Spowiedź nastoletniego metalowca - czyli jak to jest być młodym metalowcem w środowisku hip - hopowców oraz "techniawy", nosić długie włosy wśród nieprzychylności rodziny, na powitanie księdzu pokazać "\m/" i ranić uszy dźwiękami gitary, na której nie do końca się jeszcze umie grać. Witajcie w moim szalonym świecie!
Dzisiejszy dzień w szkole znów był całkiem normalny ( pod pojęciem " normalny" ja rozumiem wiele rzeczy, które dla przeciętnego człowieka wcale normalnymi wydawać się nie muszą ). Nuda, nuudaa, nuuudaaa, nuuuudaaa.... O! Przerwa! Nuudaaa... I tak w kółko, wiadomo. Jednakże wydarzyła się mała rzecz, która ten rutynowy stan rzeczy troszkę zakłóciła. Mianowicie mój wybitnie utalentowany kolega ( to nie sarkazm! ) walnął mi na lewej ręce tatuaż. Nie no, nie dziarę rzecz jasna. Markerem to zrobił, w życiu nie dałbym sobie ciała okaleczyć! Ale rozchodzi się o to, że cały ten malunek był zrobiony na totalnie najwyższym poziomie! Sam Matejko, gdyby kiedykolwiek przyszło mu do głowy malować takie rzeczy, by się nie powstydził. Moje odczucia? Patrząc na to jak na sztukę - arcydzieło. Spoglądając jednak na to od strony czysto estetycznej - średnio. Oczywiście - później coś na kształt szpanu w całej szkole, uśmiechy itd. ( nauczyciele nawet się nie rzucali! ), ale na dłuższą metę tak ozdobionego ciała bym mieć nie chciał.
No i w tym miejscu pojawia się po raz kolejny temat przedstawiony już po trochu w poście pt. " Jak wygląda prawdziwy metal? - Ave, ku*wa! ", czyli ideologia metalowa a poglądy własne. Więc: Mnóstwo metali, rzekłbym nawet większość, ma na ciele dziary w prze najróżniejszych kształtach. Uważają to za fajne. Okey, ja to szanuję i nic mi do tego. Ale mnie takie coś zwyczajnie nie kręci i uważam to za trochę obrzydliwe... No, od czasu do czasu fajnie jest sobie coś walnąć tak jak ja dzisiaj, nie powiem, zawsze można się pośmiać, pokazać z innej strony. Jednak mieć takie coś na stałe? Za Chiny Ludowe bym sobie nie dał czegoś takiego zrobić... To też z resztą nie chodzi o mnie tylko. Co byli ludzie powiedzieli? Idę sobie spokojnie ulicą w moim małym miasteczku, gdzie każdy każdego zna a plotki roznoszą się z prędkością na która jeszcze nawet nie wymyślili jednostki. Wyobrażacie sobie, co by to było? " Taki wstyd, taki wstyd, jak my się pokażemy wszystkim na oczy " - zaczęłyby się kazaniowe biadolenia. Z drugiej jednak strony, to ja odpowiadam za swoje życie i czyny i nikt nie ma prawa ingerować w moje decyzje ( no, zakazy rodzicielskie to zupełnie inna sprawa :)). Nie powinno mnie obchodzić, co kto sobie o tym pomyśli. To jest tylko i wyłącznie sprawą moją. Jeśli popełnię jakiś błąd, to będę miał nauczkę na przyszłość.
Ale jak zinterpretować tatuaż w kontekście bycia metalem? A no ni jak - znowu. To, że nie chcę mieć tatuażu, po raz kolejny w żaden sposób nie dowodzi, że nie mogę być metalem. Lubię metal, lubię mieć długie włosy, ale nigdy w życiu nie dam sobie zrobić dziary na ciele. I kropka! ( Podkreślam jeszcze raz - nic nie mam do ludzi którzy uwielbiają mieć dziary. Może to efekt złego dzieciństwa, buntu, albo po prostu zachwyt. Człowiek z tatuażem wcale nie musi być zły. No pomyślcie, czy gdyby proboszcz w waszej parafii walnął se teraz nagle dwa wielkie krzyże na rękach, stałby się przez to gorszym duchownym? Fakt, że pewnie opinia publiczna byłaby co najmniej mocno zelektryzowana, ale kapłan mógłby te dziary uznać za wyraz większej wiary na przykład :)) \m/!
No i na koniec przedstawiam moją rękę z tym wychwalanym przeze mnie malunkiem:) Szkoda, że po przyjściu do domu niemal od razu musiałem to zmyć. Mogłoby potrzymać jeszcze ze dwa - trzy dni:)
P.S Wciąż zachęcam do polubienia Dziennika Młodego Metalowca Na Facebooku:) Otrzymujecie metalowo - rockową nutę na każdy dzień, być może już jutro pojawią się niusy o zespołach czy koncertach, zdjęcia i pewnie wiele innych atrakcji:) Oto link ( znajdziecie go również z prawej strony, oczywiście:)) :
No więc post ten jest odpowiedzią na komentarz jednego z internautów, pod wcześniejszym tekstem. Głupio by było w sumie komentować własne posty, więc naskrobię osobnego, a co.
Primo
Sz.P. Internauto w ostatnim akapicie " Dlaczego metal ( hard rock ) nie jest muzyką popularną " stwierdziłem ostatecznie że tytuł posta jest kompletnie bez sensu. Napisałem tylko, że nie jest mainstreamowy, czyli nie chce doić ludzi z kasy i grać tak jak ludzie akurat tego oczekują. Pytałeś, jak to się dzieje, że zespołom udaje się zapełniać całe stadiony. Może moim błędem było troszeczkę, że niedokładnie wyjaśniłem wszystko w ostatnim poście, ale suma sumarum uważam że metal ( hard rock ) jak najbardziej jest muzyką popularną, najpopularniejszą wręcz na świecie. Bez dwóch zdań:)
Secundo
Co do MTV Rock, organizowanych przez nich festiwali i np. jak to nazywali "sprzedawania" się Metalliki na tym kanale to materiał w ogóle na osobny post. Szczerze mówiąc, liczyłem nawet, że ktoś właśnie podejmie te wątki:) Nie potrafię teraz na szybko się rozpisać, musiałbym trochę się zastanowić. Ogólnie rzecz biorąc gdy Metallik ze swoim czarnym albumem, albo nawet i już wcześniejszym zaczęła osiągać mega popularność, największa ówczesna muzyczna stacja zrozumiała, że ludzie chcą takiej a nie innej muzyki. Dlatego też później zorganizowała np. festiwale wymienione przez ciebie i stworzyła tematyczny rockowy kanał. Oczywiście, mogę się mylić, ale " Enter Sandman " Metalliki chyba była najcięższą piosenką, jaką kiedykolwiek zapuścili na MTV. Tak samo jeśli chodzi o dobór bandów na festiwalach. Snow Patrol to nawet nie hard rock... a właśnie najwięcej nadają podobnie grających zespołów.
Pewnie mógłbym jeszcze parę słów napisać i posprzeczać się z tym i owym, ale czekam na reakcję i odniesienie się do powyższych:)
Z pozdrowieniami dla pana Fah ( Faha? sorry, nie wiem jak odmienić:D) ,
Wbrew pozorom, temat ten można bardzo mocno rozwinąć i naskrobać o nim parę dających do myślenia słów, nawet odnosząc się do przeszłości. Być może nie wszyscy zgodzą się z " poglądami " które, te przedstawię, ale mało mnie to obchodzi. Bo będą i tacy, którzy się ze mną zgodzą. Tak więc rozwijajmy ten temat!:)
Na samym początku trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czym w dzisiejszych czasach jest muzyka popularna i co to jest muzyka popularna. Gdyby spytać o takie rzeczy przeciętnego nastolatka, wymieniać najnowsze przeboje Rihanny, Beyonce, Michaela Telo ( te Ai su te pego już mnie trochę irytuje ), czyli wszystko to, w kółko nadają na słynnych kanałach VIVA Polska, MTV czy też 4fun TV. I tu moim zdaniem znajdujemy odpowiedź na pierwszą część pytania, mianowicie CZYM w dzisiejszych czasach jest muzyka popularna. A no tym, co nadają na wyżej wymienionych kanałach. Ach, no i w RMF FM, oczywiście! Wybaczcie, jak mógłbym zapomnieć o tak znakomitej polskiej stacji radiowej zapomnieć<sarkazm>? Tak to właśnie wygląda. Masowe media, promując taką a nie inną muzykę wyznaczają jednocześnie " co jest na topie ", oddziaływając na psychikę człowieka, głównie młodzieży. No i siedzi potem ten człowiek przed telewizorem, gapi się na te wygibasy wśród jednych i tych samych bitów i zachwyca się jakie to fajne. No płakać się chce.
A co z drugą częścią pytania? Co to jest w ogóle muzyka popularna? No więc, jeśli ktoś jeszcze tego nie zauważył, w dzisiejszym świecie nie ma już gatunku, którego można by określić mianem muzyki popularnej lub w skrócie muzyki pop. Dlaczego? Pomyślmy. Kto zapoczątkował pop? Kto był jego królem? A no tak, Michael Jackson. No to podajcie mi chociaż jeden utwór nagrany w przeciągu ostatnich lat, który jest stylistycznie podobnie do dokonań najmłodszego członka Jacksons 5. Nie ma takiego. Tak więc nie dość, że młodzi ludzie słuchają tego, co im się narzuca, to jeszcze nie wiedzą czego słuchają. No masakra!
A gdzie w tym wszystkim jest metal czy hard rock? A no, gdzieś tam sobie brylują. Mimo iż mają fanów lojalniejszych niż wszystkie inne gatunki w historii, mimo iż tych fanów jest setki milionów na całym świecie, nie można stwierdzić, że są popularne. Że niby co? Wacken Open Air, Brutal Assault, Sonisphere albo w końcu zebrana wielka czwórka? Kogo to obchodzi, gdy do Polski przyjedzie Madonna. Od razu wszystkie media o tym krzyczą. No co, może nie mam racji?
Ale cofnijmy się jednak głęboko w przeszłość. Do cudownych czasów, gdy w tym cholernym pudle nie było MTV ani VIVY ( w Polsce np. to w ogóle mało kanałów było ), a na dyskotekach królowało disco. Do czasów, gdy określenia " muzyka popularna " nikt nawet jeszcze nie wymyślił. Cóż, wszyscy się chyba domyślają dokąd zmierzam i prawdopodobnie tu akurat przyznają mi rację. Lata 70 i 80 a także początek 90 to z pewnością najlepszy okres w historii hard rocka i metalu. Miliony sprzedawanych płyt, miliony fanów na koncertach... W ogóle dużo było milionów. Ale hola hola. Skąd w tamtym okresie tak duże zainteresowanie muzyką, którą dziś na babcie określają mianem szarpidrutów? Trzeba spojrzeć, jakie to był czasy.
Komuna, rzecz jasna. Żelazna kurtyna obejmująca wschodnią część Europy. Co ja mogę wiedzieć o tych czasach, powiecie, skoro w nich nie żyłem. A no mogę tyle, ile słyszałem z opowieści taty, babci czy też starych materiałów filmowych. Brak towarów w sklepach, ograniczanie wolności osobistej, w końcu stan wojenny, gdy czołgi wyjechały na ulicę. Wiadomo nie mam prawa pisać o tym, co czuli ludzie żyjący w tamtych czasach, bo to wiedzą tylko oni sami. Mogę jednak pisać, że nikomu się to nie podobało ( prócz władz ) i każdy pragnął z tym walczyć. No i do tego właśnie zmierzam... Bunt. To pierwsza rzecz teraz o która uczyniła hard rock i metal gatunkami ubóstwianymi. Doskonale zdaję sobie sprawę czym dla ludzi ( mówię teraz o Polsce ) były takie kompozycje jak " Dorosłe dzieci " Turbo, " Chciałbym być sobą " Perfectu czy " Przeżyj to sam " Lombard. Były wyrazem sprzeciwu wobec panujących i ustroju. Oczywiście, przekaz w piosenkach był trochę ukryty, wiadomo, cenzura, ale wszyscy i tak wiedzieli o co chodzi. To pierwszy rodzaj buntu.
Drugi rodzaj buntu to w mojej opinii po prostu chęć wyrwania się ze szponów komuny i pokazania, że nie ma się zamiaru podporządkowywać władzy. Dlatego też chyba tak wielką popularność zdobyły legendarne już dziś kapele jak np. Metallika, AC/DC czy Iron Maiden ( Zaznaczam jeszcze raz, że wszystkie wyżej wymienione słowa dotyczą wschodniej Europy, w szczególności Polski; Nie mówię o takiej np. Ameryce, bo tam metal i hard rock to już była kompletnie inna bajka ).
Trzecim punktem, dzięki któremu ta muzyka była w tamtych latach tak popularna, jest w mojej opinii chęć posiadania rzeczy zakazanych lub też niedostępnych. Gdy mój wujek, wieloletni już oddany metalowiec opowiadał, jak wraz z kumplami udało mu się zdobyć kasetę z " Masters of Puppets ", jak pół osiedla schodziło się w jednym mieszkaniu słuchając tego z wybałuszonymi oczami, to czułem się jakbym normalnie tam był, z taką pasją mi to przekazywał.
No i w tym miejscu rodzi się ostatnia, najbardziej chyba oczywista oczywistość - pasja. Po prostu. Gdy nie było MTV, nie było VIVY, nikt nikomu nie mówił co jest dobre a co nie. Ludzie chcieli metalu, hard rocka, bo to najzwyczajniej w świecie dobra muza, idealnie wyrażająca siedzące w człowieku emocje.
Więc jeśli powrócimy do czasów dzisiejszych i przyjrzymy się tym metalowym/hard rockowym fanom to zobaczymy, że nigdy żadna muzyka w historii nie miała tak zatwardziałych i oddanych wielbicieli. Co z tego, że w mediach brylują jakieś sezonowe lalusiowate gwiazdki typu Justin Bieber, skoro to Metallika sprzedała grubo ponad 100 mln płyt, to AC/DC, Rolling Stones i U2 zagrały trzy największe i najlepiej zarabiające trasy, jakie kiedykolwiek odbyły się na naszym globie. Hard rock i metal, to gatunki do których miłość przechodzi z ojca na syna i które nigdy nie przestaną być popularne, a pamięć o tych największych kapelach przetrwa setki, jeśli nie tysiące lat. A o takim Bieberze już zapominają.
Wychodzi więc na to, że tytuł tego posta, przedstawiony w formie pytania, jest kompletnie bez sensu. Sens ma jedynie w tym, że hard rock i metal nie zaliczają się do tego całego " popularnego " VIVO-wego i MTV-iwowego mainstreamu. I dobrze. Ta muzyka ma swoją godność, honor i zasady i nigdy nie chciała się do tego mainstreamu zaliczać. No pomyślcie: AC/DC obok Rihanny? No chyba nie...
Oto powyżej przedstawiam link z kwejka... Na którym znalazł się Dziennik Młodego Metalowca!:D Tak tak, machina promocyjna kręci się na pełnych obrotach:D Jeśli możecie, wbijajcie i rozgłaszajcie link na fejsach! Niech Dziennik Młodego Metalowca podbije cały świat:D
Oczywiście link ten również znajdzie się w dziale linki:)
P.S Nowy post - z pewnością ( dobra nie pewnością, bo zawsze się mogą pojawić jakieś komplikacje ) pojawi się jutro:) Wypatrujcie go po południu - lub wieczorem:)
Oto przedstawiam wam filmik ( właściwie prezentację z power pointa przerobioną na avi ) promujący Dziennik Młodego Metalowca:) Amatorka to kompletna, ale jeśli możecie, obejrzyjcie i przekazujcie link z filmem dalej:) ( z góry ogromne dzięki ) Niech się sławi blog, a co:D A oto link: http://www.youtube.com/watch?v=MznELX9xkIo - znajdziecie go również w dziale linki:)
No, czas najwyższy nabazgrać parę słów o moich muzycznych " umiejętnościach " no i o instrumentach oczywiście.
Wszystko zaczęło się w drugiej klasie podstawówki, kiedy to zaciągnąłem się do szkoły muzycznej jako pałker. Szybko się jednak przekonałem, że o graniu na zestawie mogłem myśleć tylko wtedy gdy opanowałem utwory na ksylofon czy marimbę. Młody byłem i głupi, więc mniej więcej po trzech latach edukacji powoli przestawałem ćwiczyć, co prowadziło do sporów z moim nauczycielem, najlepszym na świecie trzeba dodać. Tyle spokoju, ile on przy mnie zachował, to nawet Zenon z Kition nie zachowywał. Teraz, gdy patrzę na te sześć lat tej szkoły z perspektywy czasu, żałuję, że nie chciało mi się ćwiczyć. Wielu mi mówiło, że miałem talent, i być może tak było, ale przez własną głupotę go zmarnowałem. Cóż, nie wykluczam powrotu do perkusji, pójścia do jakiejś prywatnej szkoły, ale nic nie zwróci zmarnowanych przeze mnie lat.
Przyznam się, mniej więcej rok po zakończeniu szkoły muzycznej ( mam dyplom, zawsze to mnie stawia w innym świetle:)) chciałem sobie sprawić bębny. Ale, jak to zwykle bywa, brakowało kasy. Doszedłem do wniosku, że gitara to też wyczesany instrument, a i tańsza na pewno. Lecz na nią też nie miałem kasy. Trzeba ją więc było zarobić.
W tym miejscu należą się gorące podziękowania mojej cioci, która załatwiła mi robotę. Zostałem roznosicielem gazetek. Ile się natrudziłem, waląc przez całą moja miejscowość w lato, gdy żar lał się z nieba albo w zimę, gdy brnąłem wśród śnieżyc przez półmetrowe zaspy, wiem tylko ja. No ale udało się, do kroćset, jakby to czarnobrody powiedział. Zebrałem dość kasy, by sprawić sobię wymarzoną gitarkę.
Dobra, okey, może nie wymarzoną, bo oryginalny gibson les paul czy stratocoaster za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy nadal pozostają w sferze marzeń. Nie ma jednak co narzekać. Na allegro znalazłem nieźle wyglądającą podróbkę wyżej wymienionej niemieckiej firmy. Po przekalkulowaniu wszystkich za i przeciw w końcu zdecydowałem się ją nabyć.
Hmm... Delikatnie mówiąc, moje oczekiwania co do tej gitary były trochę większe. Albo i kolosalnie większe. Niezbyt ciekawe brzmienie, progi trzeba było strasznie mocno dociskać. Ale jasna cholera, miałem swoją gitarę i to się liczyło! Błyskawicznie podłączyłem sprzęt do piecyka i przejechałem kostką po strunach. Nieziemskie uczucie!
- Ciszej tam, weź to ścisz! - nagle ktoś ryknął z dołu.
Aha. To se pograłem... Nie uwzględniłem, że w moim domu słychać dość mocno na dole to co się dzieje na górze i odwrotnie. Dobra tam, ściszę trochę, odłożę nawalanie na kiedy indziej. Niestety, niewiele później miałem okazji do rzeczonego nawalania...
Powiedzmy też sobie szczerze, że niewiele się również nauczyłem ( tu znów moje cholerne lenistwo ), jedynie podstawowe chwyty, czyli G, C, A, a, E, e, D, d, F i a7 oraz trochę liznąłem solówek. Wystarczyło jednak, żeby zagrać co niektóre piosenki.
Tak oto dałem swój pierwszy koncert, śpiewając " Winds of change " Scorpionsów w moim gimnazjum, a z którego zdjęcie ( jest też na moim fb ) zamieszczam poniżej.
Podsumowując, mój warsztat muzyczny jest przeciętny, a mógłby być co najmniej dobry, gdybym tylko w tej szkole muzycznej ćwiczył:) Przeżyłem fajną ( i nadal przeżywam oczywiście ) fajną przygodę z muzyką. Nie wiem, czy uda mi się jeszcze kiedyś założyć kapelę. Przekonałem się że takie muzykowanie to ciężka praca. Teraz, gdy patrzę na koncerty takiej Mettaliki przykładowo uświadamiam sobie, ile pracy musieli włożyć w swój sukces. Z drugiej jednak strony, robią to, co kochają, i tak zostanie do końca życia.
Na koniec zamieszczam dwa zdjęcia, jedno, tak jak mówiłem, z koncertu granego rok temu ( tu ukłony dla Romany, która mi je wysłała :) a drugie to po prostu me&my guitar tyle tylko, że to będzie z gitarą klasyczną:)
( Cholera, ja już sam zaczynam nie wierzyć w własne obietnice. Post miał być już w piątek po południu, a pojawia się dopiero teraz. Ludziska wybaczcie!:) W piątek wyskoczyło mi kilka rzeczy, w sobotę znów urodziny...:) Na przyszłość postaram się własne deklaracje spełniać i więcej nie rzucać słów na wiatr:))
W opisie bloga znajduje się pewna intrygująca chyba myśl, mianowicie " jak to jest pokazać księdzu na powitanie \m/ ". Cóż, mniemam że wszyscy chcieliby wiedzieć co się pod tym kryje:)
Jeśli liczycie w tym miejscu na kolejny szałowy, bombowy, wyczesany opis jakiejś zadymy, to możecie się trochę zawieść.
Ta historia zaczyna się od pojawienia się w naszej parafii pewnego księdza, jakieś półtora - dwa lata temu, może wcześniej, jeśli dobrze liczę. Z początku wydawał się normalny, jak każdy kapłan. Szybko się jednak okazało, że normalnym nie jest, ale w pozytywnym ( choć nie dla każdego, co później wyjaśnię ) tego stwierdzenia znaczeniu.
Gdy pierwszy raz przyszedł do mojej klasy na religię, zwyczajowo zacząłem mu pojeżdżać i wypytywać, jak to ja. Pytania typu " Jakiej muzy ksiądz słucha? ", " Miał ksiądz dziewczynę? " czy " Lubi ksiądz rodzynki? " kwitował wpierw uśmiechem, ze stoickim wręcz spokojem. No ale każdy w końcu wymięka.
- A ty co masz za koszulkę? - spytał mnie kiedyś na lekcji.
- Slayera. - odparłem, pokazując mu \m/.
- Wstań na chwilę.
Więc wstałem.
- Patrzcie - kapłan wskazał na mnie, zwracając się do klasy - Czy ta koszulka ma wyraz bardziej pozytywny czy negatywny?
- Jak najbardziej pozytywny! - odrzekłem, choć sam wątpiłem w prawdziwość tych słów patrząc na okładkę " God hates us all "...
- No więc proszę mi więcej w takim czymś nie przychodzić na lekcję, na inne se przychodź, mi to ryba, ale teraz załóż bluzę.
Sposób jego wypowiedzi, ton a także do niekontrolowanych zapowietrzeń wzbudziły w klasie ogólną wesołość. Już wiedziałem, że z tym księdzem będąjaja.
Potwierdzenie moich przypuszczeń znalazłem w zachowaniu mojej siostry, która zdegustowana wręcz przyszła wieczorem do domu ze spotkania ministrantów. Nie pamiętam już dokładnie określeń, jakich używała pod adresem księdza, ale nie były to słowa miłe. Oczywiście, nie mówiła tego wprost, ale jej zachowanie było bardzo jednoznaczne. Fakt, kapłan sypał uwagami i docinkami ale to tylko w wypadku co niektórych ministrantów. I dobrze! Ktoś w końcu musiał tam zaprowadzić porządek. Znam moją siostrę i wiem, że jej się nie da nie opierdzielać i nie kłócić się z nią.
Nasza klasa w gimnazjum wkurzała chyba księdza najbardziej, ale też potrafiliśmy go rozśmieszyć. Pewnie, że dostawaliśmy niezliczone ilości uwag, ale dla nas to była normalka, zdawaliśmy sobie sprawę że się nam należy. Ministranci tego chyba nie rozumieli:)
Bo z księdzem dało się pogadać jak z żadnym innym duchownym. O wszystkim, nawet o metalu! Mimo iż pochłaniał tony słodyczy, był po prostu spoko. Taki jeden koleś do dzisiaj chyba jeszcze wspomina jak mu ksiądz " titał" klaksonem z auta przejeżdżając koło niego.
Ja też mam co wspominać. To, jak mnie uczył węgierskiego, to jak wracaliśmy z nim i paroma kumplami ze spotkania, z puszczonym w aucie na full Dżemem a potem Metalliką, a przede wszystkim to, jak z nim i kolegą wybraliśmy się na kilku dziesięciokilometrową trasę rowerową, na której koncertowo złamałem zęba. Ucieszy się pewnie, gdy zobaczy te wypociny, o ile na tych Węgrzech, gdzie teraz jest, ma jakiś dostęp do neta:) Nie podam jego imienia, wiadomo, ale chociaż walnę jego kultowy podpis.
ks.wz. ( czyt. kysy wuzy )
P.S Od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby tego posta napisać, niech się chłopak ( ksiądz ) ucieszy. Z drugiej strony wiedziałem, że muszę coś napisać, bo życie na blogu totalnie by zamarło. Teraz w szkole skończył mi się trymestr i w tym tygodniu miałem praktycznie same poprawy ( Zdałem, jeszcze tylko matmę muszę zaliczyć:D ). Nie wiem, czy kolejny post również pojawi się za miesiąc czy też jutro, obstawiałbym jednak tę drugą opcję, bo teraz już tyle nauki nie będzie. Wiedzcie, że ten blog to jeden z najlepszych pomysłów w moim życiu i żadna szkoła tego nie zmieni! \m/!:)
piątek, 16 marca 2012
Nie wiem, ile jeszcze razy będę przepraszał za długie nieobecności na blogu, fak faktem jednak, że nowy post, choć krótki i bez polotu jest już napisany. Jak zwykle, na tak długą przerwę złożyło się bardzo wiele czynników: Wierzcie mi, ciężkie jest życie w liceum. Szczegóły w poście po południu:)
W ubiegłą sobotę pierwszy raz w życiu pojechałem z kumplami do Pietni, gdzie znajduje się sławny skądinąd Discoplex A4 ( cholera, późno trochę zacząłem, w sumie w lipcu mi stuknie siedemnastka ). Okazało się, że taka dyskoteka to wcale nie mały wydatek. Wpierw kierowca zgarnął od nas po dwie dychy za transport, ale to mu akurat wybaczam, bo trochę kawał facet miał. Później za wejście skasowali kolejnych piętnaście złotych. No i oczywiście konieczny był zakup jakichś trunków, bo tak sucho to średnio się tańczy. W sumie wyszło tego jakieś pięć dych. Cała wyprawa zaczęła się o godzinie dziewiątej wieczorem ( " chyba nie rano ", tak, wiem ), kiedy to wszyscy w piątkę stawiliśmy się koło sklepu w moim mieście. Po wypaleniu przez szanownych kolegów zwyczajowych fajek wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy. Ledwo wyjechaliśmy z miasta ( tej wsi z prawami miejskimi ) a ci już wyciągnęli jakiegoś krupnika w siedmiuset mililitrowej butelce, 0,7 znaczy się. Nooo, to nieźle się zapowiadało. Nim przejechaliśmy połowę drogi, wszyscy byli już nawaleni w trzy... zadki. Oprócz mnie i kierowcy, rzecz jasna. Wiem co myślicie. Nie pił, to pewnie jakiś dziwak. Kusiło, pewnie, że kusiło, ale se pomyślałem, że głupio by tak było od razu po pierwszej większej imprezie przyjść narąbanym do domu. Jeszcze będę miał na to mnóstwo czasu ( w lipcu siedemnastka ). Tak więc w końcu dojechaliśmy do tej Pietni. Wstawieni, ale szczęśliwi. Od razu postanowiliśmy kupić bilety, a właściwie takie jakieś świecące pod lampą UV pieczątki na ręce, żeby potem nie było tłumów. Musieliśmy czekać, aż się impra rozkręci przecież. Wbiliśmy około godziny dziesiątej. Nie powiem, dyskoteka bardzo fajna. Duża, przestrzenna, z miła atmosferą i klimatem. Tylko ludziów jak mrówków Gdy zaczęliśmy się bansować na parkiecie nawet ręki nie dało się wystawić, aby kogoś nie walnąć, a tego z pewnością nie chcieliśmy. O zadymę bardzo łatwo. Nie chodzi o to, czy byś dostał, czy nie, ale z klubu by cię wywalili i koniec z marzeniami o wielkiej bibie. Po pierwszych tanecznych szlifach postanowiliśmy trochę się dotlenić.Ja, jako że nie palę, nieco się w tej palarni dusiłem od gryzącego dymu. Ale to były tylko dwie fajki, więc szybko niewygodne dla mnie miejsce opuściliśmy. Teraz z kolei udaliśmy się do baru. Gdy spojrzałem na te piękne, lśniące zimniuteńkie piwa aż mną zatrzęsło. Cóż, musiałem skapitulować i kupić butelkę. Zimny Lech. To jest to! Gdzieś po dwunastej znów wbiliśmy się na parkiet, tym razem pozostając tam przez dłuższy czas. Ja byłem na trzeźwo i ogarniałem, z kim tańczę i co robię, nie można jednak było tego powiedzieć o jednym z moich kumpli. W czubie miał już porządnie. Znalazł sobie jakąś laskę, przy samej scenie gdzie nakręcali imprę didżeje i zaczął ją tulić. Z czasem przeszło to w lizanie. A potem ona mu zaczęła robić malinkę... Jak się bawić, to na całego, a jak! Dodatkowego smaczku całej tej zabawie nadawał fakt, że w klubie kręcono teledysk. No ale cóż, nie kręcili nas, tylko profesjonalnych aktorów. A było tak blisko... Podsumowując ten krótki chyba post, stwierdzam, iż metalowiec na dyskotece z powodzeniem może dać sobie radę. Kit że ( może trochę nieskromnie powiem ) ja jednak ten lekki dryg do tańca i robienia show mam, przez co miałem łatwiej. Ale widziałem tam również kolesia, który miał włosy długie do pasa i ruszać się nie potrafił kompletnie, a bawił się świetnie. Parafrazując przytaczanego w którymś z wcześniejszych postów Peję, nie samym metalem człowiek żyje. W tym poście nie chodziło mi o dokładne opisanie dyskoteki i o to jak się tam nawalili. Chciałem właśnie pokazać, że nie ważne jakiej jest się przynależności subkulturowej czy jakiejkolwiek innej, bawić się też trzeba umieć. Apeluję więc do tych najbardziej zatwardziałych anty - dyskotekowców, aby choć raz się na taką imprezę wybrali. Wierzcie, bansować się w koszulce Iron Maiden to żaden problem. Gwarantuję, że się wam spodoba, tak jak spodobało się mi:) P.S Nie wymieniam żadnych nazwisk ani osób, żeby ktoś kto będzie czytał te słowa sobie czegoś nie pomyślał. No bo jeśli to będzie czytać czyjaś mama przykładowo to mógłby się wywołać niezły sajgon. Prawdą jest, że palili i pili ale prawdą również jest, że nie wszyscy tak postępowali. Tak więc kto się bawił na trzeźwo, a kto nie, lepiej zachwam dla siebie:)
Witam po dosyć długim okresie ( kolejnym ) bez żadnego posta. Cóż, nie jest tak, że mi się nie chciało ( no może w małym stopniu :)), po prostu tak wyszło...:D Dobra, nie rozwódźmy się nad tym, bo i tak do niczego nie dojdziemy, przejdźmy do konkretów:)
Poniższy tekst tyczyć się będzie zdarzeń, które miały miejsce podczas ferii zimowych, czyli już jakiś czas temu. Mianowicie w drugim tygodniu tego przedsionka wakacji, albo, jak to powiedział jeden z moich kolegów, po prostu dłuższego weekendu, wyjechałem na obóz. Szachowy! Cóż z tego, że ledwo cztery kilometry od mojej miejscowości. Liczy się towarzystwo, a to było pojechane na maksa, o czym zaraz się przekonacie. Myślałem, żeby ubrać całą tę historię w klasyczny post, ale po krótkim namyśle zmieniłem zdanie. Zastosuję nowość na tym blogu: Każdy dzień opiszę z osobna, tworząc swego rodzaju zapiski z pamiętnika. Uważam, że przez to teksty wyjdą lepiej, albo i nawet śmieszniej:)
Dzień 1
Poniedziałek, 23 stycznia
Darmo żebym zaczynał po kolei od tego , jak to zwlokłem się z łóżka i niemalże czołgałem na śniadanie ( w ferie chodzisz spać koło czwartej nad ranem [ lub też w ogóle ] i wstajesz na podwieczorek [ lub w ogóle nie wstajesz, jeśli nie śpisz, logiczne]), przejdę więc teraz błyskotliwie do momentu wyjazdu.
Zakwaterowanie w ośrodku było do godziny jedenastej rano. Około dziesiątej trzydzieści przyjechał po mnie kolega, wraz z tatą, ( no bo z reguły chłopaki z drugiej gimnazjum prawek jeszcze nie mają ) no i pojechaliśmy do LOKiRU ( Leśnicki ośrodek kultury i rekreacji ) po cały sprzęt. Gdy już wszystko upchaliśmy w bagażniku, na siedzeniach i wszędzie gdzie się dało wyruszyliśmy. Liczycie, że po drodze złapaliśmy gumę? Nie tym razem. Chciałbym , żeby tak było, aby mieć co pisać, ale na miejsce dojechaliśmy bez przeszkód.
P wtaszczeniu uzbrojenia i naszych walizek zostaliśmy skierowani do sali, w której miały odbywać się wszystkie główne zajęcia. Okazało się, że prócz trzech oczekujących już nas szachistów ( no wiecie, żeby tak brzmiało oficjalnie ) znajdowały się tam również marżoretki. Albo marżonetki? Niektórzy mówią też mażoretki, nikt do końca nie wie, jak to się wymawia. Co to takiego? A taki dziewczyny, co przebierają się w stroje i machają pałkami, do muzyki najczęściej. W sumie ciekawe zajęcie nawet.
Mniej więcej po godzinie pierwszych integracyjnych nazwijmy to śmichów - chichów i pogadanek zjawiła się główna gwiazda, z którą to moja skromna osoba miała wkroczyć do legendy Domu Pielgrzyma ( to ten ośrodek ) i trwale zapisać się w jego historii. Mam w tym momencie na myśli totalną rozwałkę, jakiej jeszcze nikt nie uczynił, i chyba się nie odważy. Ale o tym nieco później:)
Około godziny czternastej podano obiad. Nie pamiętam do końca, co było, ale to i tak nie ważne, ważne co się zdarzyło po posiłku. Dowiedzieliśmy się mianowicie, że mamy zostać instruktorami szachowymi marżonetek. Czy tam mażoretek. Jak pewnie wiele osób zrobiłoby na moim miejscu, zdębiałem. Nie tyle się wystraszyłem, co po prostu nie miałem ochoty. Dziewczęta bowiem nie umiały nic i trzeba było je uczyć od podstaw. Co jak się nazywa, jak rusza, jaką ma wartość. Mimo początkowych obaw okazało się to jednak całkiem fajną przygodą. Szczególnie, że uczennice były bardzo pojętne.
No a teraz to, co tygrysy lubią najbardziej. Głupio, żebym opisywał poszczególne partie, które graliśmy, kto by to czytał. Pora więc na noc! Taak... Zapowiadała się niezła zadyma. Zwarci i gotowi, po prysznicu grzecznie ułożyliśmy się do łóżek. Kontrola przyszła, sprawdziła, czy wszystko w porządku i poszła. Tak, jak to powino być. Oczekuje pewnie w tym momencie, tak jak i wcześniej, że napiszę o jakimś spektakularnym wybryku z antyterrorystami w roli głównej. Niestety, pierwsza noc przebiegła, w miarę spokojnie, mimo iż poszliśmy spać o wpół do piątej nad ranem. Nie mówię jednak, że było całkiem cicho. Poskakało się po łóżkach, trochę powariowało. Ach, no jasne! Byłbym zapomniał. Gdy kontrola poszła, zdecydowaliśmy się ( było nas 5 w pokoju ) na partyjkę pokera. Z braku kasy graliśmy na paluszki, których kolega miał całą du...żą paczkę. Nie pamiętam już, czy stało się to z powodu przegranej, czy też może z powodu uaktywnienia się dzikiej natury, fakt faktem jednak, że wzmiankowy gdzieś wyżej gwiazdor sypnął paluszkami. Na moje łóżko, a jakże. Nie mogłem pozostać bierny, więc mu oddałem. No i tak zaczęłą się klasyczna wojna na żarcie.... no, na paluszki, ale to przecież zawsze żarcie. Po zakończeniu walk krwawszych niż pod Stalingradem Michał ( dobra niech się gwiazda też wypromuje ), potykając się co i rusz o złamane bądź też do połowy zjedzone naboje wyszedł do ubikacji. Wtedy do akcji wkroczyłem ja. Zobaczyłem stojącą obok mnie butelką wody. Z moją wodą, należy dodać. No i jak to zwykle w mym przypadku bywa, do głowy przyszła mi idiotyczna myśl. Im bardziej idiotyczna, tym lepiej. Wziąłem butelkę i polałem wodą łóżko gwiazdora. Wrócił po pięciu minutach.
- Co tu tak mokro?! - krzyknął, siadając na mokrej pościeli.
No i wszyscy w śmiech. A co!
- Takie to śmieszne? Masz! - teraz z kolei polał moje łóżko.
- Spokój, dobra już spokój. - powiedziałem szybko, gdyż mogła się z tego łatwością wywołać trzecia wojna światowa.
- Ale gdzie ja mam teraz spać?! - krzyczał Michał.
- Dobranoc. - odrzekłem, a wszyscy znowu zaczęli się śmiać.
Ostatecznie kolega jakoś wytrzymał na mokrym łóżku ( moje aż tak mokre nie było, więc spałem smacznie ).
Ta noc to było dopiero preludium do kataklizmu, który miał nadejść.
Dzień drugi
Wtorek, 24 stycznia
Jak nietrudno się domyśleć, z rana każdy z nas miał tzw. " Lekki nieogar " ( nie, no kac jeszcze nie, nie przesadzajmy ). Na śniadanie, które zarządzono o kilka godzin za wczesnej godzinie, mianowicie 8:45, ledwo co zdąrzyliśmy. Staraliśmy my się jednka sprawiać wrażenie wyspanych i wypoczętych. Niech sobie nie myślą. Prawdziwy imprezowicz potrafi spać kwadrans dziennie a stan nie ogara ( lub kaca ) to dla niego tak jak nieogar dla człowieka normalnego.
Choć zazwyczaj etap, w którym spożywa się posiłki, nie jest zbyt interesujący, w tym miejscu wymaga jednak zainteresowania. Głównie rozchodzi mi się o dwie dziewczyny, które poznaliśmy. Okazało się, że są z rocznika mojej siostry, ba, nawet chodzą razem z nią do gimnazjum. Nie pamiętam dokładnie, jak zaczęła się rozmowa, ale jedną kwestię wryła mi się w pamięć jak kilof w węgiel:
- Wyprostuj się!
Dwa słowa a ile ekspresji. Zarówno ja, jak i Michał ( no w szczególności ja, on mniej ) mamy tendencje do garbienia się. Nawet spokojnie zjeść nie mogliśmy, bo co chwilę czułem tylko stuknięcie w kręgosłup z tyłu i " Wyprostuj się ". Tekst obozu, bez dwóch zdań. Mało śmieszne? Być może. Gdybyście to jednak sami przeżyli śmialibyście się do dziś.
Po porannych partiach i obiedzie znów przyszło nam uczyć gry w szachy manżoretki. Dowiedzieliśmy się, że po zakończeniu obozu dostaniemy specjalne dyplomy, które mają nam dodać kilka punktów z zachowania w szkole. Taki wolontariat, no. Nie powiem, mnie się to przyda bardzo. Dlaczego, to materiał na osobną książkę:)
Zarówno przed kolacją jak i po niej czas mijał bardzo szybko. Zwyczajowo - partie, bieganie, skakanie i kupa śmiechu. No i trochę bardziej zacieśniliśmy więzy między sobą:D
Głównym punktem dnia znów została noc ( taki trik, niech wiedzą, że potrafię się posługiwać środkami stylistycznymi:D ). Gdy już rutynowe czynności podobne do poniedziałkowych się odbyły, po raz kolejny polecieliśmy w konia imitując to, że śpimy. Uśpiwszy czujność naszych szanownych opiekunów przystąpiliśmy do rozwałki, znów. Początki nocy były skromne, ale nader śmieszne. Inny kolega, imieniem łukasz, ( dobra, jak lansować, to wszystkich ) zaczął rzucać tekstami z kabaretów. Mało tego, on potrafił cały jeden skecz powiedzieć, zagrać i jeszcze się z niego roześmiać. Hasłem dnia został " Bober i na gotowca ", tekst autorstwa Łowców.B. Domyślcie się ile różnych skojarzeń i stwierdzeń podpinaliśmy pod to hasło:D
Około godziny drugiej zaczęło nam już jednak walić na dekiel totalnie. Pierwsza padła szafa. Nie wytrzymała, bidula, stania na tych kółkach, czy na tym tam stała i po prostu przewaliła się na ścianę ( ok ok, pomogłem jej, ale tylko by się nie męczyła no ). No i teraz szał: Jako drugie do gry weszło łóżko. Nie, nie przewaliło się. Najzwyczajniej w świecie zostało wyniesione na korytarz ( przypominam, na zegarkach drugia w nocy). Jakby jeszcze było tego mało, cała pościel wraz z materacem walały się po korytarzu. Jako że było to posłanie moje, i dałem je wynieść, stwierdziłem, że będę spał na podłodze. A co.
Jakim cudem przez najbliższą godzinę żaden z obozowiczów ( i z innych obozów, bo nie tylko myśmy tam byli ) nie skapnął się, że na korytarzu leży sobie jak gdyby nigdy nic łóżko, nie wiem do dziś. Fakt faktem jednak, że po tych sześćdziesięciu minutach wnieśliśmy, a właściwie wrzuciliśmy je ( bo ktoś właśnie otwierał drzwi ze swego pokoju) z powrotem do nas, przy okazji waląc nim w ścianę, w której zrobiła się dziura jak Berlin. Klasyka normalnie.
Po wyciszeniu się ( ech, nie wiem, co nas do tego podkusiło ) postanowiliśmy się mimo wszystko trochę zdrzemnąć. I tu wkroczyłem ja. Żeby lepiej się spało, postanowiłem zapuścić w telefonie ballady, które mi się tam ostały. Gdy włączyłem " Something good coming " Toma Petty'ego i the Heartbreakers sprzed chyba dwóch czy trzech lat oraz " Bard's Song" Blind Guardian ( tego chyba wyjaśniać nie muszę ) Michał okazał się oczarowany. Od razu zaczął wypytywać mnie o zespoły, kompozytorów i w ogóle. Tak oto przyczyniłem się do, może nie globalnej, ale z pewnością lokalnej popularyzacji gatunku jakim jest power metal, bo ekipą Hansiego gwiazdor zainteresował się mocniej niż Tomem.
Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć opis dnia, ale że jest to Dziennik Młodego Metalowca, pokuszę się o refleksję. Mianowicie zadaję sobie pytanie: Czy takie wynoszenie łóżek i przewracanie szaf to oznaka, że w przyszłości będę gwiazdą rocka? Tak wiem, bez sensu wyciągać takie wnioski, ale w końcu nieodzownym elementem życia gwiazdy rocka jest rozwalanie hoteli. W każdym razie to już mam opanowane do perfekcji, jakby co. Teraz tylko nagrać płytę i sukces murowany:)
Dzień Trzeci
Środa, 25 stycznia
Dzisiejsze wstawanie poszło nawet nawet. To chyba te ballady sprawiły, że wszyscy czuli się w miarę wyspani.
Nie jestem pewien do końca, czy to w tym dniu właśnie, czy też może w poprzednim, całą grupą wybraliśmy się do muzeum. Wiadomo jednak, że w takich miejscach nie znajdzie się raczej tematu do opisanie na blogu mojego pokroju, ale nie powiem, sam wykład przewodnika był ciekawy, mimo iż widziałem już go chyba czwarty raz. Nie chce mi się też zbytnio rozpisywać o tym, jak to w drodze powrotnej odegraliśmy swoistą obronę Góry Chełmskiej ( bo tam się znajdowaliśmy ), jak za czasów powstań. Na śnieżki, rzecz jasna. Gdybym w tym miejscu zdobył się na napisanie, kto dostał w łeb lobem z trzydziestu metrów lub też kto wyrżnął orła na lodzie, mógłbym niepotrzebnie odkopać topór wojenny ( dobra, to ja się wywaliłem ). Choć to i tak chyba nic nie da, bo do końca zimy daleko, więc pewnie kilka potyczek jeszcze się zdarzy:)
Po obiedzie mażornetki zaczęły grać swój własny turniej szachowy. I co? I zostałem sędzią, podobnie jak ci bardziej " zaawansowani ". Ciekawe doświadczenie, bez dwóch zdań. Szczególnie gdy jedna z zawodniczek posiada wszystkie figury a druga tylko króla i pada remis ( kto nie gra w szachy, może tej puenty nie skumać :)).
Wieczorem, pierwszy raz na tym obozie poszliśmy na ping - ponga. Co tam się działo! Kolesie rzucili się na rakietki jak wilki na mięso. A potem tylko " Ahaahaa co za cienias, uuuu aaa eee ooo " jeśli któryś odpadł z kółka. Dla nie wtajemniczonych mogło to wyglądać jak jarmark cygański ( tyle tylko że tam nikt nie kradł ) lub też casting na simbę podczas finałowej sceny z drugiej części króla lwa. Gdy inni toczyli kolegobójcze pojedynki ja z kolegą łukaszem postanowiliśmy sobie pokopać piłką. Taką małą, gumową. Bo obkopaniu wszystkich ścian i półek w końcu otrzymaliśmy reprymendę od opiekunki, która kazała nam odłożyć piłkę. Dobra więc, odłożyłem. Jak najbliżej drzwi. Gdy pani się odwróciła, błyskawicznie porwałem piłeczkę i pognałem do pokoju szybciej niż Usain Bolt, w takim samie tempie wracając. Wątpię, czy ktoś prócz wtajemniczonego Łukasza zauważył moją nieobecność.
Tak, tak, dobrze myślicie. Tym razem hitem nocy zostanie piłka!
Godzina 00:02:35, mnie więcej no. Rzucamy sobie spokojnie tą gumową zabawką, w siebie rzecz jasna. Zawsze byłem całkiem niezły w zbijaka, ale to było coś więcej niż zwykły zbijak. Darmo, żebym znów używał tu jakichś stalingradzkich porównań, bo nie sam przebieg tej bitwy jest istotny, ile to, co zdarzyło się chwilę potem.
Piłkę w rękach trzymał Michał. Nie wiem znów, co go opętało, ale wziął przedmiot i z całej siły rąbnął w drzwi. O.o. Teraz to się zaczęło na maksa! W każdym z nas obudziła się dzika natura. Po kolei, jak jeden mąż rzucaliśmy w drzwi, które były właściwie tylko cieńką dyktą, więc pogłos na korytarzu był ogromny. Nie mieliśmy sprecyzowanego celu, waliliśmy, kto mocniej. Po prostu totalny odpał!
W końcu, jak nietrudno się domyśleć, doigraliśmy się. Około pierwszej usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Momentalnie zakryliśmy się kołdrami.
W progu stanęła jakaś kobieta i mężczyzna ( na oko dwadzieścia dwa, może cztery lata jakby to kogoś interesowało ). Byli to opiekunowie z drugiego obozu.
- Chłopaki czy was popieprzyło?! - ryknęła dziewczyna ( stąd nazwaliśmy ją " pani popieprzona " ).
- Nie no..
- Ja rozumiem, macie ferie i w ogóle, ale my tu chcemy spać, nie macie pojęcia, jak to jest być animatorami i codziennie przebywać z tyloma dziećmi naraz!
- My też nie mamy lekko...- odparłem.
Wszyscy się roześmiali, nawet koleś w tych drzwiach. Tylko kobieta pozostała niewzruszona, choć widać, że też jej się chciało śmiać.
- Dobranoc! - powiedziała jeszcze na wpół oschle i oboje opuścili pokój.
Jak się miało okazać, to był dopiero początek naszego konfliktu.
Dzień Czwarty
Czwartek, 26 stycznia
Stanęliśmy z łóżek w bardzo dobrych humorach, wciąż mając w głowie minioną noc. Serio, kto by tak nie miał?:)
Po śniadaniu dowiedzieliśmy się, że wieczorem udamy się do pobliskiego KFC. Gdybym miałbyć szczerzy, ja zawsze twierdziłem, że bydła się do restauracji nie wpuszcza, dlatego od początku byłem nastawiony na ten pomysł dość sceptycznie. Aż się zatrząsłem, gdy wyobrażałem sobie, co się stanie gdy tam wparujemy. Już sam ten błysk w oczach Michała mógł skłaniać do natychmiastowej rezygnacji z udziału w tym przedwsięwzięciu. Cholera, a jednak mie wyciagnęli.
Istny przedsmak tego, co miało zdarzyć się w KFC, zafundowała mi ta jedna z dziewczyn z rocznika mojej siostry, Dominka ( jak wszyscy to wszyscy no ). Otóż cały czas podstawiała mi "haki" i wciąż mówiła "wyprostuj się!" W końcu nie wytrzymałem. Trzeba było coś zrobić, inaczej źle bym skończył.
- Niech cię zagęga! - krzyknąłem na nią, trochę z uśmiechem.
- Zaraz cię przydupię! - odparowała.
No i tak to na tych dówch tekstach oparła większość relacji jakie mieliśmy między sobą na obozie. Oczywiście, że zdarzało nam się też normalnie pogadać, ale jednak częściej ja gęgałem, a ona przydupiała ( o szczegóły lepiej nie pytajcie. Napisałem o tym gęganiu i przydupianiu, bo Dominika nie wybaczyłaby mi, gdybym zrobił inaczej:):)
Po burzliwej dosyć drodze wreszcie stanęliśmy pod murami KFC ( ależ to zabrzmiało ). Na samym początku zeszło nam z pół godziny na kłótni, kto co chce jeść, aby wyszło jak najtaniej ( ach, te pieniądze ). Gdy już to ustaliliśmy, przyszedł czas na czekanie. Już wtedy do głowy zaczęły nam przychodzić różne piekielne myśli...
Zamówienie było gotowe po jakimś kwadransie czy coś w tym stylu. Każdy z nas postawił na jakieś standardowe zamówienie, tylko klaudia, ta druga dziewczyna z rocznika mojej siostry zamówiła duży kubełek frytek.
Wiecie, co jest najfajniejsze w KFC? Darmowe dolewka, no pewnie że tak! Chcąc poczuć się jak Adam Savage i Jamie Hyneman postanowiliśmy sprawdzić ten mit. W tym celu wziąłem opróżniony kubek, podszedłem do tych lejków czy jak to zwą i nalałem każdego po trochu. Zero reakcji personelu, a mieszanka mirindy, pepsi, 7up-a i mrożonych herbat smakowała nadwyraz dobrze.
No to druga próba. Po ponownym opróżnieniu zawartości kubka znów udałem się, tym razem z Michałem, po dolewkę. Teraz przeprowadziliśmy jednak tę akcję zgoła inaczej. Mianowicie nalaliśmy trochę pepsi, a resztę wypełniliśmy lodem. Oczywiście nie mogło się obyć bez wysypania części lodu na ziemię. Znowu nic.
Dobra, tak więc próba ostatnia. Jako że obecna zawartość naszego kubka średnio nadawała się do spożycia, postanowiliśmy użyć kubełka po frytek. Wraz z gwiazdorem zagadałem do ekspedientki:
- Przepraszam, gdzie tu jest darmowa dolewka frytek? - spytałem.
- Nie ma niestety. Chyba że tam za mną. - zaśmiała się kobieta.
- A to może mógłbym poprosić?
- Oj, chyba nie. - znowu się roześmiała.
Odszedłem więc grzecznie od kasy i nalałem do kubełka mirindy. Miała posmak frytek.
W każdym z trzech wyżej wymienionych wypadków personel restauracji zachował się wzorowo. Fakt, że mogliśmy wprowadzić w życie jeszcze więcej naszych pomysłów, jak np. zrobienie za pomocą tego lodu lodowiska i urządzenia meczu hokeja, ale, jak to mówią, było, minęło.
Przed powrotem do ośrodka zmuszony jeszcze zostałem do skorzystania z toalety. Kurde, to był dopiero wypas! Wchodzisz, przez pancerne drzwi, masz umywalkę w pomieszczeniu 1x2m. Następne pancerne drzwi i pisuar, w pomieszczeniu o takich samych wymiarach. Ostatnie pancerne drzwi i w końcu ubikacja! A w tle cały czas nawala muza z głośników. Pełen komfort normalnie.
Naprawdę, chciałbym w tym miejscu rozpisać się znów na temat kolejnej nieprzespanej nocy, ale post ten miałbyć już na wczoraj, więc ograniczę się do najważniejszego wydarzenia:) Otóż:
Mniej więcej kilkanaście minut po godzinie pierwszej tym razem ja wykombinowałem hit dnia. W piątke ściągnęliśmy kołdry z łóżek i narzuciliśmy je obok siebie, stając przy drzwiach. Chwilę później usłyszeliśmy, jak to ktoś koło nas przechodzi. Załomotałem. Wtem drzwi otwarły się z impetem.
Była to ta sama kobieta i ten sam facet, którzy nas odwiedzili wczoraj. W pierwszym momencie pani popieprzona chyba nie do końca wiedziała co powiedzieć, wszak przed sobą widziała tylko kołdry. Z tego, co słyszałem, jej koleś pokładał się ze śmiechu. W końcu jednak język odzyskała.
- Co wy wam się już w ogóle w głowach poprzestawiało?! Co myślicie że się możecie chować za kołdrami?!
W tym momencie uświadomiłem, że schowani już byliśmy tylko ja i gwiazdor. Tamci skapitulowali. No nie... Ja zawsze mówiłem, że dezercja powinna być surowo karana.
- Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy! - dokończyła pani p. - Dobranoc.
Kilkanaście minut później, gdy Michał wybierał się pod prysznic ( okazało się, że zajęte:D ) zobaczył, że kilka metrów od naszych drzwi koleś rozłożył sobie śpiwór i leży w najlepsze, zapewne udając sen. Co oni myśleli, że jakiejś tam straży się wystraszym? Sami bedziemy, patrolować korytarz , a co!
Michał i ja wyszliśmy więc z pokoju i zaczęliśmy przechadzać w tę we w tę, zachowując się jak Sherlock Holmes i Dr. Watson. Znudziło nam się jednak po piętnastu minutach. Mogliśmy w sumie wparować komuś do pokoju i go opierdzielić, ale to teraz to już za późno:)
Na koniec dnia znów zapuściłem ballady, do których gwiazdor aż się wyrywał. Podręcznikowi wręcz przykład, jak metal potrafi zawładnąć człowiekem.
Dzień Piąty
Piątek, 27 stycznia
Tego dnia Michał miał urodziny. Z tej okazji więc jego mama przywiozła mnóstwo tortu i kremówek. Wyżerka była, ostra, a jakże. Szczególnie wieczorem. Gdy już wszyscy zostali poczęstowani, reszta została dla naszego pokoju. Wbiły dziewczyny, które miały przenośny odtwarzacz DVD i oglądaliśmy " Straszny film 3 ". Jeden z chłopaków z naszsego pokoju, Mateusz, skapitulował już i nie został na noc tylko wrócił do domu, chcąc się choć raz porządnie wyspać ( mieszkał na Górze Chełmskiej - Górze Św Anny ). Ostało się jedno łóżko wolne. Niestety, żadna z dziewcząt nie mogła zostać na noc. Po skończonym seansie musiały się zmyć...
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zostawiły nam kartki. Ze strzałkami. No bo w ciągu dnia chcieliśmy sobie zagrać w podchody, ale nie było na to czasu. Czemóż więc nie nadrobić tego w nocy? Dom Pielgrzyma duży.
Podzieliliśmy się na dwa teamy: Gwiazdor z łukaszem i ja z adamem ( ten co z nim przyjechałem ). Pierwsz gra przeszła bez większego echa, musieliśmy tylko uważać, by nie zbudzić pani Bogusi, opiekunki. Ale druga gra...
Za drugim razem adam i ja byliśmy uciekającymi. No więc kluczymy sobie spokojnie, zostawiając za sobą strzałki, aż tu nagle wychodzą zza drzwi franciszkanie, kilkanaście metrów od nas. Ja dzida do pokoju, ile natura dała, oczywiście budząc po drodze panią Bogusię. Adam z kolei wrąbął się gdzieś pod jakieś stoły za choinką, nie patrząc nawet co robi. Kurde!
Tymczasem do naszego pokoju wparowała opiekunka. Zgadnijcie, co przyniosła? Strzałki.
- Czy ktoś jeszcze z wami grał? - byłem zszokowany, gdy się uśmiechnęła.
- Tak, dwaj franciszkanie! - powiedział łukasz.
- Ej chłopaki, a może adam wciąż gra?! - zapytałem.
- Ech, jak by się pan Przybyłek dowiedział... ( kierownik obozu ) - stwierdziła opiekunka i wyszła jak gdyby nigdy nic. Uff.
Adam wrócił po kilkunastu minutach. Stwierdził, że w żadne gówno już nie gra.
Dzień Szósty, ostatni
Sobota, 28 stycznia
Nadszedł dzień w którym mieliśmy rozegrać turniej o puchary finansowane z Unii Europejskiej. W sumie cały ten obóz sponsorowała Unia, dlatego też nie wydaliśmy nań ani grosza.
Nim jednak cały spektakl się zaczął, zeszliśmy na ostatnie obozowe śniadanie. Postanowiłem umilić sobie i innym czas zapuszczając w telefonie muzę, w tym wypadku " Risese of Evil " Sabaton.
- Co to za piosenka? - spytała Klaudia. - Fajna!
- Sabaton. - odrzekłem. - No pewnie, że fajna.
- Weź mi prześlij!
Tak więc popularyzacji metalu ciąg dalszy. Ferie nie poszły na marne. Jak tak dalej pójdzie, to może doczekam w końcu jakiegoś rockowego zespołu na dożynkach gminnych. Będę miał satysfakcję i świadomość, że się do tego przyczyniłem.
Turniej rozpoczął się gdzieś godzinę po śniadaniu. Graliśmy osiem rund, po piętnaście minut na zawodnika. Nie było łatwo, ale zlaliśmy tyłki wszystkim którzy śmiali się pojawić w Domu Pielgrzyma, wygrywając w każdej kategorii, chyba prócz dwóch. W najstarszej grupie okazało się, że pięciu z nas ma taką samą ilość punktów. Ostatecznie podzielono za pomocą punktacji pomocniczej ( rankingu Bucholza - nie pytajcie, darmo żebym to tłumaczył ).
Najwięcej braw, a nawet i owacje na stojąco zebrał koleś o nazwisku Machoń, z racji swojego nazwiska właśnie. Był z nami na tym obozie, polew z niego był na maksa, ale to w gruncie rzeczy spoko chłopak. Wygrał w swojej kategorii, i to się liczy. Przyda się mu w CV jak będzie się chciał zatrudnić do jakiegoś salonu meblowego.
Po zakończeniu zawodów przyszedł najgorszy okres. Mianowicie pakowanie, sprzątanie no i pożegnania niestety. Wymieniliśmy się z dziewczynami numerami, obiecaliśmy wszyscy sobie, że jeszcze tego samego
dnia popiszemy na fb ( cholera, zastanawiam się, jak kiedyś bez tego żyli... ). Na sam koniec jeszcze polała się krew, bo jeden koleś drugiemu chciała oddać puchar i trafił go w wargę. Okazało się, że trzeba będzie szyć. No, co to by był za obóz, gdyby coś się jeszcze na koniec nie wydarzyło, nie?
( Chciałbym jeszcze przeprosić za to że kilku wydarzeń nie wymieniłem, na przykład pasjonującej nocnej konwersacji o szparkach z dziewczynami z zespołu tanecznego ENTROPIA podczas jednego z wieczorów [ to chyba był środa, przed piłką, bo dziewczęta spały tam tylko jedną noc ]. Przepraszam również za to, że kilku znaczących postaci nie wymieniłem, przykładowo pana Panka, który niezmordowanie co wieczór prezentował nam szachowe taktyki.
Na koniec przepraszam za niezbyt dokładny i niezbyt poprawny tekstowo opis dwóch ostatnich dni i tych przeprosin , ale pisałem to już w stanie zmęczenia totalnego. Obiecałem sobie, że muszę to skończyć, bo zapowiadałem ten tekst już trzy dni temu chyba. Myślę jednak, że obszerność tego posta wynagrodzi zarówno wszystkie te mankamenty, jak i długi okres bez żadnych wpisów.
Na koniec prezentuję dwie piosnki, które na obozie zrobiły furorę, mianowicie wspominane już " Bard's Song" i " Rise of Evil ". \m/ )
Cholera, coś nie idzie z tymi głosami.... Widać znajomi na fejsie, notka na wykopie to zdecydowanie za mało. Kurde, chciałem też dodać komentarze na yt, ale coś mi się przycinało....
Wychodzi na to, że żeby mieć mnóstwo głosów trzeba mieć jakieś 14 - 15 lat i grać w serialu telewizyjnym. Gdzie tu jest sprawiedliwość, ja się pytam?! To powinno być prawnie zabronione! Weźmie sobie koleś zagra kilka odcinków w jakimś głupim serialu, zakłada bloga i od razu ma tysiąc wejść. Potem bierze udział w konkursie i zgarnia wszystkie nagrody. No chore po prostu.
Druga rzecz to blogi o tematyce typu " Mój synek jest chory, potrzebuję pomocy ". Nie mówię, żeby było to coś złego, bo dobrą inicjatywą jest zakładanie tego typu stron ale logiczne, że jeśli wystartuje takie coś w jakimś konkursie, to z miejsca będzie miało mnóstwo głosów, bo wszystkich weźmie litość. Powtarzam: Popieram zakładanie podobnych do tej tematyki blogów i wykorzystywanie jako źródła dopływu pieniędzy na chorego, ale udział w konkursach, gdzie wiadomym jest, że nawet najlepszy pod względem tekstowym i wizualnym blog, tylko o innej tematyce nie ma szans, również zabroniony być powinien. Nie zrozumcie mnie źle:)
Tak to właśnie wygląda: Na pierwszym miejscu Maciej Musiał ze swoimi opisami, jak to dziadek go zabrał do sklepu, a na kolejnych trzech miejscach rodzice i ich dzieci. Tych ostatnich w pierwszej dziesiątce jest jeszcze dwóch.
A gdzie tam bryluje sobie Dziennik Młodego Metalowca? Gdzieś na dwudziestej stronie, gdzieś koło dwusetnego miejsca znaczy się... Wychodzi na to, że w tym kraju wszelka awangarda kulturowa, szczególnie jeśli chodzi o stereotypowo postrzegane subkultury jest źle przyjmowana. Głosowanie trwa jeszcze, oczywiście, ale szans na przeskoczenie chociażby o trzy - cztery strony nie widzę.
Pozostaje mi więc dalej żyć własnym rytmem, pisać, zdobywać nowych czytelników i być sobą po prostu:) W tym roku, mam nadzieję, liczba czytelników zwiększy się trochę, tak więc za kolejnych dwanaście miesięcy spróbuję znowu:)
Niedawno, to jest gdzieś na początku roku znalazłem czas, aby dokończyć wertowanie świąteczno - noworocznego numeru Metal Hammera. Po przebrnięciu przez wywiady, niektóre ciekawe, a niektóre lekko już irytujące typu " Nasz nowy album jest mocno zróżnicowany ", recenzje i inne rzeczy doszedłem do PRZEDostatniej strony, gdzie zwykły bywać felietony, tak to nazwijmy.
Nie mogłem doczekać się na kolejną, dwudziestą już część " Historii pewnego bandu ". No i nie zawiodłem się, jak zawsze. Uśmiałem się do łez ( choć pewnie niektórzy żartów tam zawartych nie skumają, ale takie osobniki to zazwyczaj sflaczałe mruki ). Choć przyznaję, lepsze części się zdarzały, ale wybaczam, bo to w końcu i tak najlepsze podsumowanie roku jakie w życiu czytałem:D
W tym miejscu wielki szacun dla pana Maćka Krzywińskiego i tego co robi w tej gazecie i jak to robi ( nie tylko o felietony chodzi, ale też o wywiady czy recenzje ). Pewnie teksty zawarte na moim blogu nie są jeszcze tak wyrafinowane jak opisy typu " To musiał być ten, gdy czułem swoje gnaty jako pulsujące wałki galaretowatej brei, rzygałem chyba nawet spod powiek, a po wszystkim wyjąłem z nosa kawałek kiełbasy podwawelskiej " ( mowa tu o kacu roku ), ale wszystko zdąża w dobrym kierunku, mam nadzieję.
W tym miejscu pojawia się też pytanie, jak stworzyć idealnego posta ( jeśli jest się metalowcem i piszę się o takich sprawach, o jakich ja piszę rzecz jasna ) i sprawić, żeby wszyscy bili się o dostęp do kompa aby go przeczytać. Jako że nie operuję numerem do pana Krzywińskiego, postaram się wgłębić w temat samoczynnie, na ile szare komórki mojego otępiałego w tym momencie po całym dniu "nauki" mózgu pozwolą.
Na początek trzeba by chyba zacząć od fenomenu treści, wystarczy tylko spojrzeć na cytat wyżej. Wyobrażacie sobie, ile miałbym wejść, gdybym zaczął nawalać takimi tekstami? Przyznaję, że coraz częściej moje nieogarnięte myśli błądzą w poszukiwaniu słów które w lepszy sposób podkreślą emocjonalny wyraz moich postów. Stosowanie oklepanych zagrywek typu " Ave ku*wa " już mi nie wystarcza. Jeśli więc zaczniecie się tu natykać na posty cokolwiek dziwne, tak pod względem składniowym, jak i słowotwórczym ( a za takowy ten już w jakiejś części można uznać )wiedzcie, że to wszystko przez chorą inspirację stylem pana Maćka.
Drugim czynnikiem wpływającym na jakość przedstawianego tekstu powinien być chyba temat. Z racji tego, iż moje życie obfituje w wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji kończących się haniebnymi klęskami, efektownymi klęskami bądź też rozwalającym żebra śmiechem mam o czym pisać. Wystarczy tylko spojrzeć na cały ten blog. Mogę też, jak Mr. Krzywiński założyć kapelę i pisać o trasach z deathmetalowymi wymoczkami ale póki co, zostanę przy swoim.
Po trzecie i najważniejsze jak dla mnie, trzeba wypracować sobie własny styl. Nie oszukujmy się jednak, każdy musi czerpać z czegoś inspirację. No powiedzcie, kim byliby tacy Rolling Stonesi gdyby nie Chuck Berry przykładowo?
Żywię więc nadzieję wielką jak jointy Boba Marleya, że w końcu mój średni jeszcze warsztat pisarski wyewoluuje w coś, co każdy będzie mógł przemielić, przełknąć i przetrawić z jednym najwyżej małym mrugnięciem oka.
( P.S Postaram się, aby post trafił do pana Krzywińskiego. Jeśli się to uda, bardzom ciekawy jego reakcji:))
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Być może już trochę późno, i tylko moją winą jest że o tym zapomniałem, ale składam wszystkim którzy tu zaglądają najserdeczniejsze życzenia z okazji minionych już świąt ( :D ) oraz szczęśliwego nowego roku! Dużo radości, miłości, cudownych chwil i radości z czytania kolejnych postów na blogu! No i, rzecz jasna, przyjemnego końca świata 21 grudnia:) (P.S Zmieniłem czcionkę, gdyż doszły mnie słuchy że poprzednia " raziła po oczach ". Mam nadzieję, że teraz będzie się czytało dużo lepiej:))
Wiem, że zaczynanie tematu związanego ze szkołą podczas przerwy świątecznej nie jest zbyt dobrym pomysłem, ale temat ten wydaje mi się ( po raz kolejny :)) godny uwagi.
Opisywana sytuacja zdarzyła się na lekcji polskiego, gdzieś z tydzień temu. Otóż mój szanowny nauczyciel ( to nie sarkazm, to wyraz szacunku :)), nim rozpoczął zajęcia dyskutował z nami o trochę o tematach " młodzieżowych ", jak to ma w zwyczaju. Konwersacja zeszła w pewnym momenci na pole muzyki, a konkretnie nasze koszulki. W liceum, jak już pisałem wcześniej, mnóstwo osób słucha ciężkiej muzy, otwarcie się z tym afiszując. Nie inaczej jest w mojej klasie. Tu gdzieś bluzki z AC/DC, Nirvaną, System of a Down, tam znów moja bluzka Slayera. Szczerze powiedziawszy nauczyciel był trochę zaskoczony tym, jak się prezentujemy.
- Gdy tak patrzę na was - mówił - Aż wierzyć się nie chce, że młodzież lubi jeszcze taką stylistykę muzyczną. Za moich czasów ( ileż razy ja to stwierdzenie już w życiu słyszałem ) to klasyką był Led Zepplin albo Deep Purple... Potem to nosiło się koszulki z testamentem Kurta Cobaina, bo Nirvana to był wtedy ewenement na skalę światową, szał... A dziś to już to już klasyka, nie ( tak bardziej stwierdził niż zapytał, w charakterystycznym dla siebie stylu )?
- O tak, taaak, oczywiście! - wśród klasy podniosły się okrzyki, przypominające lwicę broniąca swych młodych ( Dobra, trochę przesadziłem, ale w 70% to porównanie jest jak najbardziej trafne :)). W tym momencie dopiero dostałem pełny obraz ludzi z mojej szkoły. Ich przywiązania, uwielbienia wręcz do klasyki rocka. ( Pewnie jeśli któryś z nich to przeczyta, setnie się ubawi, no ale to czysta prawda :))
Nauczyciel długo jeszcze nie mógł wyjść z zadumy, a sądząc po jego minie, także i z podziwu. Z pewnością cieszył i cieszy się, że kolejne pokolenia młodzieży hołdują starej, dobrej rockowej muzie. No i tyle o niej wiedzą, no bo przecież wiele jest osób, które twierdzą, że słuchają jakiejś kapeli a nawet nie potrafią wymienić aktualnego, lub choćby pierwotnego jej składu.
W tym właśnie miejscu, na podsumowanie, nasuwa się kolejny wniosek. Mianowicie śmiało można stwierdzić, że żadna muza na świecie nie ma tak oddanych fanów, jakich mają hard rock i metal. Wiernych, kochających, wielbiących ponad wszystko!
Nie powiem, ta lekcja naprawdę, ale to naprawdę mile mnie zaskoczyła:) \m/!!!
sobota, 17 grudnia 2011
Blog Dziennik Młodego Metalowca został zgłoszony do konkursu na Blog roku 2011! Szczegóły dotyczące głosowania i wszelkie informacje o tym zgłoszeniu tutaj:
No cóż. W tym temacie mam pełne pole do popisu. Wreszcie wyrzucę z siebie to wszystko, co czuję, gdy słucham swojej muzyki. Właściwie sam jestem zdziwiony, dlaczego dopiero teraz wpadłem na ten pomysł. Być może musiałem po prostu dojrzeć, by móc się za to zabrać.
Tak więc zacznijmy. Na początek skupię się na uczuciach. Ach... Gdy siedzę tak nad tym starym zeszytem i próbuję sklecić jakieś zdania, przekonuję się, że pisanie o uczuciach towarzyszących słuchaniu metalu jest rzeczą ciężką. Mrowienie na całym ciele, przyjemne dreszcze... Umysł, który od razu przenosi przed szalejącą, stu tysięczną publikę... Energia, która włada organizmem, powodując, że chcesz machać głową, skakać i wić się w nieskończoność! Naprawdę, brak mi słów, by opisać to w należycie godny sposób...
Jednakże wszystko, co mnie wtedy ogarnia, nie bierze się przecież z niczego. Gdyby Sabaton, Megadeth czy Slater byli zespołami słabymi, wspomniane wyżej uczucia w ogóle nie miałyby szans na zaistnienie. Każda z tych kapel ma własym niepodrabialny styl. Oryginalność! Z pewnością jest to jeden z głównych czynników decydujących o tym, czy kapela zagości na dłużej w mej świadomości. Ale patrzą na całą muzykę, jaką oferuję się nam w dzisiejszych czasach, metal sam w sobie staje się oryginalny. Tak więc uwypukliła się pierwsza rzecz, za którą kocham metal.
Kolejną rzeczą z pewnością będzie riff. Niektórym może się to wydać wręcz śmiesznie oczywiste, ale pominięcie tego elementu byłoby z mej strony dużym uchybieniem. Chciałbym tu zwrócić uwagę na jakość riffów, ich styl i budowę w danym utworze. Nie wszystkie bowiem kapele są stworzone do tego, by pisać riffy dobre. Słyszałem już w życiu wiele kompozycji, których gitarowy motyw przewodni był po prostu słaby. Należałoby to więc sprostować: Kocham metal za riffy, ale riffy, które wgniatają. Myślę, że każdy wie, o co chodzi, i kojarzy takie kompozycje jak choćby "Higway to Hell" AC/DC. " Holy Diver " DIO czy chociażby " Smells like teen spirit " Nirvany. A no właśnie.
Następne przy czym chciałbym się zatrzymać to wokal. W tej dziedzinie niedoścignionym wzorem jest dla mnie Steven Tyler. No i w tym miejscu dochodzimy do moich poza metalowych fascynacji. Aerosmith to uznana rockowa kapela, która swoje piętno w światowej muzyce i kultruze odcisnęła. Mimo iż, jak już wspomniałem, niewiele mają wspólnego z metalem, wciąż mnie oczarowują. No bo ja ogólnie zawsze wolałem to, co amerykańskie, niż to, co polskie. Dotyczy to zarówno muzyki, jak i filmów, bajek, komiksów, książek, gier... Czyli całego mojego dotychczasowego życia. A Tyler, no i cały Aerosmith rzecz jasna, takimi numerami jak " Cryin " czy " Crazy " sprawiają, że te cudowne wspaniałe lata dzieciństwa odżywają ( w dzieciństwo wliczam podstawówkę:)), aż łza się w oku zakręca. Kiedyś świat był dużo prostszy, bardziej kolorowy, bardziej " Crazy ". Walić, że ta muzyka to nie metal. Nawet sam Peja przyznał kiedys na łamach Metal Hammer ( Porozumienie ponad podziałami ) że nie samym hip - hopem człowiek żyje, przyznając że słucha takich kapel jak choćby Ramones. Gratuluję postawy!
Trzeba też jednak, wśród tych wszystkich dobrych rzeczy, trochę ten metal zjechać. Przedewszystkim zawsze wkurzało mnie to, że gdy jakaś dobra kapela nagrała mocną płytę, zdobyła rozgłos, od razu ruszała w stronę komercji. Przesładzali, upraszczali, aż w końcu z metalem przestali mieć cokolwiek wspólnego. Wkurza mnie też, gdy zespól, zamiast brać się do pracy, odcina tylko kupony od raz zdobytej popularności. Nie na tym polega metal! Wiadomo, że tylko bardzo nieliczne zespoły postępują, tak jak to opisałem wyżej, niemniej jednak jest to deprymujące. Lepiej, żebym nazwami nie sypał:)
Tak więc zbierając te moje wypociny w jedną całość, mogę stwierdzić, że kocham metal za wszystko. Oryginalność, riff, wokal i wiele, wiele innych rzeczy. Ale przedewszystkim jednak za to, że wypełnił w mym życiu lukę i działa jak magiczny, cudowny wehikuł czasu ( nieziemski, BLUES - ROCKOWY Aerosmith...:))
Wybór szkoły po gimnazjum zawsze jest rzeczą trudną. W dzisiejszych czasach możliwości jest aż za wiele. Liceum, Technikum, Zawodówka, szkoły prywatne, publiczne, a nawet państwowe. Można przebierać w ofertach. Tak, przebierać, bo to szkoła się reklamuje, chce cię przyciągnąć, a nie ty ją, mimo iż sama decyduje się czy cię przyjąć. Żyjemy jednak w takich latach, że każdy i tak dostaje się tam gdzie chce. Trochę chore, nie?
Mój wybór padł na liceum. Rodziły się w mojej głowie myśli o technikum, ale chęć studiowania dziennikarstwa lub też archeologii przeważyła. Po Liceum łatwiej będzie się dostać na dobrą uczelnię.
Gdy maszerowałem, a właściwie jechałem pierwszego dnia do szkoły ( ależ to dziwnie zabrzmiało - jakby wyjęte z ust jakiegoś pierwszaka z podstawówki:)) byłem pełen obaw. Wiadomo - nowi koledzy, nowi nauczyciele, i w ogóle wszystko nowe. Gimnazjum to tam jeszcze "light" był, bo miałem je w tym samym miasteczku co podstawówkę, więc wiele się nie zmieniało. A tu? Musiałem już dojeżdżać do kompletnie innego miejsca. Przez pierwsze 2 - 3 dni nigdy nie byłem pewien, czy czekam na dobry autobus. Szczęście, że tyle osób z mojego gimnazjum "zapragnęło" kontynuować naukę w tym samym mieście.
Najgorzej jednak miałem ze szkołą. W sensie te cholerne obawy, rzecz jasna. Czy mnie zaakceptują takiego, jakim jestem? A może tam metalowców uważają za zakały społeczeństwa? W sumie tak trochę mi nie pasuje, żeby osoba mojego pokroju uczęszczała do liceum. Jakoś nie jestem przekonany, czy taki Dave Mustaine przykładowo kiedykolwiek pomyślał żeby pójść do liceum, czy co tam w tych Stanach mają.
Szybko jednak okazało się, że jak zwykle przesadzam i nie mam racji. Już w samej mojej klasie znalazło się kilkoro dziewczyn i chłopaków słuchających ciężkiej muzy. Cóż z tego, że tylko paru typa nosi długie włosy ( prócz dziewczyn rzecz jasna:)). Jak już wspomniałem poprzednio, liczy się do muzyki.
Tej z pewnością nikomu tu nie brakuje. Nie dość że ludzie w tym liceum są spoko i można z nimi nieźle się pośmiać, to jeszcze słuchają metalu. No dobra, nie jest tych słuchaczy znowu aż tak wiele, ale ważne, że są. Poza tym ci, którzy wyznają inny styl muzyki też są mega fajni.
Czy wam również metalowiec kojarzył się zawsze jako wiecznie napity maniak, lub też zwykły zadymiacz, mogący skończyć tylko zawodówkę? To ostatnie zawsze uważałem za prawdę. Idąc do liceum chciałem się wyłamać, być oryginalny. Mocno się jednak zdziwiłem. Pozytywnie!
Jakby tego wszystkiego było mało, jest też sporo osób, które poprzez sam swój ubiór manifestują przynależność do metalowej braci. Noszą glany, koszulki z nazwami zespołów, obdarte spodnie czy też czarne, skórzane kurtki. Kto by się tego spodziewał?
Mimo iż poziom w tej szkole jest dość wysoki, więc trzeba się w cholerę uczyć, żeby zdać, nie żałuję, że tam jestem. Przez te niecałe trzy miesiące zdążyłem się w pełni zaaklimatyzować. Przekonałem się, że prawdziwy metalowiec nie musi być tylko robotnikiem po zawodówce. Jeśli jest mądry, to może zostać nawet prezydentem! Pobyt w tym liceum skutecznie wyleczył mnie z kolejnego "zawodówkowego" mitu. W przyszłości będę się starał patrzeć na świat nie przez pryzmat utartych schematów, a bardziej obiektywnie i trzeźwo, bym nie musiał już być tyle razy zaskoczony:))
Na koniec umieszczam piosenkę norweskiego zespołu Tommermenn, którego dotąd nie znałem, a który polecił mi właśnie kumpel z klasy. Kawał solidnego, ciężkiego metalu!