wtorek, 6 grudnia 2016

Untitled comeback

Co ja tu znów robić, zapytacie. Świetne pytanie. Jak zdążyłem już zauważyć, pewne elementy ludzkie (takie jak ja!), które sądzą, że ich dusza przepełniona jest najczystszej wody artyzmem i wrodzoną Bożą iskrą pozwalająca im babrać się w odmętach sztuki wszelakiej mają tendencje do nostalgii. Wiecie, takiego stanu smutno-radosnego upojenia, w którym przypominasz sobie minione chwile, dni czy nawet lata i rozmyślasz, ileż to życia zmarnowałeś na robienie tylu bezsensownych rzeczy, które jednak lubiłeś i sprawiały ci satysfakcję. Takiż właśnie moment zadumy dopadł mnie ostatnio. W gruncie rzeczy sam pomogłem mu wyjść na powierzchnię, odgrzebując z czeluści internetów swoje pierwsze (dobra, drugie, ale te pierwsze to było dawno i nieprawda) blogowe dziecko i przeglądając wybrane posty. Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak wiele wspomnień w nich zakląłem. Cholera, toż to lepsze niż filmy i zdjęcia. Widzę jak dziś wywołaną przeze mnie największą studniówkową gównoburzę w historii polskiego systemu edukacji, podczas której do dyskusji dołączyli się nawet wysoko postawieni przedstawiciele Kongresu Nowej Prawicy (taak... Wtedy to jeszcze była nadzieja na lepsze jutro...). Gęba sama śmieje mi się do monitora, gdy czytam o naszych małomiasteczkowych sylwestrowych wojażach, szeroko z resztą komentowanych w lokalnych moherowych kręgach. A jak sobie przypomnę sobie te uczucie dumy, gdy sam Grzegorz Kupczyk zgodził się na udzielenie mi wywiadu! Kurna, to były czasy.

Od czasu napisania przeze mnie pierwszego tekstu minęło już osiem lat, choć po raz pierwszy zdecydowałem się go opublikować dopiero ponad dwie wiosny później. Szmat czasu. 38% mojego dotychczasowego życia, mówiąc bardziej obrazowo. Okres, w czasie którego z pewnością wiele się zmieniłem, ewoluowałem, na pewne rzeczy zacząłem spoglądać z nieco innej perspektywy. Jedyne, co pozostało niezmienne, to miłość do rockowo-metalowych dźwięków, tych łagodniejszych i tych ostrzejszych. A to chyba najważniejsze, nie?

Bardziej jednak od rozmyślań nad moją burzliwą przeszłością zaabsorbował mnie inny fakt, który ostatecznie chyba przeważył szalę i skłonił do napisania jeszcze jednego tekstu. Spostrzegłem mianowicie, że pomimo mojej zerowej aktywności blog ten wciąż jest odwiedzany. Mało tego. Nie jest tak, że ktoś tylko raz w miesiącu przypadkiem znajdzie w odmętach internetu któryś z postów udostępniony niegdyś przez jakiegoś sflaczałego gimbusa. Statystyki pokazują, iż "Dziennik..." jest odwiedzany regularnie, dzień w dzień, a wejścia wciąż powoli rosną w górę, generując w miarę stały ruch. To tylko pokazuje, jak sporą niegdyś (trudno ocenić, czy dobrą, czy złą. Ja bym się raczej skłaniał ku opcji, że dość prześmiewczą) renomę ów stronka w pewnych kręgach miała. Wystarczy z resztą tylko, że spojrzę na listę znajomości, które udało mi się przez ten czas zawrzeć. Z niektórymi ludźmi to nawet do dziś mam świetny kontakt (mimo, iż 99% na oczy nie widziałem. Jak na przykład  pannę G.). 

Z drugiej jednak strony, pomimo tych wszystkich czułości i słodkości wciąż nie mam przekonania, czy wskrzeszanie trupa (i to w absolutnie randomowym momencie) jest tutaj dobrym pomysłem. Może po prostu będzie lepiej, aby blog spokojnie trwał sobie w niebycie, co jakiś czas witając nowe pokolenia poszukiwaczy, którzy z bananem na twarzy poczytają, jak co poniektórzy nastoletni metalowcy patrzyli kiedyś na świat. Z trzeciej (no nie wiem, takiej po lewej od prawej, ale przed przodem) zaś strony, po raz kolejny odezwała się we mnie pokusa napisania raz na jakiś czas paru wypocin, co by zrzucić z siebie pokłady stresu i zwyczajnie się rozluźnić. Tym bardziej, że obecnie mój łeb przeżywa natłok weny twórczej w związku z intensywnymi próbami ukończenia tego nieszczęsnego literackiego debiutu, do którego jest już naprawdę blisko i o którym, mam nadzieję, w przyszłym roku już usłyszycie. Walnięcie sobie takiegoż posta to dobra odskocznia od bardziej wyrafinowanych tekstów. 

Co będzie, sam nie wiem... Wrzucę posta na fejsbuki, podeślę paru starym czytelnikom i zobaczym, jak się faktycznie sprawy mają i czy ktokolwiek jeszcze o tym metalowym ktosiu pamięta. W zasadzie mało to ważne. Grunt, że pomimo dwudziestu jeden wiosen na karku znowu mogłem poczuć się niewyżytym, zbuntowanym, młodym metalowcem, ha!

Na dowód tego, że bunt nie wyparował ze mnie ani na jotę, zamieszczam link do bardzo melodyjnego, idealnego na wszelkiej maści bale i wystawne potańcówki walca, którego niegdyś tańcowało większość szanujących się glaniastych, metalowo wychowanych panien. 


czwartek, 12 marca 2015

Książki godne polecenia

Jako że wiosna za oknem, świat budzi się do życia i wszyscy pragną cieszyć duszę i ciało całym tym wszechobecnym pięknem ja - jak zwykle z resztą - postanowiłem się wyłamać i nadrobić rażące zaległości w literaturze. Co prawda okres wiosenny nie jest może jakimś wybitnie złym czasem na branie się za publikacje książkowe ( właściwie żaden nie jest, jakby nie patrzeć ), z pewnością jednak pisanie o tych sprawach na jesień cieszyłoby się dużo większą popularnością. Doszedłem jednak do wniosku, że w kraju moim kochanym poziom czytelnictwa maleje z przerażającą wręcz prędkością, toteż wszelkie próby zmienienia tego stanu rzeczy będą jak najbardziej potrzebne i słuszne. Dobrze mówię? Klasyka pytań retorycznych.

A tak bardziej serio, znalazłem ostatnio w sieci program partnerski wydawnictwa złote myśli. Nie wiem, czy ktokolwiek z was brał w tym kiedyś udział, niemniej jednak opcja jest całkiem konkretna. Jeśli zarejestrujesz się do tego programu, z każdej książki, którą ktoś kupił z twojego polecenia ty dostajesz 10 - 40%. Fajnie, nie? Z początku myślałem, że wydawnictwo będzie chciało wciskać ludziom jakieś tanie szmatławce, co by za wiele nie stracić. Okazało się jednak, że nie jest tak źle. Przekopałem się przez ofertę wydawnictwa i wyselekcjonowałem trzy, moim zdaniem warte zakupu pozycje, które sam osobiście znam i polecam. Wystarczy, że wejdziecie w link i dokonacie transakcji :)
Poniżej - jakby ktoś był zainteresowany - zamieszczam również link do rejestracji w programie. Możecie poczytać, jak to wszystko wygląda, a potem samemu polecać znajomym i zarabiać pieniądze. 

Wiecie co? Mam wrażenie, że za kilkanaście lat to będziemy mogli dostać hajs nawet za polecenie chleba, a tradycyjna reklama odejdzie do lamusa. Nie wiem, czy dobrze to, czy źle, warto jednak zainteresować się tematem, bo dopiero raczkuje. A to oznacza, że kto teraz się zań weźmie, za parę lat będzie na szczycie polecankowego biznesu! Jeśli dobrze popracuje, rzecz jasna. 

Wspominałem w poprzednim poście, że ostatnimi czasy zająłem się trochę działalnością biznesową, przede wszystkim zaś tą powiązaną z Multi Level Marketingiem. Co to takiego? Otóż Multi Level Marketing - w skrócie MLM - polega na niczym innym, jak polecaniu znajomym sklepu internetowego i otrzymywania pieniędzy za każdym razem, kiedy zrobią oni w tym sklepie zakupy. Cały biznes wydaje się może prosty, nie jest jednak wcale tak różowo. Największy problem leży w samych poleconych osobach, które z różnorakich względów ( nie mam czasu, boję się że stracę, matka mnie zajebie, to wszystko jest piramidą i sektą, a w ogóle cały ten biznes to jedna wielka kupa ) nie korzystają z zaproszenia, woląc robić droższe zakupy w zwykłych sklepach zamiast internetowym, gdzie produkty są przecież dużo tańsze a jakością nie odstają od najlepszych marek. No, ale co my się to będziemy rozwodzić... Sensu w tym brak, wszak to blog nonkonformistyczny jest, a nie finansowo - biznesowy.
Gorąco zachęcam jednak do zainteresowania się tematem. Przy odpowiednim nakładzie pracy w MLM da się wyciągnąć całkiem ładny pieniądz, a nawet uzyskać porządny dochód pasywny, który pozwoli ci rzucić pracę na etacie. Dlatego też - dla tych wszystkich, którzy na gwałt szukają dodatkowego zarobku i chcą rozwijać swoje tzw. "umiejętności miękkie" - polecam wam książkę Randy'ego Gage pt. "Jak rozkręcić pierwszy krąg. Podstawy duplikacji w marketingu sieciowym." Gage to typowy przykład "od zera do milionera". Były narkoman, wyrzucony ze szkoły w wieku kilknastu lat, wychowywany bez ojca, niejednokrotnie otarł się o śmierć. W końcu jednak w pewnym momencie jego życia nastąpił przełom - Randy wkroczył na drogę rozwoju osobistego, zaczął zmieniać własne nastawienie, myślenie, nawyki, przezwyciężać nałogi. Stał się również aktywnym biznesmenem propagującym ideę multi level marketingu. Tak więc, abstrahując od tych wszystkich popularnych ostatnio skandalicznie kiepsko napisanych książek o tym, jak się rżnąć żeby osiągnąć poziom seksualnej nirwany polecam pozycję naprawdę wartościową, nie tylko dla przyszłych magnatów finansowych.
Zakupu książki możecie dokonać tutaj:

http://www.zlotemysli.pl/new,21thbook,1/prod/12812/jak-rozkrecic-pierwszy-krag-randy-gage.html



Idźmy dalej. Jako że już weszliśmy na grunt rozwoju osobistego, który to temat wydaje się być swoistym "znakiem" naszych czasów, jako drugą dziś publikację chciałbym wam zaproponować książkę znanego wszem i wobec coacha Mateusza Grzesiaka. Kto nie kojarzy no cóż... Nie jest to grzech taki, jak nieznajomość "Painkiller" Judas Priest albo "Kill'em all" Metalliki, niemniej wypadałoby gościa chociaż kojarzyć. Grzesiak to obecnie jeden z najlepszych polskich trenerów osobistych i mówców motywacyjnych. Wielu - z kolejnych niejasnych dla mnie przyczyn - stara się dyskredytować nieco ten zawód, uważając go najzwyczajniej za robienie ludziom wody z mózgu. Otóż pragnę zauważyć, że na zachodzie już jakieś 70 - 80 % przedsiębiorców korzysta z usług coachów. W polsce nadal jest to ledwie procent 15, więc mamy potężną niszę do zapełnienia. Dzięki trenerowi osobistemu - jeśli jest dobry - możemy utrzymać odpowiedni tok myślenia, znaleźć w sobie motywację do działania i po prostu zacząć żyć tak, jak chcemy! Dla tych, którzy nadal w to nie wierzą polecam się zainteresować kolesiem nazwiskiem Tony Robbins. Też zaczynał z poziomu ulicy, po tym jak w wieku siedemnastu lat wyleciał z domu. Szczęśliwie jednak trafił pod skrzydła pewnego gościa, który otworzył mu wiele klapek, dzięki czemu Robbins został jednym z najlepszych trenerów osobistych na świecie. Współpracował m.in. z Andre Agassim, Hugh Jakcmanem, Leonardo di Caprio czy nawet Nelsonem Mandelą albo księżniczką Dianą!
Jak dla mnie, Mateusz Grzesiak spokojnie Tonemu dorównuje. Zarówno pod względem prezencji jak i skuteczności prowadzonych szkoleń. Dlatego też, jeśli rzuciła cię dziewczyna, nie zdasz do następnej klasy a w twojej rodzinie są sami pijacy i narkomani zachęcam do zapoznania się z książką "Succes and Change". Serio, życie jest piękne i nie ma sensu pastwić się nad pierdołami. Chyba, żebyś wstał jutro rano i dowiedział się że odwołali koncert AC/DC na narodowym. Wtedy depresja będzie w pełni uzasadniona.  
Zakupu książki możecie dokonać tu: 

http://www.zlotemysli.pl/new,21thbook,1/prod/12808/success-and-change-mateusz-grzesiak.html


Na koniec mam jeszcze pozycję dla bardziej wymagających graczy, którzy będą chcieli kogoś okraść, wyniuchać zdradę partnera albo po prostu zadziwić znajomych. Zastanawialiście się kiedyś, czy jest możliwe włamanie się do czyjegoś umysłu? Otóż, jest. Są na tym świecie ludzie, którzy po ledwie chwilce rozmowy potrafią człowiekowi wyciągnąć ze łba numer telefonu, kod pin do karty płatniczej albo adres zamieszkania ( to nie fikcja - polecam obejrzeć filmiki Keitha Barry'ego albo Derrena Browna, gdzie panowie robią podobne triki na ulicy z przypadkowymi przechodniami ). Wymaga to jednak odpowiedniej wiedzy i odpowiedniego nakładu pracy. Wszystko jest jednak do zrobienia! Ja sam osobiście potrafię już ( dobra, udaje mi się w 8/10 przypadków, ale jest progres ) odgadywać liczbę pomyślaną przez mojego rozmówcę, więc książka jest zdecydowanie pomocna i może sprawić kupę frajdy. 
Pozycję dostaniecie tu:

http://www.zlotemysli.pl/new,21thbook,1/prod/12849/haker-umyslow-andrzej-batko.html


I link do rejestracji w programie partnerskim złotych myśli:

http://pp.zlotemysli.pl/new,21thbook,ZPP/


Dobra, żeby nie było, żem się totalnie rozmetalizował. Jak znajdziecie czas, polecam obejrzenie koncertu Nigthwish z Floor Jansen na wokalu na Wacken z 2013. Po prostu koncertowa poezja! 



niedziela, 8 marca 2015

Kilka przemyśleń w aspekcie biznesowym

Oglądam sobie właśnie ze współlokatorem 35-lecie Perfectu w Polsacie ( najpewniej ku wyraźnemu niezadowoleniu sąsiadki, której 70 stopniowy volume na telewizorze może się wydać nieco przesadzony. My tak nie uważamy. ) i nagle dzwoni do mnie matka. Banalna historia, powiecie. Zaczyna się jak tysiące najzwyczajniejszych opowieści. Otóż, każda ciekawa historia zaczyna się nieszczególnie. Wszak czerwony kapturek wpierw zwyczajnie szedł sobie lasem, a potem zeżarł go wilk, dołączając do tego babcię. Spiderman też był przeciętniakiem, aż nagle ukąsił go napromieniowany pająk i nagle Mr. Parker został światowej sławy superbohaterem. Wróćmy jednak do naszej historii. No więc dzwoni sobie ta moja mama i zaczyna do mnie mówić ( w sumie jakby się tak zastanowić, telefon właśnie do tego służy ). Nie były to jednak słodkie kawałki w rodzaju: "Co u ciebie słychać?", "Jak tam synuś?", tylko regularny pojazd z grubej rury! A konkretnie... pretensje co do wrzucanych przeze mnie od czasu do czasu postów na fejsie. Ja rozumiem, jakby się przyczepiła co do tego, że nie jestem jak Bill Gates, Steve Jobs i nie myślę już o założeniu własnej firmy, tylko wciąż kiszę się na tych kompletnie nieprzyszłościowych studiach. Ale nie. Musiała się dowalić - ni z gruchy, nie z pietruchy - do nic nie znaczących postów na fejsie! Wiecie, co było dalej? Ano tak - padło pytanie: "A piszesz coś jeszcze na tym blogu?". Chciałem coś powiedzieć, ale się powstrzymałem... 

Pozwólcie, że niesamowicie płynnie przejdę w tym momencie do nieco innego, acz jakże świetnego tematu ( mam wrażenie, że to zdanie jest kompletnie bez sensu. Brak mi formy, cholera. Muszę zwiększyć częstotliwość pisania i się znowu wyrobić chyba. ). Otóż, jak wam jeszcze nie wiadomo, jakiś czas temu zacząłem działać trochę w firmie powiązanej z systemem Multi Level Marketingu. Świetna rzecz - zarobić można ładny pieniądz, a jak się przyłożysz, to i auto ci dadzą, i wypłatę w postaci pięciu cyfr dostaniesz,. Wiecie, taki Forbes przewiduje, że maksymalnie do pięciu lat prawie każdy w jakimś MLM będzie siedział, więc coś jest na rzeczy. W każdym razie dzisiaj właśnie mieliśmy z kumplami marketingowcami takie jedno genialne szkolenie, jak działać w tym biznesie. Prowadził je człowiek nazwiskiem Dariusz Holeniewski - generalnie szycha w branży. Koleś w trzy lata dorobił się wspomnianych wyżej auta i godnych pozazdroszczenia zarobków. Najbardziej w tym całym jego dwugodzinnym wystąpieniu spodobała mi się pierwsza jego część, o której momentalnie przypomniałem sobie, jak zadzwoniła do mnie mama. Mr. Holeniewski mówił bowiem o pracy na etacie i pracy na własny rachunek. O różnicach, plusach i minusach. Rozrysował tzw. "schemat życia", w który uwikłany jest ok. 90% ludzi na tym świecie, w większy lub mniejszy sposób. Spójrzcie, jak wygląda - lub będzie wyglądać - życie prawie każdego z nas: Szkoła - Studia/ lub ich brak - Praca - Emerytura. BOOM! Nie powiecie mi, że tak nie jest. Każdy z nas chciał kiedyś zostać gwiazdą rocka, mieć własną firmę, być pisarzem, aktorem itp., itd. Powiedzcie mi tylko, dlaczego nikt tego uczynił? To ja wam powiem: Stchórzyliście. Baliście się postawić w pewnym momencie wszystko na jedną kartę, baliście się być lepszymi od innych, bogatszymi. Nie powiecie mi, że tak nie było ( Notatka nr. 53 w notatniku, którego nie prowadzę - użycie słowa "powiem" zbyt gęsto, nawet w różnorakich przypadkach czy konfiguracjach wygląda bardziej żałośnie i wskazuje na brak umiejętności pisarskich autora, niż wzbudza potrzebny uśmiech na twarzy ). Pomyślcie, co odparli wam rodzice, kiedy mówiliście im, że chcecie zostać kimś wielkim? Mieć firmę, zespół muzyczny? "Dziecko, ty idź się lepiej poucz!", "Ty byś tylko o pieniądzach myślał. Pieniądze to nie wszystko!" "Pomyśl lepiej, na jakie studia pójdziesz". Wiecie, dlaczego tak mówili? Bo ludzie boją się mówić o pieniądzach! No bo jak to tak: co sąsiedzi pomyślą, jak będziesz zarabiał tak dużo? Będę gadać za plecami, że na pewno ukradł, że to krętacz, a może nawet diler. Poza tym własna działalność jest strasznie niepewna. Widzisz, synu, co się dzieje! Rynki upadają, waluty lecą na łeb, na szyję, nie masz gwarancji, że twoja firma przetrwa! Na etacie to masz przynajmniej pewną pracę ( to dosłowny tekst mojej babci, serio! ), nie musisz się martwić. No moment... Skoro twierdzicie, że własna firma to taka ryzykowna sprawa, że może upaść, to po co dla niej pracujecie?! Przecież to jest czysty survival! Koleś prowadzi własną firmę, ryzykuje na każdym kroku, wszystko może mu upaść a my dla niego pracujemy! Kminicie bezsens myślenia? Spójrzmy na inny przykład. Co powie wam większość studentów, jeśli spytacie ich, ile chcą zarabiać po studiach? Proste: Te dwa tysiące na początek byłoby optymalnie. Nie powiecie mi, że tak nie jest. A wiecie dlaczego? Bo tak ich nauczyli! Ci ludzie są tak mocno wryci w schemat, że nie dostrzegają nic poza nim. Tych, którzy mają kasę uważają za wyjątkowych szczęściarzy, krętaczy, ewentualnie ludzi wybranych. Nie, no trzymajcie mnie! Nikt się nie urodził bogaczem ( no, prawie. )! Każdy milioner musiał do swoich pieniędzy dojść wytrwałością i ciężką pracą! Z tymże różnica jest taka - milioner, zanim zaczął zarabiać taką kasę, najpierw nie zarabiał kompletnie nic, a nawet był na ogromnym minusie. Bo musiał coś zainwestować. Etat nie ma takich problemów - masz od razu wypłatę, nic nie inwestujesz, normalnie żyć nie umierać. Dzięki temu możesz utrzymać rodzinę, nie musisz ryzykować. Jasna cholera! A biznesmen to niby nie ma rodziny?! Sami widzicie ten bezsens na bezsensie. 

A jak to się ma do mojej mamy? A no, bo pomyślałem, co by ta moja kochana rodzicielka mówiła, jakbym przez te sześć lat pisania tego bloga był mniej leniwy, bardziej konsekwentny i zaczął naprawdę na nim zarabiać ( wiecie, zarobki na poziomie 30 zł odkąd uruchomiłem programy partnerskie pod koniec zeszłego roku szału nie robią )? Najpewniej byłoby jeszcze gorzej. Zajmij się normalną pracą, a nie takie pierdoły piszesz. Co ty z siebie robisz?! Dobra. A jakbym był jak przykładowo Kominek albo obywatel Szafrański? To już w ogóle koniec świata. Skąd ty możesz zarobić taką kasę na tym blogu?! Za te wszystkie pierdoły co ty wypisujesz?! I co, może mi jeszcze powiesz że studia rzucisz?! Otóż obywatel Szafrański, mając żonę i dwójkę dzieci rzucił pracę na etacie, żeby prowadzić bloga. Dzięki temu, że poświęcił się pisaniu postów w pełnej krasie osiągnął zarobki średnio 20 tys. miesięcznie, a za najlepsze posty to nawet i 60 tys. wychodziło. Ale matka dalej by mówiła, że wypisuję głupoty i nie ma sensu tego robić, bo to wstyd, hańba i sąsiedzi się śmieją. I wy się dziwicie, że tyle ludzi zapierdziela dzień w dzień do nudnej pracy, której nie cierpi?! A co mają robić, skoro wszyscy wokół mówią im że tak jest dobrze, że w życiu trzeba pracować żeby mieć pieniądze?! Trzeba - ale z głową. Można pracować wszędzie - w biurze, w domu albo w hamaku na hawajach. Można pracować całe życie po osiem godzin dziennie, można przez kilka, kilkanaście lat pracować po czternaście - szesnaście i potem nie musieć w ogóle, jeśli nie będziesz chciał. Wszystko zależy od twego nastawienia, zaangażowania i przede wszystkim tego, czy będziesz miał odwagę wyłamać się ze schematu. Dobra, przyznaję. Ja nie pracuję jeszcze po czternaście godzin dziennie. Wiem jednak, że ze schematu można się wyłamać. I to jest dobry początek!

P.S. Ciekawym, jak wiele tęskniło za kolejnym postem... :)

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych świąt!

Późno już trochę, ale na życzenia nigdy nie jest za późno, nie? Dlatego też w ten piękny, wigilijny czas życzę wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia, uśmiechu, radości z życia i mocy prezentów pod choinką! Nie można też zapomnieć rzecz jasna o tych wszystkich pysznych daniach: pierogach, karpiach z lidla, krewetkach, krokietach, liściach bambusowych... Tradycje właściwie w konkretnych rodzinach panują różne, ale pierogi i karp muszą być!

Niestety, zarówno czas jak i zajęcie mojego umysłu tysiącami spraw nie pozwala mi na jakieś ciekawsze sentencje. Na koniec rzucę wam jeszcze, abyście w tym całym świątecznym motłochu nie zatracili tego, co naprawdę się w te dni liczy: Nie zapominajcie iż święta są przede wszystkim czasem radości z okazji narodzin Zbawiciela Świata, Jezusa Chrystusa! Wesołych świąt!


wtorek, 16 grudnia 2014

Sukces. Po prostu.

Leżę sobie właśnie na swoim ( no, może nie do końca swoim, wszak to jednak wynajmowane mieszkanie jest, aczkolwiek postrzeganie pewnych rzeczy w kategoriach wartości posiadanych często wzmacnia człowieczą psychikę, tudzież podnosi jego pewność siebie czy też wytwarza lepsze postrzeganie swojej marnej persony. Taak, sam to przed chwilą wymyśliłem, rzecz jasna. Ale i tak uważam to za ze wszech miar głęboką i trafną sentencję. ) łóżku, zastanawiając się nad swoim życiem. Kurde, ciężki temat. Moje życie nigdy do lekkich nie należało, jakby się tak przypatrzeć, ale myślenie o nim to już w ogóle kosmos, z tym wszystkim czego nasi ziemscy naukowcy używający jedynie określony procent swojego mózgu jeszcze nie odkryli. Przypuszczam, że prawie każdy z was postrzega własną egzystencję w podobny sposób. Szczególnie, jeśli jesteście w wieku zbliżonym do mojego, czyli takim, podczas którego uświadamiasz sobie, że ten cholerny czas zmusza cię do coraz szybszego wkraczania w coś, co dorośli zwykli nazywać dorosłością właśnie. Nie wiem, kto wymyślił, aby tak to tytułować. Przecież fakt, że masz tam 17,18,19,20,21 lat, wcale nie musi oznaczać, że wkraczasz w jakąś poważniejszą fazę swojego życia. Osobiście znam ludzi pod pięćdziesiątkę, którzy wciąż egzystują jako wolni, łaknący dzikiego życia wolni rockmeni, jakimi normalne osobniki bywają w wieku lat szesnastu. Nie muszę chyba dodawać, że pojęcie rodziny i odpowiedzialności jest im cokolwiek obce? Bujać więc to se możecie. Żaden wiek nie jest wyznacznikiem wkraczania w fazę dorosłości, jeśli sam w nią nie zaczniesz wchodzić. A tak ten świat jest zbudowany, że w końcu w nią zacząć wchodzić trzeba... No, i na tym głównie skupia się mój dzisiejszy problem ( Nie jedyny, dodać trzeba, bo jest jeszcze z tysiąc innych, ale ten  akurat na ich tle nieco się wybija. Co chyba nie rokuje zbyt dobrze. ).
Lat już tyle moje karczycho obciążyło, iż ta rzekoma dorosłość w końcu zajrzała mi w oczy. Po prostu stanęła przede mną, uśmiechnęła się sarkastycznie i bezczelnie rzuciła: "Co, ku*wa, nie spodziewałeś się mnie tak wcześnie, co?!". No jak w mordę strzelił, że nie. Liczyłem, że pozwoli mi jeszcze trochę pobalować, napawać się przyjemnościami wynikającymi z bezstresowego życia nie obarczonego zamartwianiem się o własną emeryturę, której i tak nie będę miał. Dobra, może to i zbyt dalekosiężne rozwarstwianie typowych problemów związanych z materialną egzystencją człowieka, ale jakieś ziarnko niepewności w każdym z was na pewno jest zasiane ( Ale się uśmiałem! Ziarnko niepewności na pewno jest! ). Musi być, patrzą na to, co się dzieje z dzisiejszym światem, a przynajmniej z coraz bardziej socjalistyczną Europą. Dlatego też pani dorosłość zasugerowała, że powinienem zacząć myśleć o czymś, co pozwoli mi zachować się jak na zadeklarowanego patriotę przystało i zostać w tym kraju. Wkurzyła mnie tym ponaglaniem, no ale chcąc nie chcąc musiałem jej przyznać rację. Dlatego też, mimo iż mój umysł gorąco protestował przeciwko przeprogramowaniu swojego dotychczasowego sposobu kondensowania myśli na bardziej dojrzalszo - przyszłościowaty ( Litr Blue Labela dla tych, którzy znajdą te słowa w słowniku. Ja nie znalazłem. Kurde, a taką miałem ochotę na tego whiskacza. ), nalałem sobie herbatki i zacząłem zastanawiać się, co ja tak naprawdę mogę w życiu robić i co, do cholery, jest celem mojego istnienia.
Jeżeli chodzi o to ostatnie, wpadłem tylko na jedno: osiągnąć sukces. Genialne! Zaraz sobie jednak pomyślałem, że przecież prawdopodobnie każdy, albo przynajmniej prawie każdy wpadł na koncepcję podobną do mojej. Bardzo demotywujące ( wy kminicie, że pomimo wieloletniej już popularności słowa "demotywujące" nadal nie ma go w słowniku? Ja się tam chyba pofatyguję do tych językoznawców narodowych, czy kto to tam wydaje. ), patrząc na ogół społeczeństwa. Większość ludzi, nawet jeśli ma poukładane życie, rodzinę i wszystko to, co potencjalnie powinno lokować ich w podgrupie osobników szczęśliwych, zawsze jest z czegoś niezadowolonych. Wszyscy zgodzą się chyba, że w 90% są to przypadki powiązane z finansami. Wiecie, standardowy schemat: Nudna, nieciekawa praca, niskie zarobki, brak perspektyw na poprawienie własnej sytuacji materialnej. Każdy z nich chciał osiągnąć sukces, a prawie nikt go nie osiągnął. Z tego wynika, że osiągnięcie sukcesu jest domeną tylko nie licznych kosmitów, ludzi, którzy zostali do tego powołani, którzy urodzili się z "tym czymś". Bzdura kompletna!
Zawsze wychodziłem z założenia, że jeśli chcesz kogoś do czegoś przekonać, nigdy nie możesz go przekonywać. Z prostego powodu: ten ktoś pomyśli, że nie robisz nic innego ponad próbę narzucania mu własnego sposobu myślenia, który twoim zdaniem jest lepszy od jego. Jeśli chcesz kogoś do czegoś przekonać, musisz  najpierw wytłumaczyć mu, dlaczego ty uważasz tak a nie inaczej a potem uświadomić - najlepiej konkretnymi obrazami - że twój tok rozumowania już kiedyś się sprawdził, i sprawdza się nadal. Nie możesz przekonywać go do podjęcia decyzji, musisz pomóc mu w tym, aby on sam taką decyzję podjął. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ niemalże na własnej skórze przekonałem się, że osiągnięcie sukcesu jest możliwe. Co prawda zawsze uważałem, że dojście do czegoś więcej niż tylko marny ośmiogodzinny etat czy spełnienie dziecięcych marzeń jest możliwe, jakiś czas temu jednak po raz pierwszy doświadczyłem tego osobiście. Otóż kumpel, z którym dzielę ten łez padół już od przedszkola, nie poszedł w moje ślady i nie podjął studiów. Dureń, pomyślicie. Skądże znowu. Geniusz wody najczystszej! Otóż zajął on się biznesem, który pozwolił mu na osiągnięcie takich miesięcznych zarobków, które ja osiągam w tym swoim call center w przeciągu co najmniej miesięcy trzech, zakładając że katuje tych biednych ludzi od poniedziałku do soboty po osiem godzin, robiąc odpowiednią ilość umów. A to dopiero początek! Jak chłopak przewiduje - a ja wiem, że mu się bez problemu uda - za kilka miesięcy osiągnie takie zarobki, że wyjedzie sobie do Meksyku i będzie egzystował obok słonecznej plaży, wynajmując dom z basenem, siłownią i innymi bajerami. W moim wieku koleś. No kurna, jak się nie da, jak się da! Powiecie, że on od dziecka musiał mieć jakieś wybitne predyspozycje? Otóż błąd. Razem rżnęliśmy w gałę pod blokiem, doprowadzając do białej gorączki sąsiadów, razem bywaliśmy na basenach, wycieczkach i nic zupełnie nie zapowiadało, że ten przeciętny ktoś może stać się kimś. Aż tu nagle się chłopak wycwanił, i zamiast przygotowywać do matury, cisnął w biznes. Co prawda egzamin zdał, ale nie jakoś wybitnie dobrze. Po prostu zdał. A potem już sobie mógł rozwijać swoje finanse! Nie wszyscy muszą w to rzecz jasna uwierzyć, ale - jak wyżej napomknąłem - przekonywać nikogo nie będę. Mam nadzieję, że chociaż odpowiednio wam całość zobrazowałem i kilka rzeczy uświadomiłem. 
Dobra tam jednak, porzućmy suszenie kolejnymi przykładami, których na tym świecie jest przecież mnóstwo, a wróćmy do meritum dzisiejszego posta, czyli moich rozterek na temat wkraczania w odmęty dorosłości ( strasznie samolubnie to zabrzmiało, nie uważacie? ). Ten tam wyżej mógł sobie właściwie budować swoje małe finansowe imperium, bo w odpowiednim momencie wpadł na konkretny pomysł, któremu poświęcił się w stu procentach. Dla mnie jest już chyba za późno. No bo na co niby wpaść w wieku 19 lat, kiedy już tylko studiować musisz, a studia to ważna rzecz przecież, najważniejsza właściwie. A jak chcesz studiować, to i robotę musisz jakąś podłapać, co byś przetrwać sensownie mógł. I tak to się kręci, brak czasu, perspektyw... Wy też uśmialiście się, czytając tamte zdania? Ja bawiłem się setnie. Otóż ( Hm... Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek użył w tekście aż tylu zwrotów "otóż". Nie wiem właściwie, czy dobrze to, czy źle też może? ) nieważne, czy mam lat 19, 40 czy 50 - zawsze mam możliwości. Właściciel KFC założył je dopiero po sześćdziesiątce, więc dyrdymałów mi tu nie wciskajcie. Możesz mieć nawet osiemdziesiątkę i zaistnieć na arenie międzynarodowej. Ta tancerka z ( nie pamiętam dokładnie, czy brytyjskiego, czy amerykańskiego ) Mam Talent, miała już chyba pod dziewięćdziesiątkę. 
Sweet. To wiemy już, że jako człowiek dziewiętnastoletni możliwości mam. Teraz tylko pojawia się pytanie, jak je wykorzystać? Logicznie rzecz biorąc, jeśli przykładów jest tysiące, to sposobów ich wykorzystania też jest tysiące. Z tymże w tym miejscu pojawia się pewien problem: Odpowiednie zagospodarowanie możliwości może odbyć się tylko za pomocą nabytych umiejętności. A co, jeśli - weźmy mnie na ten przykład - komuś tych umiejętności brak? Wtedy znowu powinniśmy się załamać, spuścić głowę i stwierdzić że do niczego nie dojdziemy. Ależ ja mam dzisiaj łeb do żartowania, ty! Jeśli nie masz umiejętności, to musisz je zdobyć, proste. Ty myślisz że Bill Gates od razu umiał składać komputery? Albo czy Titus od razu umiał grać na basie? Przecież on się zaczął uczyć dopiero w wieku dwudziestu kilku lat! Bo wiecie, na naukę nigdy nie jest za późno. Nie wiem, czy ktoś wam kiedyś o tym powiedział, ale chcąc osiągnąć jakikolwiek sukces w życiu, musisz na niego zapracować, a jednym z głównym czynników tej pracy jest właśnie nabywanie kolejnych umiejętności, które mogą przybliżyć cię do celu. Nie musi to być wcale nic wielkiego. Nawet głupie uświadomienie sobie, że uśmiech pozwoli ci jako handlowcowi sprzedać określony produkt większej grupie odbiorców, może zmniejszyć dystans dzielący cię od osiągnięcia sukcesu i sprawić że zostaniesz lepszym marketingowcem. Odpowiednie wyćwiczenie uśmiechu to też nabycie umiejętności!
Bomba! To teraz mamy już możliwości, umiejętności i nic nie stoi na przeszkodzie aby uczynić sobie to życie takim, jakim chcemy. Dlatego też... Nie, no kurde. Jak niby możemy to zrobić? Przecież nie mamy żadnego pomysłu! Pozwolę przemilczeć sobie to zdanie i nie skrajać apropos niego kolejnego żarciku. Jak, do cholery, nie masz pomysłu?! Ty, który przelizałeś setki dziewcząt na setki sposobów, zawsze miałeś wymówki na brak zadania domowego, wynajdywałeś najlepsze kryjówki w chowanego, w wieku piętnastu lat zbierałeś butelki i oddawałeś je do skupu, najszybciej spierdzielałeś przed sąsiadem któremu razem z kumplami podwędziliście jabłka z najwyższego drzewa w okolicy?! Nie mów mi więc proszę, że nie masz pomysłu. Bo osobiście przyjdę i palnę cię w ten durny łeb. 
Ale jazda! Umiejętności są, możliwości też, nawet pomysłów trochę. Czemu w takim razie dalej siedzę przed tym kompem i zamartwiam się na swoją marną egzystencją? Spójrzcie wyżej, przeczytajcie raz jeszcze, a zrozumiecie. Sukces nie przyjdzie z niczego. Trzeba na niego zapracować, pomagać mu, aby było mu łatwiej zagościć w twoim życiu. Dlatego też ja, siedzę i piszę, a to kolejne teksty na bloga, a to opowiadania, a to powieść. Mam pomysł, przez kilka lat pisania nabyłem trochę potrzebnych umiejętności, możliwości też mam nieograniczone. Zobaczymy, co mi z tego przyjdzie, ale nie mam zamiaru się poddać. Nie możesz się poddać, bo nigdy do niczego w życiu nie dojdziesz. Będziesz tak samo przeciętny jak reszta osób w twoim otoczeniu. Ja osobiście już zauważam plusy takiej postawy: Przeprowadziłem wywiady z Grzegorzem Kupczykiem czy Piotrem Brzychcym, mój prototyp ( bo tak to nazwać trzeba ) powieści ściągnęło ze strony wydaje.pl siedemset osób, a tenże blog zarobił niedawno na siebie swoją pierwszą dwucyfrową kwotę. Niewiele, ale przecież każdy tak zaczynał... Kończę więc, i wracam do powieści! Sukcesie, nadchodzę!

Macie jeszcze na koniec, jakby ktoś nie wiedział, kimże jest ten genialny człek nazwiskiem Mateusz Grzesiak. Naprawdę warto obejrzeć.




A tak z innej beczki: Freedom Call szóstego czerwca zagra w Polsce! I jak tu nie mówić, że życie jest piękne?