnym. ). Zważcie na fakt, iż w przeciwieństwie do innych żerujących na ludzkiej głupocie i naturalnej uległości względem percepcji blogerów przynajmniej wam mówię, o co sprawa idzie. Jestem więc ( a przynajmniej staram się być ) uczciwy wobec swoich czytelników ( Jakby się tak zastanowić, to takie stwierdzenie stawia mnie mimo wszystko po stronie nieuczciwych. Bo przecież gnojąc innych blogerów jednocześnie chwaląc siebie, podpadam pod marnego oszusta, który wszelkimi środkami próbuje zdobyć zaufanie czytelników. Ech. I jak tu wyjść na równego gościa? ).
W każdym bądź razie temat ciemnoty pisarskiej zakrawa pod całkiem poważną i (nie)wdzięczną w kontekście rozważań kwestię. Czemu jednak postanowiłem zagadnienie podjąć? Ano, bo najzwyczajniej w świecie ostatnio mnie dopadło. I właściwie nadal trzyma. Zdajecie sobie sprawę, jakie to durne uczucie jest? Siedzisz przed monitorem, otwierasz worda, a w głowie bezgwiezdne niebo oglądane z punktu dna Rowu Mariańskiego wrzuconego w czarną dziurę. Myślisz, myślisz, myślisz... i tyle. Mogłem sobie myśleć, stawiać kolejne literki, tworzyć nawet zdania ale i tak wszystko co napisałem w ostatecznym rozrachunku wydało mi się warte jedynie wydrukowania i użycia w toalecie, w razie gdyby dopadł mnie pewien mało przyjemny ( no, może czasami nie jest tak źle nawet ) problem a zabrakłoby klasycznych środków mogących pozbyć się jego resztek. Matko jedyna, jak to wnerwia człowieka! Jest pomysł, jest idea, a brakuje psychologicznych warunków na to by ten pomysł czym prędzej wywalić ze łba. A lud spragniony dziwacznie pokręconych tekstów czeka...
Jednakże, po kilku dniach bezowocnych prób napisania kolejnego opowiadania doszedłem do wniosku, że cała ta sytuacja powinna mnie właściwie uszczęśliwić. Przeanalizujmy zagadnienie z czysto filozoficznej strony ( ostatnio się nauczyłem, że wszelkie rzeczy w taki sposób analizuje się najciekawiej i najefektywniej zarazem ). Po pierwsze, nie może dopaść niemoc twórcza tego, kto nie tworzy. Tak? Tak. Znaczy to więc że tworzę, a więc robię coś, żeby pomysły w mojej głowie nie zostały rzucone na pastwę bezdennej otchłani niepamięci i mogły przysłużyć się społeczeństwu. Co z kolei prowadzi do konkluzji iż się staram i ( choć zdecydowanie nie tyle, ile bym chciał ) pracuję, a więc nie marnuję talentu jaki ( być może, to się okaże ) został mi z góry narzucony. Po drugie, niemoc twórcza - w tym konkretnym okresie, w którym następuje - jest domeną ludzi w jakiś sposób wypalonych. A wypaleni mogą być tylko ci, którzy mnóstwo swojego czasu i pomysłów zużyli już na zbawienie ludzkości ( każdy młody twórca chce zbawić ludzkość, ja też. ). Z tego wychodzi, że ta kopalnia w mojej głowie wydobywała grudki kolejnych idei w całkiem sporych ilościach. Urlop się należy, to normalna rzecz. Po trzecie, twórca, aby dostał tej ciemnoty we łbie musi być też artystą. Artystów cechuje bowiem nieszablonowość myślenia i zdolność do stosowania niekonwencjonalnych rozwiązań, które w pierwszej kolejności mają przynieść przyjemność i korzyści samemu autorowi. Twórca nie będący artystą nie może dostać niemocy twórczej, bo pozbawiony jest wyobraźni i tego nieszablonowego myślenia. Przykładowo będąc robotnikiem malującym na zlecenie ścianę w pokoju nie mogę dostać niemocy twórczej, bo ktoś powiedział mi jakiego koloru mam użyć i jak to pomalować ( choć może się mylę i są osobniki potrafiące w takich sytuacjach sfiksować ). W takim wypadku jestem jedynie twórcą wyglądu ściany, a nie artystą. Gdyby ten zlecający ktoś powiedział mi: Pomaluj tę ścianę jak chcesz, wtedy byłbym już artystą - musiałbym użyć wyobraźni i własnej inwencji twórczej. I mógłbym dostać tego braku weny i nie wiedzieć, jak za tę ścianę się zabrać. Tak? Tak. Dążę do tego, iż jako że w moim łbie pojawiła się owa mroczna pustka, jestem artystą, co samo w sobie jest powodem do dumy ( Artysta - toż to w ogóle pięknie brzmi! ). Po czwarte i ostatnie uczucie niemocy twórczej daje ci pewne doświadczenie. Zaczynasz rozumieć, że jeśli będziesz chciał się w tych rejonach obracać jako istota zarabiająca na przetrwanie marnej egzystencji ( przynajmniej na tym świecie ), takie sytuacje mogą się zdarzać dosyć często. Wszak człowiek jest tylko człowiekiem i nic ponadto. Czyli tak na dobrą sprawę nikim, w obliczu złożoności wszechświata i tego wszystkiego co jest w nim i poza nim ( to taka moja refleksja osobista, no. Wiem, zaczynam zbytnio wpadać w durne - acz ciekawe - filozofowanie ).
Suma sumarum taka puszcza kampinoska nocą w głowie jest człowiekowi czasem potrzebna. Jak już przejdzie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa trochę odczeka, zanim znów zaatakuje, a wena wróci dwa razy silniejsza. Czekam z utęsknieniem. Bo tak na dobrą sprawę to ja wciąż tej weny nie odzyskałem. Posty na blogu to ja se mogę nawalać, cóż to za robota wziąć do kupy parę trudno wymawialnych i przez wielu niezrozumiałych słów i poskładać w miarę logiczną całość, ku uciesze czytającej gawiedzi. Z takim opowiadaniem to zdecydowanie gorzej jest. Odpowiednie dialogi, coby dobrze odzwierciedlały charakter postaci, koncept moralizatorski ( czasami ), adekwatny do danej sceny opis, odwołania do innych utworów ( to bardzo ciekawy i dający wiele interesujących rozwiązań fabularnych zabieg ), dobre stopniowanie poszczególnych, następujących po sobie punktów zawartych w fabule, do tego jakieś "coś", żeby czytelnik poczuł się tym cosiem zszokowany i oczarowany zarazem i z chęcią przeczytał kolejne opowiadanko. Kurde, to zdecydowanie nie jest takie łatwe. Ale wena wróci, to wszystko się stanie łatwe. Czekajcie tylko, jak już ten zbiór się napisze. A wtedy... Nie zdziwcie się, jak ujrzycie moją osobę w jednej z telewizji śniadaniowych. Wiem, nisko mierzę ( zatrważająco nisko nawet ), ale od czegoś trza zacząć. Nie od razu przecież zgłosi się Steven Spielberg z opcją podpisania lukratywnego kontraktu obejmującego sfilmowanie pięciu moich kolejnych nie napisanych jeszcze powieści, nie?
P.S
Podczas niemocy twórczej nawiedził mnie Peter ( ten Szwedzki ). Temu to się wena chyba nigdy nie kończy.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Bunt,
Dziennik Młodego Metalowca,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
problem
czwartek, 27 marca 2014
O rzeczach względnie zajebistych
Wielu z zaglądających tu ludzisk z pewnością rozgryza teraz, jakie przesłanie niesie ze sobą ów genialny w swej tajemniczości tytuł. Szczerze powiedziawszy, to nie mam pojęcia. Ba, nie wiem nawet, o czym będzie ten post. Po prostu siedziałem sobie - wcale nie znudzony - na historii, sprawiając wrażenie pracowitego ucznia ( Taak, to moja główna zaleta. Nie, nie pracowitość. Robienie wrażenia. ) i nagle ten tytuł wpadł mi do łba. Nie roztrząsam, jakie nadprzyrodzone siły odpowiedzialne były za zaśmiecenie mojego i tak już - wedle kryteriów stawianych przez pewnych często wnerwiających ludzi sympatyzujących z różnorakimi zielonymi środowiskami - nadającego się do zutylizowania mózgu jeszcze jedną pozbawioną sensu myślą. Fakt faktem jednak, iż pod płaszczykiem teoretycznie skretyniałych słów ułożonych w jeszcze bardziej skretyniały ciąg dostrzegłem coś, co mogło je podciągnąć nawet do rangi tytułu właściwego największym filozoficznym dziełom. Mało tego! Po głębszej analizie doszedłem nawet do wniosku, że "sprawy względnie zajebiste" są istotną częścią życia każdego z nas!
Weźmy na ten przykład szkołę. Dla jednych miejsce ucieczki przed depresyjną szarzyzną wolności, jaka roztacza się nad światem poza jej murami ( Z najnowszych podręczników do historii, ewentualnie religii bądź filozofii - mianem tym określa się współczesnych heretyków ), dla innych po prostu przymusowa konieczność, oczywisty atak na domagająca się dzikich imprez i jeszcze dzikszych zadym zbuntowaną nastoletnią młodość ( To ci z gatunku tych całkowicie normalnych. ). Jednakże, próbując jakoś przetrwać bezspornie arcytrudne i ciężkie dni naszej szkolnej egzystencji często nie zauważamy wokół siebie wielu rzeczy, które po dokładnym zastanowieniu uwydatniają się w zupełnie kształcie innym niż dotychczas. Przypuśćmy na ten przykład, iż jesteśmy sfrustrowaną antylogiczną jednostką, próbującą przegryźć się przez morderczy system edukacji matematycznej. Aby osiągnąć pełny sukces ( Czytaj: Prześlizgnąć się do następnej klasy bez sierpnia ), brakuje nam pięciu punktów. Wykazująca się niespotykanym wręcz aktem łaski belferka postanawia, iż uzyskać potrzebną liczbę będzie można jeszcze z pomocą dwóch kartkówek, każda za pięć punktów. No i sytuacja zdarzyła się taka, że z pierwszej dostaliśmy trzy punkty. Oznacza to, iż z drugiej będziemy musieli dostać dwa, a więc mniej niż połowę. Co znowu oznacza, iż jednak nie załatwiliśmy sprawy i będzie się jeszcze trzeba nieco pouczyć ( nie miałem pomysłu, jak obejść to "będzie" w tych dwóch zdaniach, tak po prawdzie ), ale mniej, niż gdybyśmy mieli pisać tylko jedną kartkówkę. Na taki stan rzeczy zazwyczaj reagujemy słowami: "Nie ma źle", "Jest dobrze" albo ( w skrajnie znerwicowanych przypadkach ) " Ku*wa, jest ok". Taka interpretacja jest zdecydowanie błędna. Mamy bowiem przed sobą klasyczny przykład "sytuacji względnie zajebistej"! Brakuje nam ledwo dwóch punktów do zdania, ale jednak będzie się trza trochę poduczyć, choć nie tak znów przesadnie dużo. Znaczy to, że jest względnie zajebiście. Zaczynacie powoli kminić etymologię zwrotu? To świetnie, ja też zaczynam.
Zdarzają się też sytuacje, w których nacisk na poszczególne słowa zwrotu rozchodzi się nierównomiernie. Mówiąc prościej: Tak jak w wypadku matmy w wyrażeniu "względnie zajebista" oba słowa są równie ważne i niezbędne, tak czasami zdarza się, iż "względnie" jest ważniejsze niż "zajebista" i na odwrót. W celu głębszej analizy zagadnienia posłużę się kolejnym przykładem.
Wyobraźmy sobie parę młodych kochanków, którzy dowiadują się, iż będą mieli dziecko. Temat prosty do zobrazowania w umyśle, wszak wszyscy kochają kochających się ludzi, co potwierdza sukces wielu beznadziejnych romansideł ( nie tylko tych z kiosku ). No i powiedzmy, że kochankowie poważnie myślą o wspólnej przyszłości. Facet ma pracę - zarabia mniej więcej 3 tysiące złotych. Ona nie pracuje ( to wszystko ważne dane są, zresztą sami później zobaczycie ). Oboje mają mieszkanie, za które miesięcznie płacą łącznie pięćset złotych ( to, skąd je mają, to już ich sprawa. ). Tak więc teoretycznie spokojnie mogą sobie pozwolić na jedno dziecko. Wtedy sytuacja byłaby tylko zajebista ( idealna ), bo i dwójka kochających się ludzi jest, i owoc ich miłości, któremu można zapewnić w miarę godziwe utrzymanie. Co jednak, gdyby okazało się, iż dziewczyna ma urodzić pięcioraczki? Wtedy mamy do czynienia z przykładem sytuacji względnie zajebistej, gdzie słowo "względnie" jest dużo ważniejsze niż "zajebiste". Bo ogólnie rzecz biorąc sytuacja nadal jest zajebista, w końcu urodzą się im dzieci. Z drugiej jednak strony nie będzie ich za co porządnie utrzymać, a więc tylko względnie. I ta względność zajmuje tu wyższą pozycję z tego powodu, iż umysł rodziców chcących zapewnić swoim dzieciom godziwe warunki bytowania - po pierwszym napadzie zajebistości - skupi się właśnie na tej względności. Nadal nie kumacie? Prościej. Zajebistość wywołuje w rodzicach radość z narodzin dzieci, względność każe się nad tym wszystkim zastanowić i drżeć, z czego tę rodzinę utrzymać. Myślę więc, że ów strach dłużej i trwalej zapisze się w ich umysłach niż radość. Dostatecznie prosto? Kurde, nawet ja zrozumiałem, więc musi być prosto.
Skoro mamy więc pokrótce przedstawione zagadnienie, chciałbym w tym momencie wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kategorii społecznej, w której pojęcie "względnie zajebiste" zajmuje kluczowe stanowisko, by nie rzecz że nie urasta do poziomu ucieczki przed destrukcyjnością egzystencjalnych rozważań. Mianowicie skoro blog z założenia miał kręcić się wokół tematów związanych z szeroko pojętym metalem - wspomnę jeszcze o subkulturze metalowej. Otóż - co wyraźnie pokazuje zarówno historia, jak i codzienne doświadczenia - pojęcie "względnie zajebiste" jest nieraz całym życiem takiego zbuntowanego osobnika. Nie trzeba tu przytaczać żadnych rozbudowanych przykładów, metafor, ani używać zbędnych technik wpływających na przyciągnięcie potencjalnych czytelników ( a takowe są ), wystarczy kilka prostych obrazków z życia wziętych. Ubzdryngolony metal wraca właśnie z koncertu Slayera, rozwalając po drodze jakiś znak. Zgarnia go policja. Niby wysoka grzywna jest, ale można pochwalić się kolegom. Pochwała ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Inny przykład. Pogo na koncercie. Metal wpada nie na tę osobę co trzeba i dostaje w mordę. Niby ból jest, ale uczestniczyło się w zadymie. Zadyma ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Tego typu historii jest miliony...
Wychodzi więc na to, że sytuacje "względnie zajebiste" są jedną z ważniejszych części naszego życia, mimo iż często ich nie zauważamy. A to źle, naprawdę źle... Kurde, wy też macie wrażenie, że to wszystko zrobiło się jakieś bardzo filozoficzne? A może czas skończyć z tymi wyświechtanymi, przemielonymi na tysiąc sposób hasłami dekadenckimi, egzystencjalistycznymi, idealistycznymi, dualistycznymi, rozumowymi, stoickimi i jeden Jackowski wie jeszcze jakimi, a zacząć z hasłami "względnie zajebistymi"? Może nawet przyszła pora na nowy nurt w filozofii - "względniezajebistocjonizm"? A czemu by nie! Jako zdeklarowany ( jeszcze ) nastoletni buntownik uważam, iż trzeba temu skostniałemu starszemu pokoleniu pokazać nowe ścieżki rozwoju i wytyczyć nowe szlaki.
P.S. Tak po prawdzie, ta Doro to całkiem gorąca dziewczyna jest.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
Dziewczyny,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
poniedziałek, 24 marca 2014
Szkolne problemy natury maturalnej
Długo żem coś się nie odzywał, nie? Ale jakbyście byli na moim miejscu, to jest sfrustrowanego, wpędzonego w depresję mizernymi wynikami wszelakich ( często dziwnych i niezrozumiałych ) egzaminów licealnych przed maturą ( Taa, przygotować nas mają. Wykończyć chyba! ), to też byście nie pisali. No ja wam mówię, większe z tą maturą świrowanie niż z połową wprowadzonych w Polsce podatków ( Wiem, mi też to porównanie wydaje się cokolwiek bezsensu, ale nie mam czasu błyskotliwie wpadać na inne ). Ja rozumiem, że chcą z nas zrobić ludzi, porządnie wyedukować, wychować i w ogóle stworzyć gotowych do życia w dorosłym, demokratycznym (tfu!) społeczeństwie obywateli. Nie sądzę jednak, aby matura z matematyka pisana jako ostatni sprawdzian może mi pomóc stać się takowym człowiekiem ( Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z ewidentnym, bijącym po oczach i uszach geniuszem systemu oceniania w mojej szkole: Każdy trymestr < w ostatniej klasie semestr > przeliczany jest na 100 punktów. I tak np. ze wspomnianej matmy mamy dwa sprawdziany na 30 pkt, cztery kartkówki po 5 pkt < razem 20 >, odp. na 5, zadanie na 10 i... coś tam na jeszcze na 5, co w sumie daje 100. Tak wiem, chociaż z matmy ten system powinien być logiczny, a nie jest ), tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki z ostatnie matury próbnej, które przyprawiły dyrektora jeśli nie o atak, to przynajmniej o porządne palpitacje serca.
Wkurza również sam fakt, iż trzeba tę szkołę zdać. Niby tak wszystko jest ok, ale jak spojrzymy na całość sprawy, stajemy przed nie lada paradoksem. Otóż muszę zdać tę szkołę, aby móc napisać maturę. A teraz użyj swojego poetyckiego, metaforycznego zmysłu i przeczytaj: Najpierw muszę się nauczyć na to, co akurat jest z przedmiotu, żeby go zdać, a dopiero później mogę się zacząć uczyć na maturę. Mówią, że trza to wszystko pogodzić i zsyntetyzować ( bynajmniej nie chodzi tu o pojęcie z zakresu chemii ) oba toki wkuwania. Nie wzięli tylko pod uwagę, że maturę pisze się od początku podstawy programowej! Spójrzmy na ten przykład na historię. Jak ktoś mi powie, w jaki sposób uczyć się równocześnie ze starożytności i dwudziestego wieku, to jestem skłonny dać mu piwo. Że niby ja tę starożytność w małym palcu powinienem mieć? Ale przypomnieć sobie muszę, nie? O matmie nie wspominam, choć o tyle dobrze, że przez ostatnie dni przysiedliśmy do testów maturalnych, a nie nowych tematów. Szczerze wam więc powiem, że bardziej się obawiam, iż mnie do tej matury w ogóle nie dopuszczą niż tego, że jej nie zdam. Jak mnie dopuszczą, to będzie lajt, trzydzieści procent to pic na wodę przecież. Chyba.
Wyobrażam sobie teraz pełne politowania ( albo nawet i niedowierzania ) wyrazy twarzy co poniektórych czytających to ludzi. Z pewnością oburza was lekkość, z jaką podchodzę do tego "egzaminu dojrzałości", z jaką ignorancją i wręcz obcesową arogancją ( brawo dla tych, którzy od razu wychwycili pleonazm ) odnoszę się do "jednego z najważniejszych testów mojego marnego życia". Cóż... Wystarczy, że mnie nie oburza, podobnie jak nie oburzała Steva Jobsa, Billa Gatesa czy Stephena Kinga ( to matka kazała mu iść do college'u, a on po prostu nie chciał jej zawieść ). Powiedzcie mi teraz: Skoro im żadne studia do osiągnięcia spektakularnego sukcesu nie były potrzebne, to czemu mają być potrzebne mi? Heh, i znowu te oburzone i prześmiewcze głosy... Że polska to kraj bez tego typu możliwości, że tu w ogóle pracę ciężko dostać, nie mówiąc już o osiągnięciu jakiegoś sukcesu. Powiedzcie to chociażby panu Zbigniewowi Hołdysowi, Andrzejowi Stasiukowi, Gunterowi Grassowi ( To zwykły kamieniarz! ) czy Stefanowi Banachowi ( Ten ostatni to w ogóle ciekawy przypadek. Nie ukończywszy studiów, za swoją pracę w dziedzinie matematyki otrzymał stopień doktora! ) .
Jednakże moim najulubieńszym z najulubieńszych przykładów jest jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii, Thomas Alva Edison. Otóż w wieku siedmiu lat ( sic! ) usłyszał on od swojego nauczyciela, że jest tępym nieukiem który nigdy w życiu do niczego nie dojdzie i został z miejsca wywalony ze szkoły. A później wynalazł sobie te ( około ) 1000 gadżetów... I jak tu wierzyć w te wszystkie dyrdymały, które od lat wpajają nam nauczyciele? Ucz się, bo do niczego nie dojdziesz! Ależ dojdę, nauczyciele, dojdę, i to na sam koniec tęczy.
Podsumowując dzisiejsze - krótkie w zasadzie - rozważania, pozwólcie, że posłużę się znanym wszem i wobec numerem (nie)sławnej kapeli Farben Lehre, w którym to pada jakże trafny zwrot: "Nie matura, a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera"
P.S. Freedom Call w końcu, do jasnej cholery, nagrali od początku do końca równy album, bez jakichś gównianych wtrętów typ "Rockin' Radio". Warto sprawdzić, w Czechach płyta zaszła wyżej niż One Direction i Katy Perry.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Bunt,
Dziennik Młodego Metalowca,
freedom call,
Inwazja Rocka,
Młody Metalowiec,
Młodzież
piątek, 17 stycznia 2014
Pomagajmy!
Nie żebym się skomercjalizował i szedł w "sprzedawczykowanie", niemniej jednak sporo osób chce się ostatnimi czasy na tym blogu wypromować albo załatwić jakieś sprawy. Z racji tego iż dobry ze mnie chłop, z chęcią przystępuję na tego typu propozycje, tym bardziej jeśli są one czegoś warte. Popatrzcie na przykład na tę sytuację.
Napisał do mnie sfrustrowany, zniesmaczony i najzwyczajniej w świecie załamany kumpel, którego od miesięcy marzeniem jest zobaczenie pewnej gwiazdy tzw. polskiego "hip-hopu", która to ostatnimi czasy stała się mocno słowiańska. Żeby być ścisłym, to jego wokalistki chyba. Co nie zmienia faktu, że apel człowieka jawił się jako skrajnie dramatyczny. Ileż emocji, pasji i potężnych ludzkich uczuć przelał chłopak w tę prośbę... Bo trzeba wam wiedzieć, że koleś jest w ostatnio w nieciekawej sytuacji i wygrana w konkursie mocno poprawiłaby jego byt życiowy. Dlatego też proszę was, nie pozostańcie obojętnie na ludzkie cierpienie...
Wchodzimy w link:
https://www.facebook.com/KlubFerre/posts/10200664754256290?comment_id=4852921¬if_t=like
I klikamy "Lubię to" pod komentarzem Paweł Płachetka. Pomagajmy ludziom!
P.S. Nowy pościk wkrótce, myślę.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
dziewczyno dziewczyno dziewczyno,
Impreza,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
wtorek, 14 stycznia 2014
Wyczerpujący elaborat wyjaśniający.
Najsampierw zaznaczam, iż w żadnym zdaniu, słowie, literce ani nawet znaku interpunkcyjnym poniższego tekstu nie zawrę najmniejszej nawet krztyny sarkaźmiku. Wszystko napiszę teraz jak najbardziej poważnie... Żeby nie było. Znowu.
Ja naprawdę chcę już siedzieć cicho, oszczędzić sobie i innym cierpień, ale pewnych wydarzeń po prostu nie da się nie skomentować i przemilczeć. Dzisiejszy dzień dobitnie udowodnił, jak łatwo można jednym, dwoma słowami wpaść w spiralę nadinterpretacji, dopowiedzeń, własnych domysłów a w konsekwencji nawet i depresji. Tak, tak, dobrze czytacie. Depresji.
Wszyscy wiemy (kto zna, rzecz jasna), że Panna K (Cały czas miejcie na uwadze pierwsze trzy linijki tekstu) jest, jak to słusznie ktoś określił - "dziewczyną do rany przyłóż". Jej wszechobecna pozytywna energia, radość z możliwości przebywania na tym świecie i wręcz bijący po oczach blask uśmiechniętej twarzy nie jednemu człowiekowi poprawiły morale, przemieniając podkówkę w szczerzącego się banana. Słyszałem nawet, że koniec świata nie nastąpił, ponieważ Nostradamus w swoich przewidywaniach nie uwzględnił panny K. Koniec świata nastąpi, gdy Panna K przestanie zarażać wszystkich entuzjazmem i swoją horacjańską filozofią typu " Żyć w zgodzie z naturą, brać od świata tyle, ile potrzeba, osiągać, to co nam przynosi poczucie szczęścia i spełnienia oraz cieszyć się każdym dniem. ". No, z parę tysięcy lat ta planeta jeszcze przetrzyma. Jak nie więcej.
Byłoby również swoistym nietaktem i najzwyklejszą ohydną hipokryzją odmówić pannie K urody, która jest z całą pewnością nieprzeciętna. Co prawda więcej odnajduję w niej rysów Bałkańskich niż typowo Słowiańskich, niemniej jednak godna jest wszelkiej uwagi zarówno ze strony rozmarzonych mężczyzn jak i zazdrosnych kobiet. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to mogę i cały poemat o tym napisać, serio... Taką epopeję walnę, że Zosia z "Pana Tadeusza" to przy tym będzie świnka Piggy.
I w tym momencie niestety, ale trzeba zahaczyć o tematy poruszone we wcześniejszych postach. Żeby nie było, że próbuję na siłę przywracać sobie dobre imię, które w pewnych kręgach zostało oplute, sprzeniewierzone i zakopane w skrzyni naznaczonej znakiem odstraszającym mary nieczyste, co by kolejne pokolenia nie dowiedziały się, iż kiedykolwiek istniał taki wypierdek Pumby. Pewne kwestie trzeba po prostu wyjaśnić Z racji jednak tego, że jest ich od groma, postanowiłem ująć je w formie wywiadu z samym sobą. Jako rozjuszonych agresorów przedstawiłem Pytania Agresorów Rozjuszonych i Społecznie Rozwścieczonych ( W skrócie PARIS. Taki romantyczny skrócik wyszedł, no. Tylko nie wiem gdzie się "R" końcowe podziało, ale mniejsza.)
PARIS: Dlaczego ty to wszystko napisałeś? Nie mogłeś ku*wa siedzieć cicho?!
METALURG: Nie mogłem. Wolność słowa panuje, to po pierwsze. Żyjemy w kraju - przynajmniej tak nam się wydaje - demokratycznym, gdzie każdy powinien mieć prawo do wolności swobodnej wypowiedzi i wyrażania własnych myśli. Po drugie, po prostu nie wytrzymałem. Musiałem - mówiąc mową regionu - larma narobić, bo bezsens tego tematu poharatał moje nerwy doszczętnie.
PARIS: Ale to nie trzeba zaraz o tym ku*wa na forum publicznym pisać! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ilu ludzi mogłeś tym zranić! Poza tym są granice pomiędzy wolnością słowa a pier*oleniem skretyniałych idiotyzmów.
METALURG: Ależ trzeba pisać. Podstawową zasadą funkcjonowania zintegrowanego i wolnego społeczeństwa powinien być dialog międzyludzki. Każdemu przysługuje prawo do krytykowania, chwalenia, zjeżdżania, hołdowania, własnego interpretowania i tryliarda innych przymiotników, a jednostka nie może tych praw ograniczać. Nie chcemy przecież cofać się znowu w czarcie odmęty socjalizmu, nie? Zdawałem sobie sprawę z tego, iż moje wystąpienie może wywołać sporo kontrowersji i to nade mną w pierwszej kolejności zbiorą się wszystkie możliwe słowne przekleństwa tego świata. Gdybym jednak zważał na tego typu szczegóły, nigdy bym nawet nie pomyślał, żeby blog założyć. Od początku jego głównym założeniem była możliwość swobodnego komentowania zaistniałych na nim sporów, zdarzeń czy innych rzeczy. Skoro jednak inni mogą mnie krytykować używając w dodatku wulgaryzmów i obscenicznych obelg, czy mi nie przysługuje nawet prawo do użycia słów "sarkaźmik mały"? Bo z tego wynika, że spór toczy się praktycznie w całości o te dwa słowa. Co do granic... Nie wydaje mi się, aby określenie "granica" miało cokolwiek wspólnego z wolnością.
PARIS: No co za, ku*wa, idiota, on nic nie kuma... To ty zacząłeś tę wojnę, ty pierwszy użyłeś określenia "sarkaźmik mały"! Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo zraniłeś tymi słowami Pannę K!
METALURG: Zacznijmy od tego, że żadnej wojny wywoływać nie zamierzałem. To, że sprawa odbiła się szerokim echem w tak wielu kręgach jest tylko i wyłącznie zasługą ludzi ją komentujących. To oni nakręcili machinę promującą, sprawiając, iż problem opuścił szkolne kręgi docierając do nierzadko najdalszych zakątków kraju. Fakt, nie miałem pojęcia jak bardzo ją zraniłem. Mało tego, byłem takim stanem rzeczy wręcz zszokowany. Zawsze przebojowa, pełna energii, powinna raczej zebrać jakąś powietrzną kompanię wojska polskiego czy coś i zrobić mi nalot na dom, aniżeli brać to wszystko tak do siebie i w tak poważny sposób. Tym bardziej, że nikt z grona jej znajomych/przyjaciół nie wziął tego na serio bo doskonale zdaje sobie sprawę, jak wartościową osobą jest panna K. Z resztą, spójrzcie teraz na mnie. Gdybym wszystkie te obraźliwe i negatywne komentarze wziął do siebie, powinienem teraz spisać testament ( Tak poza tematem; Nigdy nie zastanawiałem się jeszcze, komu przepiszę swój majątek. Ale to chyba normalne w wieku osiemnastu lat, nie? ), wziąć stryczek, wyjść na rynek i publicznie się powiesić, rzucając przy tym hasło typu "Marność nad marnościami i jeszcze większą marność poznałem, zostałem wyalienowany, wrzucony na dno społecznego marginesu, nie potrafiąc wygrzebać się z szamba wszechobecnej nagonki, więc odchodzę z godnością". Kurde, przecież ludzie mają próby samobójcze po jednym głupim komentarzu na facebooku, a co dopiero mówić o dziesiątkach czy nawet setkach? Czy ktoś z was o tym pomyślał? Czy chociaż przez sekundę liczył się ktoś z możliwością tak drastycznych konsekwencji? I jak tu nie wspominać o atawizmie? Osobiście nie znajdują w człowieku żadnych cech, które w jakikolwiek sposób odróżniały by go od zwierzęcia. Niemniej jednak ukorzę się publicznie i stwierdzę, że określenie "sarkaźmik mały" było ze wszech miar podłe i godzące w najczulsze punkty nie tylko panny K, ale i wszystkich wypowiadających się w tym temacie kobiet. Mało tego, winienem paść przed panną K na kolana z różą w zębach i z drżącymi rękoma wyseplenić coś, co chociaż w części będzie przypominać przeprosiny.
PARIS: A pomyślałeś o rodzicach? Masz pojęcie, jak oni również w tę studniówkę się zaangażowali?
METALURG: Nigdy nie twierdziłem, że rodzice nie angażują się w studniówkę. Zainteresowanych odsyłam do komentarza pani Kieraj pod postem "Czym jest studniówka?". To nie jest kolejna "obraza" i "płytkość myślenia", to po prostu kolejne wyrażanie własnego zdania. Jeszcze raz podkreślam, że wszyscy pragniemy żyć w wolnym kraju.
PARIS: A nauczyciele? Nie wpadłeś na to, że oni również mogą to przeczytać?
METALURG: No kto jak kto, ale nauczyciele powinni rozumieć, że są na tym świecie osoby nie zgadzające się z ogółem społeczeństwa w pewnych kwestiach. I - jak każdy - mają pełne prawo do wyrażania własnych myśli.
PARIS: Skoro tak ci się to wszystko nie podoba, czemu nie przyszedłeś we Wrześniu na zebranie w sprawie studniówki? Czemu twoich rodziców nie było?
METALURG: Co do rodziców, jeszcze raz odsyłam do komentarza pani Kieraj. Jeśli zaś chodzi o mnie, to śmiem wątpić, aby komukolwiek przypadły do gustu moje pomysły ( przynajmniej większości ). Wystarczy tylko spojrzeć na facebookowe komentarze. Inna sprawa, że ciężko było dojść do głosu.
No, to tyle w kwestii niewygodnych pytań. Jeśli któreś pominąłem, chętnie odpowiem.
Na sam koniec muszę powiedzieć, że zostałem mimo wszystko dzisiejszego dnia pozytywnie zaskoczony. Taka panna M przykładowo, nie odzywała się do mnie dwa i pół roku, a tu idzie korytarzem i wali: "Siema, frajerze". No, pierwszy krok na przełamanie lodów został poczyniony. Co prawda określenie "frajerze" może sugerować nie do końca pokojowe zamiary ( o czym za chwilę ), ale Rzymu też nie od razu zbudowano.
Kulminejszyn of te dej została jednak zdecydowanie długa przerwa podczas której to wszystkie dziewczęta przyszły do mnie i wygarnęły mi, jak wredną łajzą jestem, jaką szują, obszczymurem, kocopołem, padalcem i w ogóle niereformowalną zidiociałą jednostką nie nadająca się dożycia w jakimkolwiek społeczeństwie. Najlepiej jednak poszła po bandzie panna M. Chyba tylko jakaś nieznana, idealistyczna i poza bytowa siła powstrzymała ją od tego, aby posłać mnie do szpitala w stanie co najmniej krytycznym. A ta poezja! Przekleństwo w co drugim słowie, i to jeszcze każde możliwe znane i skatalogowane w słowniku języka polskiego oraz osobiście zatwierdzone przez profesora Miodka. Nie obrażam w tym momencie nikogo, niemniej jednak pragnę zauważyć że ja podczas swoich wypowiedzi trzymam podstawowe zasady kultury i nie rzucam obscenicznymi wulgaryzmami.
I - tak już na sam koniec - wystarczy słowo, Panno K. Napiszę taką książnicę, że Zośka odejdzie do lamusa a na scenę arcydzieł literatury polskiej wkroczy nowa, przebojowa, czarnowłosa postać, o której rolę w filmie za parę lat będą się biły wszystkie aktorki. I naprawdę nie ma w tym żadnego sarkazmu. Sorry, sis.
P.S Cała ta farsa utwierdza mnie w przekonaniu, że Joyce to jednak był geniusz. ko strasznie są te wypowiedzi przewidywalne.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
dziewczyno,
dziewczyno dziewczyno,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
sobota, 11 stycznia 2014
Jak społeczny skandal wywołałem
Haa, jest dobrze. Wystarczył jeden krótki post ( ledwo czterdzieści minut rzucania wysublimowanie wyrafinowanym słownictwem ) i skandal społeczny jak się patrzy. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będzie inaczej. Myślałem tylko, że więcej ludzi z otoczenia mnie zrozumie... A tu jedynie pan Tomasz Suhs w komentarzu na facebooku wykazał się ponadprzeciętną inteligencją ( i tym razem nie ma w tym ani krzty sarkazmu ) i skminił, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło... Tak jest, nonkonformistyczna postawa to absolutny must be. Co nie znaczy, że moje stanowisko w sprawie studniówki jest inne...
W jednej kwestii ludzie na fejsie mają rację. Powinienem przeprosić. Przeprosić za to, że oznaczyłem tylko pannę K ... Serio, trza było zahaczyć o zdecydowanie większą liczbę osób.
O wiele jednak bardziej niż przepraszać powinienem wszystkim fejsbukowiczom kochanym pogratulować chęci i niezłomności w ostrym zjeżdżaniu studniówkowego wpisu, a nade wszystko podziękować. Pewnie do teraz nie zdają sobie sprawy, jak mocno nakręcili swoimi burzliwymi publicznymi wystąpieniami spiralę promocyjną bloga. W ciągu kilku godzin liczba wyświetleń wzrosła nawet o kilkaset procent w porównaniu do "standardowego" wpisu, a do mnie napływają kolejne wiadomości z Mazur, znad Morza czy nawet zza granicy gratulujące niezłomnej postawy. Innymi słowy, wypociny towarzysza Metalurga opuściły ciasne ramy jego wąskohoryzontowego ( To nowe słowo. Przed chwilą je wymyśliłem. ) otoczenia i dotarły nawet do rodaków bytujących w innych państwach. Nic, tylko się cieszyć. Aha, i jeszcze jedna uwaga co do środowisk, które burzyły się, że obrażam ich godność jako metalowców ( jakby byli jeszcze tzw. true, to bym nie polemizował ). Wy naprawdę czegoś nie zauważyliście? Wystarczy wpisać w google frazę "dziennik młodego", a pojawia się ponad sześć milionów linków/pozycji. Dziennik Młodego Metalowca bryluje na pierwszym miejscu. To już nie jest tylko buntowniczy, antyspołeczny zapis wypocin smarkatego szczyla. To wyrobiona marka, o którą trzeba dbać i rozszerzać. Między innymi takimi studniówkami postami, które prowokują społeczeństwo do dialogu.
Jeśli zaś chodzi o pozytywne komentarze z mojego otoczenia to otrzymałem je dokładnie od tych osób, od których się spodziewałem. I chwała im za to, że w obliczu rozjuszonego tabunu wybitnie uszczypliwych uwag pozostali przy swoim. Część co prawda zamilkła, ale to zrozumiałe. Ciężko jest iść pod prąd, na przekór wszystkim. Sam nie wiem, jakbym się zachował na ich miejscu.
Z racji tego, iż głupio byłoby zaprzepaścić tak ogromną promocyjną szansę ( dzięki jeszcze raz, fejsbukowiczki kochaniuteńkie ), będę uderzał z postem wszędzie gdzie się da. Nawet do środowisk politycznych, jeśli którejś zechce się wypowiedzieć. I stanowiska, cholera, nie zmieniam. Studniówka jest przereklamowana. Spytajcie pani z angielskiego.
A tymczasem idę skończyć kolejne opowiadanie, wysłać je gdzieś, opublikować. Skoro coraz więcej ludzi o blogu słyszy, to i na moje opowiadania łaskawszym ( i chętniejszym ) wzrokiem patrzą. Tak to się kręci, fejsbukowiczki drogie.
W jednej kwestii ludzie na fejsie mają rację. Powinienem przeprosić. Przeprosić za to, że oznaczyłem tylko pannę K ... Serio, trza było zahaczyć o zdecydowanie większą liczbę osób.
O wiele jednak bardziej niż przepraszać powinienem wszystkim fejsbukowiczom kochanym pogratulować chęci i niezłomności w ostrym zjeżdżaniu studniówkowego wpisu, a nade wszystko podziękować. Pewnie do teraz nie zdają sobie sprawy, jak mocno nakręcili swoimi burzliwymi publicznymi wystąpieniami spiralę promocyjną bloga. W ciągu kilku godzin liczba wyświetleń wzrosła nawet o kilkaset procent w porównaniu do "standardowego" wpisu, a do mnie napływają kolejne wiadomości z Mazur, znad Morza czy nawet zza granicy gratulujące niezłomnej postawy. Innymi słowy, wypociny towarzysza Metalurga opuściły ciasne ramy jego wąskohoryzontowego ( To nowe słowo. Przed chwilą je wymyśliłem. ) otoczenia i dotarły nawet do rodaków bytujących w innych państwach. Nic, tylko się cieszyć. Aha, i jeszcze jedna uwaga co do środowisk, które burzyły się, że obrażam ich godność jako metalowców ( jakby byli jeszcze tzw. true, to bym nie polemizował ). Wy naprawdę czegoś nie zauważyliście? Wystarczy wpisać w google frazę "dziennik młodego", a pojawia się ponad sześć milionów linków/pozycji. Dziennik Młodego Metalowca bryluje na pierwszym miejscu. To już nie jest tylko buntowniczy, antyspołeczny zapis wypocin smarkatego szczyla. To wyrobiona marka, o którą trzeba dbać i rozszerzać. Między innymi takimi studniówkami postami, które prowokują społeczeństwo do dialogu.
Jeśli zaś chodzi o pozytywne komentarze z mojego otoczenia to otrzymałem je dokładnie od tych osób, od których się spodziewałem. I chwała im za to, że w obliczu rozjuszonego tabunu wybitnie uszczypliwych uwag pozostali przy swoim. Część co prawda zamilkła, ale to zrozumiałe. Ciężko jest iść pod prąd, na przekór wszystkim. Sam nie wiem, jakbym się zachował na ich miejscu.
Z racji tego, iż głupio byłoby zaprzepaścić tak ogromną promocyjną szansę ( dzięki jeszcze raz, fejsbukowiczki kochaniuteńkie ), będę uderzał z postem wszędzie gdzie się da. Nawet do środowisk politycznych, jeśli którejś zechce się wypowiedzieć. I stanowiska, cholera, nie zmieniam. Studniówka jest przereklamowana. Spytajcie pani z angielskiego.
A tymczasem idę skończyć kolejne opowiadanie, wysłać je gdzieś, opublikować. Skoro coraz więcej ludzi o blogu słyszy, to i na moje opowiadania łaskawszym ( i chętniejszym ) wzrokiem patrzą. Tak to się kręci, fejsbukowiczki drogie.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
skandal
piątek, 10 stycznia 2014
Czym jest studniówka?
To jest kompletna porażka społeczeństwa młodzieżowego. Brak obiektywnego spojrzenia na całość sprawy, uleganie pierwotnym instynktom lokującym nas w szponach atawizmu. No bo jak inaczej nazwać to, że ludzie ( głównie jak zawsze piękne i inteligentne dziewczyny < Sarkaźmik mały > " ) z mojej szkoły - większość przynajmniej - nie dość, że chce wynająć kamerzystę na studniówkę ( sic! ), to jeszcze pragnie zasilić kieszeń szanownego pana kwotą czterech i pół tysiąca złotych polskich netto. Ogarnia to wasz łeb, czy piszę za szybko?
Najsampierw trzeba zacząć, że to nie tylko u mnie, ale w całym kraju wali młodym ludziom na łeb w temacie studniówek. Ewidentna w tym wina rodziców, którzy propagują wystawność, szykowność i w ogóle ponadprzeciętną zajebistość. I te problemy zauważalne są już w samych początkach! Weźmy na ten przykład mój komers po szóstej klasie podstawówki. Byłem wtedy wesołym dwunastolatkiem, który jarał się esemesem z zapytaniem "chciałabym z tobą chodzić" od dziewczyny i którego sensem życia było kopanie piłki pod blokiem, a tu mi każą wyjeżdżać na zabawę do jakiejś wystawnej sali parę kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. No idiotyzm, kompletny idiotyzm. A to, co się dzieje ze studniówkami, to już przechodzi ludzkie - by nie rzecz mojego ulubionego "kacze" - pojęcie. Kminicie, że na Narodowym w Warszawie zabukowanych jest już kilkanaście studniówek? Wszyscy chcą odtańczyć Poloneza na Narodowym lodowisku! Kuźwa, po co się liczyć z kosztami.
Że niby na studniówce nie warto oszczędzać? Że niby jest jedną taką jedyną, niezapomnianą, wyrąbaną w kosmos imprezą? Panie, bujda na resorach. Czym niby różni się od przeciętnej osiemnastki, półmetku czy zakończenia studiów ( jeśli już mówimy o większych młodzieżowych okazjach )? To ja wam odpowiem: Niczym. Albo nie, jest jedna różnica: Na studniówkę wydasz w cholerę więcej kasy. Panie, to przecież niektóre wesela nie są tak wystawne!
W tym miejscu aż muszę pochwalić moją panią z angielskiego ( często lubię wymieniać z nią zdania ) która sama zauważyła komizm zaistniałej sytuacji i stwierdziła, że to wszystko jest po prostu śmieszne. Użyła - żeby być dokładnym - takich oto słów: "Studniówka jest przereklamowana". Brawo! Podejrzewam jednak, że będąc w naszym wieku też sądziła, że ta impreza musi być przepełniona najróżniejszymi dziwactwami, bo drugiej takiej nie będzie. Dopiero przeżycie party wyrobiło w niej trzeźwiejszy pogląd na sprawę... Mam nadzieję, że z ludźmi z mojej szkoły będzie podobnie.
Nie dziwi mnie wcale, że część osób nie zamierza nawet pojawić się na studniówce. Sam się nad tym zastanawiałem... Ale stwierdziłem, że mimo wszystko głupio byłoby się nie pojawić. Tym bardziej, że zaprosiłem już partnerkę i cokolwiek niestosownie wyglądałoby wycofanie się ze sprawy. Przemilczeć tego jednak już nie mogłem... Oświadczam więc - kończąc przy okazji te krótkie rozważania - wszem i wobec: Nie zamierzam brać udziału w waszym chorym pędzie za studniówkowym przepychem, modą, "pokażmy że umiemy się bawić i bezsensownie wydajmy kupę forsy" i "to jest jedna taka jedyna impreza" i za Chiny Ludowe ( i Koreańską Republikę Ludowo - Demokratyczną też ) żadnego kamerzysty nie mam zamiaru sponsorować, a tym bardziej na niego zarabiać ( Bo trzeba wam wiedzieć, że oni chcą zorganizować kiermasz ciast żeby mieć z czego to wszystko opłacić. No czyste lewactwo. Właśnie przez takie myślenie mamy potem kryzysy gospodarcze na świecie. ) !
Najsampierw trzeba zacząć, że to nie tylko u mnie, ale w całym kraju wali młodym ludziom na łeb w temacie studniówek. Ewidentna w tym wina rodziców, którzy propagują wystawność, szykowność i w ogóle ponadprzeciętną zajebistość. I te problemy zauważalne są już w samych początkach! Weźmy na ten przykład mój komers po szóstej klasie podstawówki. Byłem wtedy wesołym dwunastolatkiem, który jarał się esemesem z zapytaniem "chciałabym z tobą chodzić" od dziewczyny i którego sensem życia było kopanie piłki pod blokiem, a tu mi każą wyjeżdżać na zabawę do jakiejś wystawnej sali parę kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. No idiotyzm, kompletny idiotyzm. A to, co się dzieje ze studniówkami, to już przechodzi ludzkie - by nie rzecz mojego ulubionego "kacze" - pojęcie. Kminicie, że na Narodowym w Warszawie zabukowanych jest już kilkanaście studniówek? Wszyscy chcą odtańczyć Poloneza na Narodowym lodowisku! Kuźwa, po co się liczyć z kosztami.
Że niby na studniówce nie warto oszczędzać? Że niby jest jedną taką jedyną, niezapomnianą, wyrąbaną w kosmos imprezą? Panie, bujda na resorach. Czym niby różni się od przeciętnej osiemnastki, półmetku czy zakończenia studiów ( jeśli już mówimy o większych młodzieżowych okazjach )? To ja wam odpowiem: Niczym. Albo nie, jest jedna różnica: Na studniówkę wydasz w cholerę więcej kasy. Panie, to przecież niektóre wesela nie są tak wystawne!
W tym miejscu aż muszę pochwalić moją panią z angielskiego ( często lubię wymieniać z nią zdania ) która sama zauważyła komizm zaistniałej sytuacji i stwierdziła, że to wszystko jest po prostu śmieszne. Użyła - żeby być dokładnym - takich oto słów: "Studniówka jest przereklamowana". Brawo! Podejrzewam jednak, że będąc w naszym wieku też sądziła, że ta impreza musi być przepełniona najróżniejszymi dziwactwami, bo drugiej takiej nie będzie. Dopiero przeżycie party wyrobiło w niej trzeźwiejszy pogląd na sprawę... Mam nadzieję, że z ludźmi z mojej szkoły będzie podobnie.
Nie dziwi mnie wcale, że część osób nie zamierza nawet pojawić się na studniówce. Sam się nad tym zastanawiałem... Ale stwierdziłem, że mimo wszystko głupio byłoby się nie pojawić. Tym bardziej, że zaprosiłem już partnerkę i cokolwiek niestosownie wyglądałoby wycofanie się ze sprawy. Przemilczeć tego jednak już nie mogłem... Oświadczam więc - kończąc przy okazji te krótkie rozważania - wszem i wobec: Nie zamierzam brać udziału w waszym chorym pędzie za studniówkowym przepychem, modą, "pokażmy że umiemy się bawić i bezsensownie wydajmy kupę forsy" i "to jest jedna taka jedyna impreza" i za Chiny Ludowe ( i Koreańską Republikę Ludowo - Demokratyczną też ) żadnego kamerzysty nie mam zamiaru sponsorować, a tym bardziej na niego zarabiać ( Bo trzeba wam wiedzieć, że oni chcą zorganizować kiermasz ciast żeby mieć z czego to wszystko opłacić. No czyste lewactwo. Właśnie przez takie myślenie mamy potem kryzysy gospodarcze na świecie. ) !
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
Bunt,
Dziennik Młodego Metalowca,
Dziewczyny,
Impreza,
Młody Metalowiec,
Młodzież,
Panny
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Kolejne szalone osiemnaście...
Wolny dzionek mamy, za oknem przyjemnie grzeje słońce a z komputerowych głośników dobiegają mnie dźwięki hard rockowych ( i rockowych ) klasyków, które postanowiłem sobie właśnie zapuścić ( w momencie, gdy piszę te słowa Axl Rose krzyczy w mikrofon słowa, które 3/4 żeńskiej populacji tego globu wypaczają na chwilę racjonalne postrzeganie otaczającego nas świata, a stawiają jedynie wizję gorącej randki z blondwłosym wokalistą - "Don't Cry" ). No kurde, nic tylko siedzieć i pisać... Dlatego też piszę.
Ze dwa dni temu jakoś zaliczyłem kolejną gorącą imprezę, których - jak to w życiu nastolatka - bywa sporo ( Chyba, że twoja matka jest taka jak ta w "Carrie" Kinga. Wtedy masz przesrane, a nie sporo. ). Z racji tego, iż był to kolejny balet z gatunku tych, które można podpiąć pod udane - a czytelnicy tegoż blog lubią karmić umysły udanymi baletami - walnę wam kilka słów na jego temat.
Impreza rozpoczęła się w okolicach dziewiętnastej. Sądziłem, że przybywając pięć minut przed zaplanowaną godziną popiszę się punktualnością ( rzadko u mnie spotykaną, szczerze powiedziawszy ) i będę jednym z pierwszych, tymczasem prawie połowa gości już się bawiła. Widać każda dodatkowa sekunda imprezy jest im bardzo cenna. Co w sumie nie dziwi... Dziwiło tylko - tak na chłopski rozum - czemu z początku wszyscy wegetowali na dworze, zamiast siedzieć w ciepłej i całkiem wysmakowanie przygotowanej sali. Chociaż drewniane stołki na dworze też źle nie wyglądały, jak - na moje oko - dwugwiazdkową restaurację ( czyli taki przyjemny standardzik ). W każdym razie przywitałem się na początek z obecnymi, wszak kultura takiej postawy wymaga. Oprócz znajomego jubilata, jego dziewczyny oraz wiecznie ekspresyjnego i przepełnionego czasami nie przez wszystkich rozumianym humorem kumpla reszta imprezujących person była mi obca. Ale na party, jak to na party, wychylasz parę kielonów i wszyscy są twoimi braćmi.
Ogół biesiadników zebrał się gdzieś koło wpół do ósmej. Nawet nie zadawano zbędnych pytań, tylko od razy przystąpiono do pierwszego ( a zaraz potem drugiego i trzeciego ) głębszego. I znowu, tak jak to na każdej podobnej balandze bywa bawili się ludzie o lepszej lub gorszej umysłowej tolerancji napoi wysokoprocentowych ( Chciałem napisać "wysokobiałkowych" w pierwszy momencie. Już mi te co niektóre prozdrowotne kampanie żywieniowe bokiem wychodzą. ) Co wcale nie znaczy, że ludzie ze słabszym łbem są gorszymi kompanami do picia, wręcz przeciwnie. Weźmy na ten przykład dziewczynę jubilata. Ledwo przyszła, a już wyglądała jakby była ciuciubabką, którą kręcono przez czterdzieści minut i zaraz potem posadzono na krześle. Panowie Paranienormalni w razie jakiejś kontuzji Igora powinni do niej zadzwonić, bo Mariolkę Crejzolkę zagrałaby jak nikt, serio.
Gdyby tam były jeszcze tylko same spirytualia, ale nie. Część osób obecnych bawiła się w ciągnięcie pary wodnej z tytoniem - nigdy nie wiem jak to się nazywa - i wypuszczania z ust kłębów białego dymu. Wszystko jest ok, dopóki ktoś nie zaczyna wmawiać sobie, że da radę wypuszczać statki jak Gandalf w "Władcy Pierścieni". Na chęciach się rzecz jasna skończyło... Ale dziewczynie jubilata po paru próbach udało się zrobić mleko ( Z tego, co widziałem, "mleko" oznacza wypuszczenie dymu w chustę czy coś, tak żeby dym tam pozostał i sprawiał wrażenia mleka właśnie ). Strasznie była z tego dumna. W ogóle z tą panną to jest dopiero historia... Kurde, bawiła się jak nikt. Na przykład jednym z celów jej egzystencji na biesiadzie stało się docieknięcie, dlaczego mój kumpel obok jest łysy ( No, prawie, jakieś włosy se jeszcze zostawił. Ale nie przyszedł w bluzie z kapturem i nie słucha hip - hopu.) Nie jestem przekonany, czy usatysfakcjonowała ją odpowiedź "On jest łysy, bo ja mam długie włosy", w każdym razie na jakiś czas odwiodła od kolejnych podobnych zapytań. Co nie znaczy, że odwiodła od gadki w ogóle. A gdzie tam! Bardzo ciekawe rozmowy prowadziła chociażby z owym ekspresyjnym kolesiem ze specyficznym, ale w gruncie rzeczy często śmiesznym i nieco sowizdrzalskim humorem. Facet ma talent plastyczny, zamierza uderzać na ASP. Mówię wam, ludzie, nigdy go o to nie pytajcie, tym bardziej po pijaku. Koleś ma kompletnego fioła na tym punkcie - co mu się chwali - ale w kontekście obszernego wysłuchiwania jego artystycznych wywodów niekoniecznie. Choć, jedna laska na imprezie na jego gadkę poleciała. Zostawmy jednak parkę w spokoju, w końcu niektóre sprawy leżą w sferze prywatnej. Nie będę przecież pisał, że z początku jedynie się całowali a skończyli na imitacji końskiego ujeżdżania. Nie jestem świnią.
Dobra, ale ja tu tak tylko o tej dziewczynie jubilata i artyście... A co z pozostałymi członkami biesiady? A no, też się bawili. Jedni bardziej kulturalnie, inni mniej. Weźmy na ten przykład panów z Krakowa, Wrocławia, czy skąd oni tam byli. Wespół z paroma ludźmi z lokalnej miejscowości postanowili porobić parę napojowych miszmaszów, wlewając na przykład komuś ocet z colą, albo do pustej 2 litrowej butelki oranżady wlewając całą połówkę towarzysza Vladimira i zalewając tylko tyle, żeby się kolor pojawił. Niby standard, nic śmiesznego. Przecież i tak nikt nie jest na tyle głupi, żeby to wypić. Haha... Błąd. Wypił jeden chłopak. Udało mu się to tak zręcznie podstawić, że ni w ząb nie podejrzewał żadnego chytrego podstępu. Nie jestem pewien, ale chyba zaczął coś podejrzewać w momencie gdy postanowił pojechać do Rygi ( Znalazłem kiedyś w necie takie właśnie określenie na wymioty. Nie mam pojęcia, skąd się wzięło. ). Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wrócić, powiedzieć "Ku*wa!" i bawić się dalej, a co.
W sumie zabawa mogłaby być nieco lepsza, gdyby ktoś pomyślał - jak to koleżanka z Krakowa określiła - o zarzuceniu "chamskiego popu". Disco Polo, mówiąc po młodzieżowemu. A tak z głośników waliły głównie rastamańskie kawałki ( Co, nawiasem mówiąc, przypadło do gustu jednemu kolesiowi, który poczuł się chyba jak na Jamajce w latach siedemdziesiątych ). Sytuację uratowała miła kelnerka, którą ładnie zagadaliśmy i która użyczyła nam zasobów swojej komórki ( Pozdrawiamy! ). Właśnie, nie można pominąć też roli gości nieproszonych, którzy wystarali się o bardziej taneczne dźwięki. Bowiem zaraz przy restauracji znajduje się bar, gdzie często egzystują ludzie o wspomnianym w part Second sylwestra statusie społecznym. Tym razem wbiła nam się na imprę grupka dwudziestoparolatków. Chłopaki mieli już mocno w czubie, co było widać szczególnie w postawie jednego z nich. Niemniej jednak też się chcieli zabawić... Kulturalnie wypalili z nami fajki na dworze ( Gdzie, nawiasem mówiąc, przeprowadziłem z Podwawelską koleżanką ciekawą rozmowę na temat palenia i rozstrzygnięcia kwestii, czy papierosy a te długopisy z parą wodną i tytoniem to podobne rzeczy. ), wypili po kielonie. Co prawda żaden z nich na parkiecie Johnem Travoltą nie był ( Mimo iż przecież mieliśmy Sobotę ), ale nikt też nie postulował wywalenia ich z imprezy, więc zostali.
Pominę w tym momencie kolejny opis kolejnych ekscesów przytaczanej gdzieś wyżej artystycznej parki i dziewczyny jubilata, bo centralnie mnie w budzie dopadną i będzie źle. A mogłaby być z tego jeszcze cała powieść... Albo cykl humorystycznych filmików na yt z wielomilionową oglądalnością.
Na koniec wspomnę jeszcze o tej podwawelskiej dziewczynie... ( Były dwie podwawelskie, psiapsióły takie ) Otóż okazało się, że też lubi metalu i rocka posłuchać, choć kompletnie nie wyglądała. A tu ziuuum, zapuszcza ci w głośnikach System of a Down i Three Days Grace. Choć w sumie nawet większości imprezowiczów muza przypadła do gustu.
Ach, i jeszcze jedno. Łysy kolesiu - jak to dziewczyna jubilata określiła - żal mi, że musiałeś wysłuchiwać całego burzliwego życiorysu jednego z tych dwudziestoparolatków. Ale zawsze to jakieś doświadczenie.
P.S.W tym miejscu miało być zdjęcie, ale nie wszyscy się zgodzili na jego publikację. Wolny kraj, mają prawo.
Filmiki, Zdjęcia, Kapele, Szaleństwo, Czysty Rock
Alkohol,
blog metalowca,
Dziennik Młodego Metalowca,
dziewczyno dziewczyno dziewczyno,
Dziewczyny,
Impreza,
Młody Metalowiec,
Panny
Subskrybuj:
Posty (Atom)
