poniedziałek, 12 maja 2014

Conchita Wurst i Sku*wiel, który strzelał do delfina na maturze z angielskiego

Czymże byłby ten blog, gdyby nie podjął się skomentowania zaistniałych w ostatnich godzinach sensacyjnych doniesień od sąsiadów zza Bałtyku ( No jak nie sąsiad, jak sąsiad. Wsiadłbyś w statek to w końcu byś dopłynął. ), kraju który wydał na świat szlachetny ród Wikingów, w skrócie: Danii. Otóż, jak udało się ustalić współpracującym z tym blogiem tajnym agentom stacjonującym w Kopenhadze, na skądinąd osławionym konkursie Eurowizji pojawiła się pewna postać o nie do końca zidentyfikowanej płci. Mało tego, wyszła na scenę i jeszcze miała czelność wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Nie jest do końca jasnym, jakim cudem przeszła przez rygorystyczne procedury dotyczące określenia tożsamości seksualnej artysty reprezentującego dany kraj, niemniej jednak piosenkę dokończyła. Pierwszym szokiem, który zaszokował zszokowaną opinię publiczną był fakt, iż pan/pani wykonujący/wykonująca feniksową pieśń dostał/dostała się do finału. Rzecz jasna, ogół społeczeństwa odebrał ten jawny skandal jako ponury żart, który miał na celu zwiększenie oglądalności i wprowadzeniu do konkursu elementów - czarnego bo czarnego, ale jednak - humoru. Przestało być śmiesznie, gdy w internecie pojawiły się intymne zdjęta tego brodatego stwora o niezidentyfikowanej osobowości wewnętrznej, potocznie zwanej kretynizmem. Nie wiem, jaki miał ktoś w tym interes ( gra słów niezamierzona! ) i komu chciał obrzydzić celebrowanie konsumpcji posiłku obiadowego, ale fakt faktem, iż Kiełbasa zaczęła robić furorę. Jej/jego - jak twierdzi posłanka Anna Grodzka - seksowna broda, piękne ciało ( to z kolei opinia JE Romana Biedronia ) i ( no, tu akurat całkiem bezstronnie i bez sarkazmu ) niezły wokal okazały się przepustką do wywołania międzynarodowego skandalu. Czarę goryczy przelała wygrana tego totalnie niesmacznego Włuszta. Europa jak długa i szeroka podzieliła się na ludzi, którzy do teraz nie rozumieją, dlaczego żaden terrorysta nie dokonał zamachu w momencie wczorajszego wznoszenia feniksa i nie wybawił społeczeństwa ( Środowiska prawicowe, ludzi inteligentnych i unio sceptyków )  oraz na tych, których obecność tego rodzaju osobnika w żaden sposób nie krępowała by w łóżku ( Pedały i lewaki. ). Ale jakby się tak dobrze przypatrzeć, to to coś zbiło na tej farsie niezłą kasę. Prawdopodobnie zwietrzył ten Ogrognom swoją szansę i z premedytacją ją wykorzystał. Wątpię, czy obchodziło go, jak na jego prezencję zareaguje opinia publiczna. Pośpiewa sobie jeszcze parę miesięcy, ustawi się i wszyscy o kreaturze zapomną. A ona/ono/on wybuduje jakąś willę w Argentynie i do końca życia pić będzie drinki z palemką. Cała ta sytuacja po raz kolejny dowodzi tylko jednego: głupoty ludzkiej. Jeśli ludzie naprawdę chcą Kiełbasie zaszkodzić, to powinni się zamknąć i nie komentować. A oni z uporem maniaka wciąż na nią ku*wią, pojeżdżają, ryczą, kwiczą i hejtują. Im więcej grzmią, tym więcej kasy Włusztowi leci. Prosta logika. Jaki jest więc sens zabierać jakikolwiek głos w tej sprawie? Jakby nikt nie wypowiedział o tej Eurowizji jednego nawet słowa, to też potwór nie miałby z czego ciągnąć popularności i kasy. Ale powiedz to temu durnemu ludowi...

Dobra panowie, panie i osobniki pokroju Włuszta, skończmy jednak z tymi dywagacjami na temat debilizmu współczesnej Europy i przejdźmy do innego, równie bulwersującego tematu. Otóż w ubiegłą środę - o czym poniekąd już wspominałem - odbył się egzamin maturalny z języka angielskiego, który szerokim echem odbił się we wszelkiego rodzaju środowiskach wodnych. Stało się tak, gdyż jedno z czytań umieszczonych na tejże maturze podjęło, jak się okazało, temat bardzo kontrowersyjny. Dotyczyło ono bowiem pewnego cwanego osobnika, który niesiony przypływem niezrozumiałej frustracji zaczął strzelać do niewinnego delfina. Ta bezsprzecznie bulwersująca sytuacja wywołała w uczniowskim ( i nie tylko uczniowskim ) narodzie gigantyczne wręcz poruszenie. Lud młodzieżowy ostro zaprotestował przeciwko tak nieludzkiemu traktowaniu zwierząt i propagowaniu wartości anty delfinich i postanowił wszcząć bunt. W tym celu - między innymi - powstał fanpage na facebooku, gdzie społeczeństwo może dać wyraz swojej frustracji bezmyślnością CKE. Jako aktywny działacz ruchu "Pro-delfin-life" ( Że co? Nie istnieje? Istnieje, istnieje, przed chwilą go założyłem ) popierałem tę słuszną ideę, a nawet włączyłem się do promowania tej szlachetnej akcji. Nie jestem jednak pewien, czy wyszło mi to na dobre. Postanowiłem bowiem po raz kolejny chwycić za swoja tandetną, rozstrojoną gitarę i zabawić się w pierwszego barda społeczeństwa blogerskiego. Tym razem tematyka utworu - czyli delfinie problemy ze sku*wielem w tle - zmusiła mnie do użycia kilku niecenzuralnych słów. Ogólnie rzecz biorąc, to raczej jestem z tej pieśni dumny. Boję się tylko, że kraj postrzegać mnie teraz będzie jako ordynarnego, nie myślącego w racjonalny sposób osobnika ( Choć z drugiej strony wielu ma o mnie jeszcze gorsze zdanie, więc luz ), który potrafi tylko pojeżdżać po sku*wielu. Przecież on nie jest do końca takim sadystą, na jakiego wygląda... A może strzelał do delfina, bo nie miał co jeść? A może po prostu nie celował do delfina, tylko do tej kobiety? Chyba więc będę musiał przeprosić, że tak tego zacnego sku*wiela zjechałem... Aha, no i serio, ja nie mam w zwyczaju kląć... Ale nie mogłem się powstrzymać od napisania tego czegoś. No kurde, te słowa same mi się w głowie układały...

Po więcej delfinich newsów zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/delfinygino ( nie, nie mój )

I przedstawiam tę oto, obfitujące w tak niecharakterystyczne dla mnie, zatrważająco brzydkie słowa pieśń... Ale, z drugiej prawie dwa tysiące wyświetleń w dwa dni to dobry wynik, jak na zerową promocję. Chyba będzie trza nagrać coś o Włuszcie.


:)

środa, 7 maja 2014

Matura 2014 Live News: Another Afery i Skandale

Zachęcony kolejnym komentarzem podważającym mój ścisły związek z metalową kulturą... O, czekajcie chwilę, ktoś dzwoni ( Tutaj iście genialnym prozatorskim językiem zapisuję: " W tym momencie z wibrującej niczym ćpun na odwyku komórki rozległ się dźwięk popularnej dyskotekowej piosenki "Jesteś Szalona". Zaskoczony Paweł czym prędzej przycisnął zieloną słuchawkę..." )... Kurde. I właśnie mój nieskazitelny metalowy wizerunek został pogrzebany, psia mać! Zawiodłem tych wszystkich młodych adeptów metalowej sztuki, którzy widzieli we mnie autorytet...
W takim razie trzeba wizerunek poprawić, nie? A nic tak nie poprawia wizerunku jak kolejny ze wszech miar poważny post o kolejnych maturalnych skandalach. Ludzie lubią skandale.
Zastanawiacie się pewnie, czemuż to przemilczałem wczorajszą egzekucję z matematyki... Z bardzo prozaicznego powodu. Najzwyczajniej w świecie się wnerwiłem! Te oszołomy z ministerstwa kultury czy z jakiej dziury tam oni wypełzli postanowili pokazać zestresowanym uczniakom, do jakich okrucieństw są oni zdolni. Tu nie ma co się doszukiwać kolejnych afer, skandali, czy jakichś gangsterskich machlojek. Tu trzeba z pochodniami na Wiejską walić i grozić rozpętaniem wojny domowej, jeśli szybko tej matury nie zniosą! Co prawda zniesienie tego egzaminu jeszcze bardziej otępiłoby i tak zidiociałą współczesną młodzież ( I tu niestety nie ma żadnego sarkazmu... Serio. Znam przypadek, który na pół godziny przed maturą nie wiedział do końca, co to właściwie jest ta delta. ), niemniej jednak mogliby chociaż jakiegoś psychologa nam na salę dać, co by wspierał nasze skołatane nerwy. Albo odpowiedzi do pierwszych piętnastu pytań, żebyśmy się mniej stresowali następnymi. Ale czekajcie tylko... Jeszcze wam zrobimy rewolucję... 
Jakby na pocieszenie, dzisiejszy - wedle przewidywań - bardzo hard ( ależ ja dumny jestem ze swoich impossible umiejętności językowych! ) egzamin z angielskiego okazał się wybitnie prosty. Zreflektowali się za ten polski skandal. Stwierdzili, że przesadzili z imprezą i chociaż obcy język zrobili bardziej przyswajalny. Ale to i tak jest niedopuszczalne. Żeby matura z nienarodowego języka była łatwiejsza niż z ojczystego?! Gdzie się podział duch patriotyzmu?! I wszystko jasne. Lewica układała te matury. Oni do końca chcą nas pogrzebać w odmętach socjalistycznego szamba, a może nawet i anarchię wywołać, kto ich tam wie. I my się musimy na to wszystko godzić! Ciekawe, co walną tej garstce nielicznych zapaleńców z miłością do ojczyzny ( w tym i mnie, z tego wynika ) na rozszerzeniu z Polskiego. Pewnie jakąś "Władzę" Konwickiego albo nawet "Słowo o Stalinie" Władysława Broniewskiego, już ja ich tam znam!

Chętnie bym się właściwie po rozwodził nad innymi aferaszystmi aferami i skandalicznymi skandalami które wypłynęły na tegorocznej maturce, ale czeka na mnie ciepły obiadek. Dlatego pozwolę sobie tak krócej nieco dzisiaj. 

Aha, no i żeby wszystko było jasne ( Parabole tańczą... ): Wszystko co dzisiaj napisałem było jak najbardziej poważne ( A parabole wciąż tańczą, tańczą... ). Serio ( Monalizą byyyłaś mi... ). Co tam najbardziej, nawet w cholerę poważne ( ...marzyłem tylko o toobie! ).

O i wyczekujcie gdzieś w internetowych zakątkach NTO ( Nowej Trybuny Opolskiej ) mojej krzywej, w ogóle nie podobnej do Brada Pitta gęby. I kilku słów ode mnie. Zawsze to jakaś promocja bloga, nie?

Na koniec z cyklu "Czego najlepiej słuchać przed maturą" taka oto klasyczna piosnka:


No, u mnie w każdym razie przed polskim sprawdziła się idealnie :)

poniedziałek, 5 maja 2014

Matura 2014 Live News: Afery i Skandale

Live podany co prawda z nieznacznym przesunięciem obrazu, niemniej jednak skonstruowany wedle wszelkich - nie do końca zrozumiałych - reguł tegoż tu skromnego bloga. Jak zwykle w wypadku podejmowania tematów ważniejszych od ważnych ( a dla wielu z pewnością maturą takim jest; Niektórzy to podobno nawet w zeszłym tygodniu krzyżem do Częstochowy się czołgali, bo - słusznie z resztą - stwierdzili, że poleganie tylko na własnym umyśle jest zazwyczaj zawodne ) zacząć trzeba od skandalu. Co tam skandalu, międzynarodowej afery o charakterze korupcyjno - mafijnym! Pierwszym skandalem wynikającym z tegorocznej matury z polskiego jest fakt, iż w ogóle się odbyła. Mimo iż rozumiem, że poprzednie roczniki również tego nie przyjemnego doświadczenia doświadczyły ( Że co? Niepoprawnie stylistycznie jakoś? Matura się skończyła, to sobie piszę, jak chcę. A co! ), to stoję na stanowisku iż autorów tegorocznej edycji trzeba zamknąć w kryminale, ewentualnie eksmitować z tego kraju. W sposób jaki skonstruowali tę torturę ludzkich mózgów zakrawa pod zwyrodniałe, pozbawione skrupułów bestialstwo, w dodatku z demoralizującym przekazem. Zawarli w nim jawny, choć wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie do końca świadomy przekaz podprogowy. Ha, że głupio gadam? Odrzućmy w tym momencie dywagacje nad tym, czy "Potop" został wydany w średniowieczu czy w roku 1974 ( wrócę do tego jeszcze, bo po niektórych minach widzę że wydaje im się, że źle widzą. ) i spójrzmy na to wszystko zupełnie z innej strony...
Pierwszy szok: Ta matura układana była od tyłu! Nie przypadkowo padła taka, a nie inna kolejność zadań: Motyw miłości, "Potop", "Wesele". Otóż panowie/panie w czasie tworzenia tegoż egzaminu z pewnością siedziała na weselu. Naturalną więc ich myślą było, aby tenże utwór na maturkę przemycić. Dalej jednak skończył się im pomysły. A jak się kończą pomysły, to - rzecz oczywista - trzeba się iść napić. A już w ogóle jak się jest na weselu. Wyjątkowo pozbawieni weny "układacze" wlewali w siebie coraz więcej trunków, aż zrobiły się z tego całe morza, albo oceany nawet. Innymi słowy: Potop. No i drugi temat jak w mordę strzelił! Teraz brakowało tylko jakiegoś innowacyjnego pomysłu na pierwszy tekst, do którego można by walnąć jakieś głupie pytania. Zastanówmy się: O czym po pijaku myślą faceci? No wiadomo, o dziewczynach. A dziewczyny? No tak, o facetach! Łącząc te dwa elementy, otrzymujemy nowy czynnik: Miłość. Tak oto, w prosty i nieskomplikowany sposób twórcy postanowili skatować przyszłość tego narodu. Przestawili jedynie kolejność patentów, co by nikt się nie połapał. Ha, myśleliście że w tym kraju sami idioci są, co? Wszystkich was przejrzeliśmy.
Podobnie rzecz się miała z pytaniami, jakie nam zaserwowali. Przecież to oczywisty pijacki bełkot jest....
Pytanie pierwsze, o ile sobie przypominam brzmiało mniej więcej " Napisz, czym dla uczestników dialogu "Uczty" był pokarm duszy ( choć tu mogło być inne słowo )" ( no, taki sens był ) czy jakoś tak. No siedzieli sobie kochani twórcy, naprani, nie mogąc na nic wpaść. W końcu natrafili na rozsławioną ( nie gadać mi tu, ona istnieje! ) pewnym polskim komediowym z resztą filmem markę wina "platon" i już wiedzieli, w co uderzyć. Adekwatnie do swojej sytuacji wzięli się za "Ucztę". A że nic z niej nie rozumieli - po pijaku ciężko cokolwiek zrozumieć - ułożyli właśnie takie pytania. Wyglądało to jakoś tak:
- Ej, Józek, co to jest ku*wa ten pokarm duszy?!
- Ten z tego dialogu? Pierwsze ku*wa słyszę! Tomuś, masz pomysł?!
- Nie mam ku*wa pojęcia! Spytajmy się tych wyrostków, co to będą zdawać. Niech się męczą, fajansy jedne!

Na takiej zasadzie stworzona została większość pytań. Swoistym cudem okazał się dobór tekstu, z którego coś jakoś poniekąd w jakimś mniejszym stopniu można było wywnioskować, bo wpisali po prostu w googlach "artykuły o uczcie i Platonie" i wzięli pierwsze, co im wyskoczyło. To skandal, żeby tak traktować młodzieżową społeczność! Domagamy się przeprosin!
Większym skandalem okazały się jednak tematy wypracowań. O ile "Potop" nie zawierał żadnego ukrytego przekazu czy afery, to już zadanie postawione w "Weselu" to jawna gangsterka. Otóż nie podpadło wam, dlaczego akurat dali taki dialog? Czy ktoś z was cokolwiek z niego zrozumiał?! No właśnie! Na normalnym weselu, jak toczy się rozmowa między dwoma napranymi ludźmi też nikt nic nie rozumie. I na tej właśnie imprezie panowie układacze zasłyszeli rozmowę takich właśnie osobników. Przypadkowo sposób ich wypowiedzi idealnie wpasował się w niezrozumiałą Wyspiańską lirykę ( Nawet całkiem dosłownie! Podobno ów panowie kłócili się o poglądy Korwina i Tuska. Korwin domaga się narodowego zrywu - zupełnie jak romantyczny poeta z "Wesela", a Tusk takie zapędy ma w głębokim poważaniu i uważa je za śmieszne - tak jak pozytywistyczny Gospodarz. < W toku rozmowy wyszły socjalistyczne machlojki JE Donalda, ale nie ma to związku z maturą. A może ma? > ), a więc ostatni maturalny temat został załatwiony. Tyle tylko że tutaj dochodzi aspekt korupcyjny... Przecież trzeba było zapłacić panom za wykorzystanie ich wizerunku, nie? Co z tego, że Wyspiański był pierwszy. Prawo jest prawo, podobno Unia ma takie przepisy i nic na to nie poradzimy. I teraz rodzi się pytanie... ile panowie dostali?! He?! I to wszystko z kieszeni podatników! O tym nikt nie mówi, do jasnej cholery! Przecież to czysta zbrodniczość jest! 
Dlatego też, jako przykładny obywatel i tegoroczny maturzysta postuluję o zbadanie trzeźwości komisji egzaminacyjnej, która matury będzie sprawdzać. Chyba, że po pijaku wpisują więcej punktów.

Ah, i jak będzie mnie ktoś chciał ścigać czy pozywać za ujawnianie tajnych akt które nie miały trafić do wiadomości publicznej, to walić na mejla. Z chęcią odpiszę.

A, nie wyjaśniłem jeszcze kwestii roku wydania Potopu. Otóż pewien mój znajomy legitymujący się z współpracą z pewnym polskim magazynem muzycznym był mimowolnym świadkiem takiego oto monologu na przystanku: " "No więc jakby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że napiszę "Potop", to bym k**** wyśmiała! Ja nie czytałam "Potopu", ani filmu nie oglądałam. A dzisiaj wchodzę rano na fejsa i patrzę, że urodziny Sienkiewicza. No jakbym wcześniej wiedziała, to bym się obryła, bo było pewne, że w urodziny dadzą. A ta data pod tekstem, 1974, to, myślisz, data wydania? Aha, ok. Ja nie wiem jaki to wiek, epoki tylko znam! I odrzucałam: średniowiecze nie, Młoda Polska nie... Słuchaj to: ostatnio mówili, że maturę pisał jakiś koleś, co sam był autorem tekstu do interpretacji. I 80% tylko dostał! Pojebane tej!". 
Noo, niektórzy to się naprawdę przejęli, jak widać. Ach, dziewczę z pewnością nie jest niemądre i nie wyrośnie z niej zakała społeczeństwa, podobnie jak z większości młodych ludzi, zważywszy na tragiczny poziom polskiego szkolnictwa. To pewnie tylko chwilowy kryzys.

( Cholera jasna... nie lubię tutaj stawać na konkretnych politycznych stanowiskach, ale jak nie wybierzemy tego Korwina, to ten kraj dostatecznie pogrąży się w ruinie. Serio. )

A na koniec, dla rozluźnienia przed jutrzejszymi matematycznymi aferami Mr. Irek Krosny!


JUŻ JUTRO: JAKIE SKANDALE WYBUCHŁY NA MATURZE Z MATEMATYKI???

niedziela, 6 kwietnia 2014

Problem psychologiczny

Pod tym jakże tajemniczym w swej tajemniczości tytułem ukryłem zagadnienie skądinąd bardzo powszechne - mianowicie problem "braku weny", lub, jak kto woli, niemocy twórczej. Czemu określiłem je jako "problem psychologiczny"? Raz, że takowym problemem w istocie jest, a dwa, wyszło mi że na takiej frazie/tytule mogę zarobić parę wejść więcej. Zobaczymy, czy wierzyć tym wszystkim durnowatym internetowym poradnikom ( niby durne, ale ludzie czytają. Znaczy się, że ktoś zdaje sobie sprawę, że jest to durne i że durni ludzie będą to czytać, więc ten ktoś siada i pisze. Co w gruncie rzeczy czyni go człowiekiem inteligentnym. ). Zważcie na fakt, iż w przeciwieństwie do innych żerujących na ludzkiej głupocie i naturalnej uległości względem percepcji blogerów przynajmniej wam mówię, o co sprawa idzie. Jestem więc ( a przynajmniej staram się być ) uczciwy wobec swoich czytelników ( Jakby się tak zastanowić, to takie stwierdzenie stawia mnie mimo wszystko po stronie nieuczciwych. Bo przecież gnojąc innych blogerów jednocześnie chwaląc siebie, podpadam pod marnego oszusta, który wszelkimi środkami próbuje zdobyć zaufanie czytelników. Ech. I jak tu wyjść na równego gościa? ).
W każdym bądź razie temat ciemnoty pisarskiej zakrawa pod całkiem poważną i (nie)wdzięczną w kontekście rozważań kwestię. Czemu jednak postanowiłem zagadnienie podjąć? Ano, bo najzwyczajniej w świecie ostatnio mnie dopadło. I właściwie nadal trzyma. Zdajecie sobie sprawę, jakie to durne uczucie jest? Siedzisz przed monitorem, otwierasz worda, a w głowie bezgwiezdne niebo oglądane z punktu dna Rowu Mariańskiego wrzuconego w czarną dziurę. Myślisz, myślisz, myślisz... i tyle. Mogłem sobie myśleć, stawiać kolejne literki, tworzyć nawet zdania ale i tak wszystko co napisałem w ostatecznym rozrachunku wydało mi się warte jedynie wydrukowania i użycia w toalecie, w razie gdyby dopadł mnie pewien mało przyjemny ( no, może czasami nie jest tak źle nawet ) problem a zabrakłoby klasycznych środków mogących pozbyć się jego resztek. Matko jedyna, jak to wnerwia człowieka! Jest pomysł, jest idea, a brakuje psychologicznych warunków na to by ten pomysł czym prędzej wywalić ze łba. A lud spragniony dziwacznie pokręconych tekstów czeka...
Jednakże, po kilku dniach bezowocnych prób napisania kolejnego opowiadania doszedłem do wniosku, że cała ta sytuacja powinna mnie właściwie uszczęśliwić. Przeanalizujmy zagadnienie z czysto filozoficznej strony ( ostatnio się nauczyłem, że wszelkie rzeczy w taki sposób analizuje się najciekawiej i najefektywniej zarazem ). Po pierwsze, nie może dopaść niemoc twórcza tego, kto nie tworzy. Tak? Tak. Znaczy to więc że tworzę, a więc robię coś, żeby pomysły w mojej głowie nie zostały rzucone na pastwę bezdennej otchłani niepamięci i mogły przysłużyć się społeczeństwu. Co z kolei prowadzi do konkluzji iż się staram i ( choć zdecydowanie nie tyle, ile bym chciał ) pracuję, a więc nie marnuję talentu jaki ( być może, to się okaże ) został mi z góry narzucony. Po drugie, niemoc twórcza - w tym konkretnym okresie, w którym następuje - jest domeną ludzi w jakiś sposób wypalonych. A wypaleni mogą być tylko ci, którzy mnóstwo swojego czasu i pomysłów zużyli już na zbawienie ludzkości ( każdy młody twórca chce zbawić ludzkość, ja też. ). Z tego wychodzi, że ta kopalnia w mojej głowie wydobywała grudki kolejnych idei w całkiem sporych ilościach. Urlop się należy, to normalna rzecz. Po trzecie, twórca, aby dostał tej ciemnoty we łbie musi być też artystą. Artystów cechuje bowiem nieszablonowość myślenia i zdolność do stosowania niekonwencjonalnych rozwiązań, które w pierwszej kolejności mają przynieść przyjemność i korzyści samemu autorowi. Twórca nie będący artystą nie może dostać niemocy twórczej, bo pozbawiony jest wyobraźni i tego nieszablonowego myślenia. Przykładowo będąc robotnikiem malującym na zlecenie ścianę w pokoju nie mogę dostać niemocy twórczej, bo ktoś powiedział mi jakiego koloru mam użyć i jak to pomalować ( choć może się mylę i są osobniki potrafiące w takich sytuacjach sfiksować ). W takim wypadku jestem jedynie twórcą wyglądu ściany, a nie artystą. Gdyby ten zlecający ktoś powiedział mi: Pomaluj tę ścianę jak chcesz, wtedy byłbym już artystą - musiałbym użyć wyobraźni i własnej inwencji twórczej. I mógłbym dostać tego braku weny i nie wiedzieć, jak za tę ścianę się zabrać. Tak? Tak. Dążę do tego, iż jako że w moim łbie pojawiła się owa mroczna pustka, jestem artystą, co samo w sobie jest powodem do dumy ( Artysta - toż to w ogóle pięknie brzmi! ). Po czwarte i ostatnie uczucie niemocy twórczej daje ci pewne doświadczenie. Zaczynasz rozumieć, że jeśli będziesz chciał się w tych rejonach obracać jako istota zarabiająca na przetrwanie marnej egzystencji ( przynajmniej na tym świecie ), takie sytuacje mogą się zdarzać dosyć często. Wszak człowiek jest tylko człowiekiem i nic ponadto. Czyli tak na dobrą sprawę nikim, w obliczu złożoności wszechświata i tego wszystkiego co jest w nim i poza nim ( to taka moja refleksja osobista, no. Wiem, zaczynam zbytnio wpadać w durne - acz ciekawe - filozofowanie ).
Suma sumarum taka puszcza kampinoska nocą w głowie jest człowiekowi czasem potrzebna. Jak już przejdzie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa trochę odczeka, zanim znów zaatakuje, a wena wróci dwa razy silniejsza. Czekam z utęsknieniem. Bo tak na dobrą sprawę to ja wciąż tej weny nie odzyskałem. Posty na blogu to ja se mogę nawalać, cóż to za robota wziąć do kupy parę trudno wymawialnych i przez wielu niezrozumiałych słów i poskładać w miarę logiczną całość, ku uciesze czytającej gawiedzi. Z takim opowiadaniem to zdecydowanie gorzej jest. Odpowiednie dialogi, coby dobrze odzwierciedlały charakter postaci, koncept moralizatorski ( czasami ), adekwatny do danej sceny opis, odwołania do innych utworów ( to bardzo ciekawy i dający wiele interesujących rozwiązań fabularnych zabieg ), dobre stopniowanie poszczególnych, następujących po sobie punktów zawartych w fabule, do tego jakieś "coś", żeby czytelnik poczuł się tym cosiem zszokowany i oczarowany zarazem i z chęcią przeczytał kolejne opowiadanko. Kurde, to zdecydowanie nie jest takie łatwe. Ale wena wróci, to wszystko się stanie łatwe. Czekajcie tylko, jak już ten zbiór się napisze. A wtedy... Nie zdziwcie się, jak ujrzycie moją osobę w jednej z telewizji śniadaniowych. Wiem, nisko mierzę ( zatrważająco nisko nawet ), ale od czegoś trza zacząć. Nie od razu przecież zgłosi się Steven Spielberg z opcją podpisania lukratywnego kontraktu obejmującego sfilmowanie pięciu moich kolejnych nie napisanych jeszcze powieści, nie?

P.S
Podczas niemocy twórczej nawiedził mnie Peter ( ten Szwedzki ). Temu to się wena chyba nigdy nie kończy.


czwartek, 27 marca 2014

O rzeczach względnie zajebistych

Wielu z zaglądających tu ludzisk z pewnością rozgryza teraz, jakie przesłanie niesie ze sobą ów genialny w swej tajemniczości tytuł. Szczerze powiedziawszy, to nie mam pojęcia. Ba, nie wiem nawet, o czym będzie ten post. Po prostu siedziałem sobie - wcale nie znudzony - na historii, sprawiając wrażenie pracowitego ucznia ( Taak, to moja główna zaleta. Nie, nie pracowitość. Robienie wrażenia. ) i nagle ten tytuł wpadł mi do łba. Nie roztrząsam, jakie nadprzyrodzone siły odpowiedzialne były za zaśmiecenie mojego i tak już - wedle kryteriów stawianych przez pewnych często wnerwiających ludzi sympatyzujących z różnorakimi zielonymi środowiskami - nadającego się do zutylizowania mózgu jeszcze jedną pozbawioną sensu myślą. Fakt faktem jednak, iż pod płaszczykiem teoretycznie skretyniałych słów ułożonych w jeszcze bardziej skretyniały ciąg dostrzegłem coś, co mogło je podciągnąć nawet do rangi tytułu właściwego największym filozoficznym dziełom. Mało tego! Po głębszej analizie doszedłem nawet do wniosku, że "sprawy względnie zajebiste" są istotną częścią życia każdego z nas! 
Weźmy na ten przykład szkołę. Dla jednych miejsce ucieczki przed depresyjną szarzyzną wolności, jaka roztacza się nad światem poza jej murami ( Z najnowszych podręczników do historii, ewentualnie religii bądź filozofii - mianem tym określa się współczesnych heretyków ), dla innych po prostu przymusowa konieczność, oczywisty atak na domagająca się dzikich imprez i jeszcze dzikszych zadym zbuntowaną nastoletnią młodość ( To ci z gatunku tych całkowicie normalnych. ). Jednakże, próbując jakoś przetrwać bezspornie arcytrudne i ciężkie dni naszej szkolnej egzystencji często nie zauważamy wokół siebie wielu rzeczy, które po dokładnym zastanowieniu uwydatniają się w zupełnie kształcie innym niż dotychczas. Przypuśćmy na ten przykład, iż jesteśmy sfrustrowaną antylogiczną jednostką, próbującą przegryźć się przez morderczy system edukacji matematycznej. Aby osiągnąć pełny sukces ( Czytaj: Prześlizgnąć się do następnej klasy bez sierpnia ), brakuje nam pięciu punktów. Wykazująca się niespotykanym wręcz aktem łaski belferka postanawia, iż uzyskać potrzebną liczbę będzie można jeszcze z pomocą dwóch kartkówek, każda za pięć punktów. No i sytuacja zdarzyła się taka, że z pierwszej dostaliśmy trzy punkty. Oznacza to, iż z drugiej będziemy musieli dostać dwa, a więc mniej niż połowę. Co znowu oznacza, iż jednak nie załatwiliśmy sprawy i będzie się jeszcze trzeba nieco pouczyć ( nie miałem pomysłu, jak obejść to "będzie" w tych dwóch zdaniach, tak po prawdzie ), ale mniej, niż gdybyśmy mieli pisać tylko jedną kartkówkę. Na taki stan rzeczy zazwyczaj reagujemy słowami: "Nie ma źle", "Jest dobrze" albo ( w skrajnie znerwicowanych przypadkach ) " Ku*wa, jest ok". Taka interpretacja jest zdecydowanie błędna. Mamy bowiem przed sobą klasyczny przykład "sytuacji względnie zajebistej"! Brakuje nam ledwo dwóch punktów do zdania, ale jednak będzie się trza trochę poduczyć, choć nie tak znów przesadnie dużo. Znaczy to, że jest względnie zajebiście. Zaczynacie powoli kminić etymologię zwrotu? To świetnie, ja też zaczynam.
Zdarzają się też sytuacje, w których nacisk na poszczególne słowa zwrotu rozchodzi się nierównomiernie. Mówiąc prościej: Tak jak w wypadku matmy w wyrażeniu "względnie zajebista" oba słowa są równie ważne i niezbędne, tak czasami zdarza się, iż "względnie" jest ważniejsze niż "zajebista" i na odwrót. W celu głębszej analizy zagadnienia posłużę się kolejnym przykładem. 
Wyobraźmy sobie parę młodych kochanków, którzy dowiadują się, iż będą mieli dziecko. Temat prosty do zobrazowania w umyśle, wszak wszyscy kochają kochających się ludzi, co potwierdza sukces wielu beznadziejnych romansideł ( nie tylko tych z kiosku ). No i powiedzmy, że kochankowie poważnie myślą o wspólnej przyszłości. Facet ma pracę - zarabia mniej więcej 3 tysiące złotych. Ona nie pracuje ( to wszystko ważne dane są, zresztą sami później zobaczycie ). Oboje mają mieszkanie, za które miesięcznie płacą łącznie pięćset złotych ( to, skąd je mają, to już ich sprawa. ). Tak więc teoretycznie spokojnie mogą sobie pozwolić na jedno dziecko. Wtedy sytuacja byłaby tylko zajebista ( idealna ), bo i dwójka kochających się ludzi jest, i owoc ich miłości, któremu można zapewnić w miarę godziwe utrzymanie. Co jednak, gdyby okazało się, iż dziewczyna ma urodzić pięcioraczki? Wtedy mamy do czynienia z przykładem sytuacji względnie zajebistej, gdzie słowo "względnie" jest dużo ważniejsze niż "zajebiste". Bo ogólnie rzecz biorąc sytuacja nadal jest zajebista, w końcu urodzą się im dzieci. Z drugiej jednak strony nie będzie ich za co porządnie utrzymać, a więc tylko względnie. I ta względność zajmuje tu wyższą pozycję z tego powodu, iż umysł rodziców chcących zapewnić swoim dzieciom godziwe warunki bytowania - po pierwszym napadzie zajebistości - skupi się właśnie na tej względności. Nadal nie kumacie? Prościej. Zajebistość wywołuje w rodzicach radość z narodzin dzieci, względność każe się nad tym wszystkim zastanowić i drżeć, z czego tę rodzinę utrzymać. Myślę więc, że ów strach dłużej i trwalej zapisze się w ich umysłach niż radość. Dostatecznie prosto? Kurde, nawet ja zrozumiałem, więc musi być prosto. 
Skoro mamy więc pokrótce przedstawione zagadnienie, chciałbym w tym momencie wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kategorii społecznej, w której pojęcie "względnie zajebiste" zajmuje kluczowe stanowisko, by nie rzecz że nie urasta do poziomu ucieczki przed destrukcyjnością egzystencjalnych rozważań. Mianowicie skoro blog z założenia miał kręcić się wokół tematów związanych z szeroko pojętym metalem - wspomnę jeszcze o subkulturze metalowej. Otóż - co wyraźnie pokazuje zarówno historia, jak i codzienne doświadczenia - pojęcie "względnie zajebiste" jest nieraz całym życiem takiego zbuntowanego osobnika. Nie trzeba tu przytaczać żadnych rozbudowanych przykładów, metafor, ani używać zbędnych technik wpływających na przyciągnięcie potencjalnych czytelników ( a takowe są ), wystarczy kilka prostych obrazków z życia wziętych. Ubzdryngolony metal wraca właśnie z koncertu Slayera, rozwalając po drodze jakiś znak. Zgarnia go policja. Niby wysoka grzywna jest, ale można pochwalić się kolegom. Pochwała ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Inny przykład. Pogo na koncercie. Metal wpada nie na tę osobę co trzeba i dostaje w mordę. Niby ból jest, ale uczestniczyło się w zadymie. Zadyma ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Tego typu historii jest miliony...

Wychodzi więc na to, że sytuacje "względnie zajebiste" są jedną z ważniejszych części naszego życia, mimo iż często ich nie zauważamy. A to źle, naprawdę źle... Kurde, wy też macie wrażenie, że to wszystko zrobiło się jakieś bardzo filozoficzne? A może czas skończyć z tymi wyświechtanymi, przemielonymi na tysiąc sposób hasłami dekadenckimi, egzystencjalistycznymi, idealistycznymi, dualistycznymi, rozumowymi, stoickimi i jeden Jackowski wie jeszcze jakimi, a zacząć z hasłami "względnie zajebistymi"? Może nawet przyszła pora na nowy nurt w filozofii - "względniezajebistocjonizm"? A czemu by nie! Jako zdeklarowany ( jeszcze ) nastoletni buntownik uważam, iż trzeba temu skostniałemu starszemu pokoleniu pokazać nowe ścieżki rozwoju i wytyczyć nowe szlaki.

P.S. Tak po prawdzie, ta Doro to całkiem gorąca dziewczyna jest.


poniedziałek, 24 marca 2014

Szkolne problemy natury maturalnej

Długo żem coś się nie odzywał, nie? Ale jakbyście byli na moim miejscu, to jest sfrustrowanego, wpędzonego w depresję mizernymi wynikami wszelakich ( często dziwnych i niezrozumiałych ) egzaminów licealnych przed maturą ( Taa, przygotować nas mają. Wykończyć chyba! ), to też byście nie pisali. No ja wam mówię, większe z tą maturą świrowanie niż z połową wprowadzonych w Polsce podatków ( Wiem, mi też to porównanie wydaje się cokolwiek bezsensu, ale nie mam czasu błyskotliwie wpadać na inne ). Ja rozumiem, że chcą z nas zrobić ludzi, porządnie wyedukować, wychować i w ogóle stworzyć gotowych do życia w dorosłym, demokratycznym (tfu!) społeczeństwie obywateli. Nie sądzę jednak, aby matura z matematyka pisana jako ostatni sprawdzian może mi pomóc stać się takowym człowiekiem ( Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z ewidentnym, bijącym po oczach i uszach geniuszem systemu oceniania w mojej szkole: Każdy trymestr < w ostatniej klasie semestr > przeliczany jest na 100 punktów. I tak np. ze wspomnianej matmy mamy dwa sprawdziany na 30 pkt, cztery kartkówki po 5 pkt < razem 20 >, odp. na 5, zadanie na 10 i... coś tam na jeszcze na 5, co w sumie daje 100. Tak wiem, chociaż z matmy ten system powinien być logiczny, a nie jest ), tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki z ostatnie matury próbnej, które przyprawiły dyrektora jeśli nie o atak, to przynajmniej o porządne palpitacje serca. 
Wkurza również sam fakt, iż trzeba tę szkołę zdać. Niby tak wszystko jest ok, ale jak spojrzymy na całość sprawy, stajemy przed nie lada paradoksem. Otóż muszę zdać tę szkołę, aby móc napisać maturę. A teraz użyj swojego poetyckiego, metaforycznego zmysłu i przeczytaj: Najpierw muszę się nauczyć na to, co akurat jest z przedmiotu, żeby go zdać, a dopiero później mogę się zacząć uczyć na maturę. Mówią, że trza to wszystko pogodzić i zsyntetyzować ( bynajmniej nie chodzi tu o pojęcie z zakresu chemii ) oba toki wkuwania. Nie wzięli tylko pod uwagę, że maturę pisze się od początku podstawy programowej! Spójrzmy na ten przykład na historię. Jak ktoś mi powie, w jaki sposób uczyć się równocześnie ze starożytności i dwudziestego wieku, to jestem skłonny dać mu piwo. Że niby ja tę starożytność w małym palcu powinienem mieć? Ale przypomnieć sobie muszę, nie? O matmie nie wspominam, choć o tyle dobrze, że przez ostatnie dni przysiedliśmy do testów maturalnych, a nie nowych tematów. Szczerze wam więc powiem, że bardziej się obawiam, iż mnie do tej matury w ogóle nie dopuszczą niż tego, że jej nie zdam. Jak mnie dopuszczą, to będzie lajt, trzydzieści procent to pic na wodę przecież. Chyba. 
Wyobrażam sobie teraz pełne politowania ( albo nawet i niedowierzania ) wyrazy twarzy co poniektórych czytających to ludzi. Z pewnością oburza was lekkość, z jaką podchodzę do tego "egzaminu dojrzałości", z jaką ignorancją i wręcz obcesową arogancją ( brawo dla tych, którzy od razu wychwycili pleonazm ) odnoszę się do "jednego z najważniejszych testów mojego marnego życia". Cóż... Wystarczy, że mnie nie oburza, podobnie jak nie oburzała Steva Jobsa, Billa Gatesa czy Stephena Kinga ( to matka kazała mu iść do college'u, a on po prostu nie chciał jej zawieść ). Powiedzcie mi teraz: Skoro im żadne studia do osiągnięcia spektakularnego sukcesu nie były potrzebne, to czemu mają być potrzebne mi? Heh, i znowu te oburzone i prześmiewcze głosy... Że polska to kraj bez tego typu możliwości, że tu w ogóle pracę ciężko dostać, nie mówiąc już o osiągnięciu jakiegoś sukcesu. Powiedzcie to chociażby panu Zbigniewowi Hołdysowi, Andrzejowi Stasiukowi, Gunterowi Grassowi ( To zwykły kamieniarz! ) czy Stefanowi Banachowi ( Ten ostatni to w ogóle ciekawy przypadek. Nie ukończywszy studiów, za swoją pracę w dziedzinie matematyki otrzymał stopień doktora! ) .
Jednakże moim najulubieńszym z najulubieńszych przykładów jest jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii, Thomas Alva Edison. Otóż w wieku siedmiu lat ( sic! ) usłyszał on od swojego nauczyciela, że jest tępym nieukiem który nigdy w życiu do niczego nie dojdzie i został z miejsca wywalony ze szkoły. A później wynalazł sobie te ( około ) 1000 gadżetów... I jak tu wierzyć w te wszystkie dyrdymały, które od lat wpajają nam nauczyciele? Ucz się, bo do niczego nie dojdziesz! Ależ dojdę, nauczyciele, dojdę, i to na sam koniec tęczy.
Podsumowując dzisiejsze - krótkie w zasadzie - rozważania, pozwólcie, że posłużę się znanym wszem i wobec numerem (nie)sławnej kapeli Farben Lehre, w którym to pada jakże trafny zwrot: "Nie matura, a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera"



P.S. Freedom Call w końcu, do jasnej cholery, nagrali od początku do końca równy album, bez jakichś gównianych wtrętów typ "Rockin' Radio". Warto sprawdzić, w Czechach płyta zaszła wyżej niż One Direction i Katy Perry. 


piątek, 17 stycznia 2014

Pomagajmy!

Nie żebym się skomercjalizował i szedł w "sprzedawczykowanie", niemniej jednak sporo osób chce się ostatnimi czasy na tym blogu wypromować albo załatwić jakieś sprawy. Z racji tego iż dobry ze mnie chłop, z chęcią przystępuję na tego typu propozycje, tym bardziej jeśli są one czegoś warte. Popatrzcie na przykład na tę sytuację.
Napisał do mnie sfrustrowany, zniesmaczony i najzwyczajniej w świecie załamany kumpel, którego od miesięcy marzeniem jest zobaczenie pewnej gwiazdy tzw. polskiego "hip-hopu", która to ostatnimi czasy stała się mocno słowiańska. Żeby być ścisłym, to jego wokalistki chyba. Co nie zmienia faktu, że apel człowieka jawił się jako skrajnie dramatyczny. Ileż emocji, pasji i potężnych ludzkich uczuć przelał chłopak w tę prośbę... Bo trzeba wam wiedzieć, że koleś jest w ostatnio w nieciekawej sytuacji i wygrana w konkursie mocno poprawiłaby jego byt życiowy. Dlatego też proszę was, nie pozostańcie obojętnie na ludzkie cierpienie...

Wchodzimy w link:

https://www.facebook.com/KlubFerre/posts/10200664754256290?comment_id=4852921&notif_t=like


I klikamy "Lubię to" pod komentarzem Paweł Płachetka. Pomagajmy ludziom! 


P.S. Nowy pościk wkrótce, myślę. 

:)

wtorek, 14 stycznia 2014

Wyczerpujący elaborat wyjaśniający.

Najsampierw zaznaczam, iż w żadnym zdaniu, słowie, literce ani nawet znaku interpunkcyjnym poniższego tekstu nie zawrę najmniejszej nawet krztyny sarkaźmiku. Wszystko napiszę teraz jak najbardziej poważnie... Żeby nie było. Znowu.

Ja naprawdę chcę już siedzieć cicho, oszczędzić sobie i innym cierpień, ale pewnych wydarzeń po prostu nie da się nie skomentować i przemilczeć. Dzisiejszy dzień dobitnie udowodnił, jak łatwo można jednym, dwoma słowami wpaść w spiralę nadinterpretacji, dopowiedzeń, własnych domysłów a w konsekwencji nawet i depresji. Tak, tak, dobrze czytacie. Depresji.

Wszyscy wiemy (kto zna, rzecz jasna), że Panna K (Cały czas miejcie na uwadze pierwsze trzy linijki tekstu) jest, jak to słusznie ktoś określił - "dziewczyną do rany przyłóż". Jej wszechobecna pozytywna energia, radość z możliwości przebywania na tym świecie i wręcz bijący po oczach blask uśmiechniętej twarzy nie jednemu człowiekowi poprawiły morale, przemieniając podkówkę w szczerzącego się banana. Słyszałem nawet, że koniec świata nie nastąpił, ponieważ Nostradamus w swoich przewidywaniach nie uwzględnił panny K. Koniec świata nastąpi, gdy Panna K przestanie zarażać wszystkich entuzjazmem i swoją horacjańską filozofią typu " Żyć w zgodzie z naturą, brać od świata tyle, ile potrzeba, osiągać, to co nam przynosi poczucie szczęścia i spełnienia oraz cieszyć się każdym dniem. ". No, z parę tysięcy lat ta planeta jeszcze przetrzyma. Jak nie więcej.  
Byłoby również swoistym nietaktem i najzwyklejszą ohydną hipokryzją odmówić pannie K urody, która jest z całą pewnością nieprzeciętna. Co prawda więcej odnajduję w niej rysów Bałkańskich niż typowo Słowiańskich, niemniej jednak godna jest wszelkiej uwagi zarówno ze strony rozmarzonych mężczyzn jak i zazdrosnych kobiet. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to mogę i cały poemat o tym napisać, serio... Taką epopeję walnę, że Zosia z "Pana Tadeusza" to przy tym będzie świnka Piggy.
I w tym momencie niestety, ale trzeba zahaczyć o tematy poruszone we wcześniejszych postach. Żeby nie było, że próbuję na siłę przywracać sobie dobre imię, które w pewnych kręgach zostało oplute, sprzeniewierzone i zakopane w skrzyni naznaczonej znakiem odstraszającym mary nieczyste, co by kolejne pokolenia nie dowiedziały się, iż kiedykolwiek istniał taki wypierdek Pumby. Pewne kwestie trzeba po prostu wyjaśnić Z racji jednak tego, że jest ich od groma, postanowiłem ująć je w formie wywiadu z samym sobą. Jako rozjuszonych agresorów przedstawiłem Pytania Agresorów Rozjuszonych i Społecznie Rozwścieczonych ( W skrócie PARIS. Taki romantyczny skrócik wyszedł, no. Tylko nie wiem gdzie się "R" końcowe podziało, ale mniejsza.)

PARIS: Dlaczego ty to wszystko napisałeś? Nie mogłeś ku*wa siedzieć cicho?!

METALURG: Nie mogłem. Wolność słowa panuje, to po pierwsze. Żyjemy w kraju - przynajmniej tak nam się wydaje - demokratycznym, gdzie każdy powinien mieć prawo do wolności swobodnej wypowiedzi i wyrażania własnych myśli. Po drugie, po prostu nie wytrzymałem. Musiałem - mówiąc mową regionu - larma narobić, bo bezsens tego tematu poharatał moje nerwy doszczętnie.

PARIS: Ale to nie trzeba zaraz o tym ku*wa na forum publicznym pisać! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ilu ludzi mogłeś tym zranić! Poza tym są granice pomiędzy wolnością słowa a pier*oleniem skretyniałych idiotyzmów.

METALURG: Ależ trzeba pisać. Podstawową zasadą funkcjonowania zintegrowanego i wolnego społeczeństwa powinien być dialog międzyludzki. Każdemu przysługuje prawo do krytykowania, chwalenia, zjeżdżania, hołdowania, własnego interpretowania i tryliarda innych przymiotników, a jednostka nie może tych praw ograniczać. Nie chcemy przecież cofać się znowu w czarcie odmęty socjalizmu, nie? Zdawałem sobie sprawę z tego, iż moje wystąpienie może wywołać sporo kontrowersji i to nade mną w pierwszej kolejności zbiorą się wszystkie możliwe słowne przekleństwa tego świata. Gdybym jednak zważał na tego typu szczegóły, nigdy bym nawet nie pomyślał, żeby blog założyć. Od początku jego głównym założeniem była możliwość swobodnego komentowania zaistniałych na nim sporów, zdarzeń czy innych rzeczy. Skoro jednak inni mogą mnie krytykować używając w dodatku wulgaryzmów i obscenicznych obelg, czy mi nie przysługuje nawet prawo do użycia słów "sarkaźmik mały"? Bo z tego wynika, że spór toczy się praktycznie w całości o te dwa słowa. Co do granic... Nie wydaje mi się, aby określenie "granica" miało cokolwiek wspólnego z wolnością.

PARIS: No co za, ku*wa, idiota, on nic nie kuma... To ty zacząłeś tę wojnę, ty pierwszy użyłeś określenia "sarkaźmik mały"! Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo zraniłeś tymi słowami Pannę K!

METALURG: Zacznijmy od tego, że żadnej wojny wywoływać nie zamierzałem. To, że sprawa odbiła się szerokim echem w tak wielu kręgach jest tylko i wyłącznie zasługą ludzi ją komentujących. To oni nakręcili machinę promującą, sprawiając, iż problem opuścił szkolne kręgi docierając do nierzadko najdalszych zakątków kraju. Fakt, nie miałem pojęcia jak bardzo ją zraniłem. Mało tego, byłem takim stanem rzeczy wręcz zszokowany. Zawsze przebojowa, pełna energii, powinna raczej zebrać jakąś powietrzną kompanię wojska polskiego czy coś i zrobić mi nalot na dom, aniżeli brać to wszystko tak do siebie i w tak poważny sposób. Tym bardziej, że nikt z grona jej znajomych/przyjaciół nie wziął tego na serio bo doskonale zdaje sobie sprawę, jak wartościową osobą jest panna K. Z resztą, spójrzcie teraz na mnie. Gdybym wszystkie te obraźliwe i negatywne komentarze wziął do siebie, powinienem teraz spisać testament ( Tak poza tematem; Nigdy nie zastanawiałem się jeszcze, komu przepiszę swój majątek. Ale to chyba normalne w wieku osiemnastu lat, nie? ), wziąć stryczek, wyjść na rynek i publicznie się powiesić, rzucając przy tym hasło typu "Marność nad marnościami i jeszcze większą marność poznałem, zostałem wyalienowany, wrzucony na dno społecznego marginesu, nie potrafiąc wygrzebać się z szamba wszechobecnej nagonki, więc odchodzę z godnością". Kurde, przecież ludzie mają próby samobójcze po jednym głupim komentarzu na facebooku, a co dopiero mówić o dziesiątkach czy nawet setkach? Czy ktoś z was o tym pomyślał? Czy chociaż przez sekundę liczył się ktoś z możliwością tak drastycznych konsekwencji? I jak tu nie wspominać o atawizmie? Osobiście nie znajdują w człowieku żadnych cech, które w jakikolwiek sposób odróżniały by go od zwierzęcia. Niemniej jednak ukorzę się publicznie i stwierdzę, że określenie "sarkaźmik mały" było ze wszech miar podłe i godzące w najczulsze punkty nie tylko panny K, ale i wszystkich wypowiadających się w tym temacie kobiet. Mało tego, winienem paść przed panną K na kolana z różą w zębach i z drżącymi rękoma wyseplenić coś, co chociaż w części będzie przypominać przeprosiny.

PARIS: A pomyślałeś o rodzicach? Masz pojęcie, jak oni również w tę studniówkę się zaangażowali?

METALURG: Nigdy nie twierdziłem, że rodzice nie angażują się w studniówkę. Zainteresowanych odsyłam do komentarza pani Kieraj pod postem "Czym jest studniówka?". To nie jest kolejna "obraza" i "płytkość myślenia", to po prostu kolejne wyrażanie własnego zdania. Jeszcze raz podkreślam, że wszyscy pragniemy żyć w wolnym kraju.

PARIS: A nauczyciele? Nie wpadłeś na to, że oni również mogą to przeczytać?

METALURG: No kto jak kto, ale nauczyciele powinni rozumieć, że są na tym świecie osoby nie zgadzające się z ogółem społeczeństwa w pewnych kwestiach. I - jak każdy - mają pełne prawo do wyrażania własnych myśli.

PARIS: Skoro tak ci się to wszystko nie podoba, czemu nie przyszedłeś we Wrześniu na zebranie w sprawie studniówki? Czemu twoich rodziców nie było?

METALURG: Co do rodziców, jeszcze raz odsyłam do komentarza pani Kieraj. Jeśli zaś chodzi o mnie, to śmiem wątpić, aby komukolwiek przypadły do gustu moje pomysły ( przynajmniej większości ). Wystarczy tylko spojrzeć na facebookowe komentarze. Inna sprawa, że ciężko było dojść do głosu.


No, to tyle w kwestii niewygodnych pytań. Jeśli któreś pominąłem, chętnie odpowiem.

Na sam koniec muszę powiedzieć, że zostałem mimo wszystko dzisiejszego dnia pozytywnie zaskoczony. Taka panna M przykładowo, nie odzywała się do mnie dwa i pół roku, a tu idzie korytarzem i wali: "Siema, frajerze". No, pierwszy krok na przełamanie lodów został poczyniony. Co prawda określenie "frajerze" może sugerować nie do końca pokojowe zamiary ( o czym za chwilę ), ale Rzymu też nie od razu zbudowano.
Kulminejszyn of te dej została jednak zdecydowanie długa przerwa podczas której to wszystkie dziewczęta przyszły do mnie i wygarnęły mi, jak wredną łajzą jestem, jaką szują, obszczymurem, kocopołem, padalcem i w ogóle niereformowalną zidiociałą jednostką nie nadająca się dożycia w jakimkolwiek społeczeństwie. Najlepiej jednak poszła po bandzie panna M. Chyba tylko jakaś nieznana, idealistyczna i poza bytowa siła powstrzymała ją od tego, aby posłać mnie do szpitala w stanie co najmniej krytycznym. A ta poezja! Przekleństwo w co drugim słowie, i to jeszcze każde możliwe znane i skatalogowane w słowniku języka polskiego oraz osobiście zatwierdzone przez profesora Miodka. Nie obrażam w tym momencie nikogo, niemniej jednak pragnę zauważyć że ja podczas swoich wypowiedzi trzymam podstawowe zasady kultury i nie rzucam obscenicznymi wulgaryzmami.

I - tak już na sam koniec - wystarczy słowo, Panno K. Napiszę taką książnicę, że Zośka odejdzie do lamusa a na scenę arcydzieł literatury polskiej wkroczy nowa, przebojowa, czarnowłosa postać, o której rolę w filmie za parę lat będą się biły wszystkie aktorki. I naprawdę nie ma w tym żadnego sarkazmu. Sorry, sis.

P.S Cała ta farsa utwierdza mnie w przekonaniu, że Joyce to jednak był geniusz. ko strasznie są te wypowiedzi przewidywalne. 


sobota, 11 stycznia 2014

Jak społeczny skandal wywołałem

Haa, jest dobrze. Wystarczył jeden krótki post ( ledwo czterdzieści minut rzucania wysublimowanie wyrafinowanym słownictwem )  i skandal społeczny jak się patrzy. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będzie inaczej. Myślałem tylko, że więcej ludzi z otoczenia mnie zrozumie... A tu jedynie pan Tomasz Suhs w komentarzu na facebooku wykazał się ponadprzeciętną inteligencją ( i tym razem nie ma w tym ani krzty sarkazmu ) i skminił, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło... Tak jest, nonkonformistyczna postawa to absolutny must be. Co nie znaczy, że moje stanowisko w sprawie studniówki jest inne...
W jednej kwestii ludzie na fejsie mają rację. Powinienem przeprosić. Przeprosić za to, że oznaczyłem tylko pannę K ... Serio, trza było zahaczyć o zdecydowanie większą liczbę osób.
O wiele jednak bardziej niż przepraszać powinienem wszystkim fejsbukowiczom kochanym pogratulować chęci i niezłomności w ostrym zjeżdżaniu studniówkowego wpisu, a nade wszystko podziękować. Pewnie do teraz nie zdają sobie sprawy, jak mocno nakręcili swoimi burzliwymi publicznymi wystąpieniami spiralę promocyjną bloga. W ciągu kilku godzin liczba wyświetleń wzrosła nawet o kilkaset procent w porównaniu do "standardowego" wpisu, a do mnie napływają kolejne wiadomości z Mazur, znad Morza czy nawet zza granicy gratulujące niezłomnej postawy. Innymi słowy, wypociny towarzysza Metalurga opuściły ciasne ramy jego wąskohoryzontowego ( To nowe słowo. Przed chwilą je wymyśliłem. ) otoczenia i dotarły nawet do rodaków bytujących w innych państwach. Nic, tylko się cieszyć. Aha, i jeszcze jedna uwaga co do środowisk, które burzyły się, że obrażam ich godność jako metalowców ( jakby byli jeszcze tzw. true, to bym nie polemizował ). Wy naprawdę czegoś nie zauważyliście? Wystarczy wpisać w google frazę "dziennik młodego", a pojawia się ponad sześć milionów linków/pozycji. Dziennik Młodego Metalowca bryluje na pierwszym miejscu. To już nie jest tylko buntowniczy, antyspołeczny zapis wypocin smarkatego szczyla. To wyrobiona marka, o którą trzeba dbać i rozszerzać. Między innymi takimi studniówkami postami, które prowokują społeczeństwo do dialogu. 
Jeśli zaś chodzi o pozytywne komentarze z mojego otoczenia to otrzymałem je dokładnie od tych osób, od których się spodziewałem. I chwała im za to, że w obliczu rozjuszonego tabunu wybitnie uszczypliwych uwag pozostali przy swoim. Część co prawda zamilkła, ale to zrozumiałe. Ciężko jest iść pod prąd, na przekór wszystkim. Sam nie wiem, jakbym się zachował na ich miejscu.   
Z racji tego, iż głupio byłoby zaprzepaścić tak ogromną promocyjną szansę ( dzięki jeszcze raz, fejsbukowiczki kochaniuteńkie ), będę uderzał z postem wszędzie gdzie się da. Nawet do środowisk politycznych, jeśli którejś zechce się wypowiedzieć. I stanowiska, cholera, nie zmieniam. Studniówka jest przereklamowana. Spytajcie pani z angielskiego.

A tymczasem idę skończyć kolejne opowiadanie, wysłać je gdzieś, opublikować. Skoro coraz więcej ludzi o blogu słyszy, to i na moje opowiadania łaskawszym ( i chętniejszym ) wzrokiem patrzą. Tak to się kręci, fejsbukowiczki drogie.
    

piątek, 10 stycznia 2014

Czym jest studniówka?

To jest kompletna porażka społeczeństwa młodzieżowego. Brak obiektywnego spojrzenia na całość sprawy, uleganie pierwotnym instynktom lokującym nas w szponach atawizmu. No bo jak inaczej nazwać to, że ludzie ( głównie jak zawsze piękne i inteligentne dziewczyny < Sarkaźmik mały > " ) z mojej szkoły - większość przynajmniej - nie dość, że chce wynająć kamerzystę na studniówkę ( sic! ), to jeszcze pragnie zasilić kieszeń szanownego pana kwotą czterech i pół tysiąca złotych polskich netto. Ogarnia to wasz łeb, czy piszę za szybko?
Najsampierw trzeba zacząć, że to nie tylko u mnie, ale w całym kraju wali młodym ludziom na łeb w temacie studniówek. Ewidentna w tym wina rodziców, którzy propagują wystawność, szykowność i w ogóle ponadprzeciętną zajebistość. I te problemy zauważalne są już w samych początkach! Weźmy na ten przykład mój komers po szóstej klasie podstawówki. Byłem wtedy wesołym dwunastolatkiem, który jarał się esemesem z zapytaniem "chciałabym z tobą chodzić" od dziewczyny i którego sensem życia było kopanie piłki pod blokiem, a tu mi każą wyjeżdżać na zabawę do jakiejś wystawnej sali parę kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. No idiotyzm, kompletny idiotyzm. A to, co się dzieje ze studniówkami, to już przechodzi ludzkie - by nie rzecz mojego ulubionego "kacze" - pojęcie. Kminicie, że na Narodowym w Warszawie zabukowanych jest już kilkanaście studniówek? Wszyscy chcą odtańczyć Poloneza na Narodowym lodowisku! Kuźwa, po co się liczyć z kosztami. 
Że niby na studniówce nie warto oszczędzać? Że niby jest jedną taką jedyną, niezapomnianą, wyrąbaną w kosmos imprezą? Panie, bujda na resorach. Czym niby różni się od przeciętnej osiemnastki, półmetku czy zakończenia studiów ( jeśli już mówimy o większych młodzieżowych okazjach )? To ja wam odpowiem: Niczym. Albo nie, jest jedna różnica: Na studniówkę wydasz w cholerę więcej kasy. Panie, to przecież niektóre wesela nie są tak wystawne!
W tym miejscu aż muszę pochwalić moją panią z angielskiego ( często lubię wymieniać z nią zdania ) która sama zauważyła komizm zaistniałej sytuacji i stwierdziła, że to wszystko jest po prostu śmieszne. Użyła - żeby być dokładnym - takich oto słów: "Studniówka jest przereklamowana". Brawo! Podejrzewam jednak, że będąc w naszym wieku też sądziła, że ta impreza musi być przepełniona najróżniejszymi dziwactwami, bo drugiej takiej nie będzie. Dopiero przeżycie party wyrobiło w niej trzeźwiejszy pogląd na sprawę... Mam nadzieję, że z ludźmi z mojej szkoły będzie podobnie.

Nie dziwi mnie wcale, że część osób nie zamierza nawet pojawić się na studniówce. Sam się nad tym zastanawiałem... Ale stwierdziłem, że mimo wszystko głupio byłoby się nie pojawić. Tym bardziej, że zaprosiłem już partnerkę i cokolwiek niestosownie wyglądałoby wycofanie się ze sprawy. Przemilczeć tego  jednak już nie mogłem... Oświadczam więc - kończąc przy okazji te krótkie rozważania - wszem i wobec: Nie zamierzam brać udziału w waszym chorym pędzie za studniówkowym przepychem, modą, "pokażmy że umiemy się bawić i bezsensownie wydajmy kupę forsy" i "to jest jedna taka jedyna impreza" i za Chiny Ludowe ( i Koreańską Republikę Ludowo - Demokratyczną też ) żadnego kamerzysty nie mam zamiaru sponsorować, a tym bardziej na niego zarabiać ( Bo trzeba wam wiedzieć, że oni chcą zorganizować kiermasz ciast żeby mieć z czego to wszystko opłacić. No czyste lewactwo. Właśnie przez takie myślenie mamy potem kryzysy gospodarcze na świecie. ) !

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kolejne szalone osiemnaście...

Wolny dzionek mamy, za oknem przyjemnie grzeje słońce a z komputerowych głośników dobiegają mnie dźwięki hard rockowych ( i rockowych ) klasyków, które postanowiłem sobie właśnie zapuścić ( w momencie, gdy piszę te słowa Axl Rose krzyczy w mikrofon słowa, które 3/4 żeńskiej populacji tego globu wypaczają na chwilę racjonalne postrzeganie otaczającego nas świata, a stawiają jedynie wizję gorącej randki z blondwłosym wokalistą - "Don't Cry" ). No kurde, nic tylko siedzieć i pisać... Dlatego też piszę.

Ze dwa dni temu jakoś zaliczyłem kolejną gorącą imprezę, których - jak to w życiu nastolatka - bywa sporo ( Chyba, że twoja matka jest taka jak ta w "Carrie" Kinga. Wtedy masz przesrane, a nie sporo. ). Z racji tego, iż był to kolejny balet z gatunku tych, które można podpiąć pod udane - a czytelnicy tegoż blog lubią karmić umysły udanymi baletami - walnę wam kilka słów na jego temat.

Impreza rozpoczęła się w okolicach dziewiętnastej. Sądziłem, że przybywając pięć minut przed zaplanowaną godziną popiszę się punktualnością ( rzadko u mnie spotykaną, szczerze powiedziawszy ) i będę jednym z pierwszych, tymczasem prawie połowa gości już się bawiła. Widać każda dodatkowa sekunda imprezy jest im bardzo cenna. Co w sumie nie dziwi... Dziwiło tylko - tak na chłopski rozum - czemu z początku wszyscy wegetowali na dworze, zamiast siedzieć w ciepłej i całkiem wysmakowanie przygotowanej sali. Chociaż drewniane stołki na dworze też źle nie wyglądały, jak - na moje oko - dwugwiazdkową restaurację ( czyli taki przyjemny standardzik ). W każdym razie przywitałem się na początek z obecnymi, wszak kultura takiej postawy wymaga. Oprócz znajomego jubilata, jego dziewczyny oraz wiecznie ekspresyjnego i przepełnionego czasami nie przez wszystkich rozumianym humorem kumpla reszta imprezujących person była mi obca. Ale na party, jak to na party, wychylasz parę kielonów i wszyscy są twoimi braćmi.
 Ogół biesiadników zebrał się gdzieś koło wpół do ósmej. Nawet nie zadawano zbędnych pytań, tylko od razy przystąpiono do pierwszego ( a zaraz potem drugiego i trzeciego ) głębszego. I znowu, tak jak to na każdej podobnej balandze bywa bawili się ludzie o lepszej lub gorszej umysłowej tolerancji napoi wysokoprocentowych ( Chciałem napisać "wysokobiałkowych" w pierwszy momencie. Już mi te co niektóre prozdrowotne kampanie żywieniowe bokiem wychodzą. ) Co wcale nie znaczy, że ludzie ze słabszym łbem są gorszymi kompanami do picia, wręcz przeciwnie. Weźmy na ten przykład dziewczynę jubilata. Ledwo przyszła, a już wyglądała jakby była ciuciubabką, którą kręcono przez czterdzieści minut i zaraz potem posadzono na krześle. Panowie Paranienormalni w razie jakiejś kontuzji Igora powinni do niej zadzwonić, bo Mariolkę Crejzolkę zagrałaby jak nikt, serio.
Gdyby tam były jeszcze tylko same spirytualia, ale nie. Część osób obecnych bawiła się w ciągnięcie pary wodnej z tytoniem - nigdy nie wiem jak to się nazywa - i wypuszczania z ust kłębów białego dymu. Wszystko jest ok, dopóki ktoś nie zaczyna wmawiać sobie, że da radę wypuszczać statki jak Gandalf w "Władcy Pierścieni". Na chęciach się rzecz jasna skończyło... Ale dziewczynie jubilata po paru próbach udało się zrobić mleko ( Z tego, co widziałem, "mleko" oznacza wypuszczenie dymu w chustę czy coś, tak żeby dym tam pozostał i sprawiał wrażenia mleka właśnie ). Strasznie była z tego dumna. W ogóle z tą panną to jest dopiero historia... Kurde, bawiła się jak nikt. Na przykład jednym z celów jej egzystencji na biesiadzie stało się docieknięcie, dlaczego mój kumpel obok jest łysy ( No, prawie, jakieś włosy se jeszcze zostawił. Ale nie przyszedł w bluzie z kapturem i nie słucha hip - hopu.) Nie jestem przekonany, czy usatysfakcjonowała ją odpowiedź "On jest łysy, bo ja mam długie włosy", w każdym razie na jakiś czas odwiodła od kolejnych podobnych zapytań. Co nie znaczy, że odwiodła od gadki w ogóle. A gdzie tam! Bardzo ciekawe rozmowy prowadziła chociażby z owym ekspresyjnym kolesiem ze specyficznym, ale w gruncie rzeczy często śmiesznym i nieco sowizdrzalskim humorem. Facet ma talent plastyczny, zamierza uderzać na ASP. Mówię wam, ludzie, nigdy go o to nie pytajcie, tym bardziej po pijaku. Koleś ma kompletnego fioła na tym punkcie - co mu się chwali - ale w kontekście obszernego wysłuchiwania jego artystycznych wywodów niekoniecznie. Choć, jedna laska na imprezie na jego gadkę poleciała. Zostawmy jednak parkę w spokoju, w końcu niektóre sprawy leżą w sferze prywatnej. Nie będę przecież pisał, że z początku jedynie się całowali a skończyli na imitacji końskiego ujeżdżania. Nie jestem świnią.
Dobra, ale ja tu tak tylko o tej dziewczynie jubilata i artyście... A co z pozostałymi członkami biesiady? A no, też się bawili. Jedni bardziej kulturalnie, inni mniej. Weźmy na ten przykład panów z Krakowa, Wrocławia, czy skąd oni tam byli. Wespół z paroma ludźmi z lokalnej miejscowości postanowili porobić parę napojowych miszmaszów, wlewając na przykład komuś ocet z colą, albo do pustej 2 litrowej butelki oranżady wlewając całą połówkę towarzysza Vladimira i zalewając tylko tyle, żeby się kolor pojawił. Niby standard, nic śmiesznego. Przecież i tak nikt nie jest na tyle głupi, żeby to wypić. Haha... Błąd. Wypił jeden chłopak. Udało mu się to tak zręcznie podstawić, że ni w ząb nie podejrzewał żadnego chytrego podstępu. Nie jestem pewien, ale chyba zaczął coś podejrzewać w momencie gdy postanowił pojechać do Rygi ( Znalazłem kiedyś w necie takie właśnie określenie na wymioty. Nie mam pojęcia, skąd się wzięło. ). Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wrócić, powiedzieć "Ku*wa!" i bawić się dalej, a co.
W sumie zabawa mogłaby być nieco lepsza, gdyby ktoś pomyślał - jak to koleżanka z Krakowa określiła - o zarzuceniu "chamskiego popu". Disco Polo, mówiąc po młodzieżowemu. A tak z głośników waliły głównie rastamańskie kawałki ( Co, nawiasem mówiąc, przypadło do gustu jednemu kolesiowi, który poczuł się chyba jak na Jamajce w latach siedemdziesiątych ). Sytuację uratowała miła kelnerka, którą ładnie zagadaliśmy i która użyczyła nam zasobów swojej komórki ( Pozdrawiamy! ). Właśnie, nie można pominąć też roli gości nieproszonych, którzy wystarali się o bardziej taneczne dźwięki. Bowiem zaraz przy restauracji znajduje się bar, gdzie często egzystują ludzie o wspomnianym w part Second sylwestra statusie społecznym. Tym razem wbiła nam się na imprę grupka dwudziestoparolatków. Chłopaki mieli już mocno w czubie, co było widać szczególnie w postawie jednego z nich. Niemniej jednak też się chcieli zabawić... Kulturalnie wypalili z nami fajki na dworze ( Gdzie, nawiasem mówiąc, przeprowadziłem z Podwawelską koleżanką ciekawą rozmowę na temat palenia i rozstrzygnięcia kwestii, czy papierosy a te długopisy z parą wodną i tytoniem to podobne rzeczy. ), wypili po kielonie. Co prawda żaden z nich na parkiecie Johnem Travoltą nie był ( Mimo iż przecież mieliśmy Sobotę ), ale nikt też nie postulował wywalenia ich z imprezy, więc zostali.
Pominę w tym momencie kolejny opis kolejnych ekscesów przytaczanej gdzieś wyżej artystycznej parki i dziewczyny jubilata, bo centralnie mnie w budzie dopadną i będzie źle. A mogłaby być z tego jeszcze cała powieść... Albo cykl humorystycznych filmików na yt z wielomilionową oglądalnością.
Na koniec wspomnę jeszcze o tej podwawelskiej dziewczynie... (  Były dwie podwawelskie, psiapsióły takie ) Otóż okazało się, że też lubi metalu i rocka posłuchać, choć kompletnie nie wyglądała. A tu ziuuum, zapuszcza ci w głośnikach System of a Down i Three Days Grace. Choć w sumie nawet większości imprezowiczów muza przypadła do gustu.
Ach, i jeszcze jedno. Łysy kolesiu - jak to dziewczyna jubilata określiła - żal mi, że musiałeś wysłuchiwać całego burzliwego życiorysu jednego z tych dwudziestoparolatków. Ale zawsze to jakieś doświadczenie.

P.S.W tym miejscu miało być zdjęcie, ale nie wszyscy się zgodzili na jego publikację. Wolny kraj, mają prawo.


            
  

sobota, 4 stycznia 2014

Wywiad z Maciejem Krzywińskim!

Hej ho, chłopcy i dziewczęta! Dzisiaj mam dla was prawdziwą petardę, która bije na łeb wszystkie moje dotychczasowe "dokonania" w dziedzinie tekstów publicystycznych ( Hm, choć "publicystyczne" to chyba jednak za duże słowo... może lepiej zabrzmi: Wypocin, które próbują wyglądać profesjonalnie i wpisywać się w wyszukane gusta współczesnej masowej ludności. Taak, zdecydowanie. ). Udało mi się przeprowadzić - trzeci już na tym blogu - wywiad. Tym razem jednak z zupełnie innym człowiekiem, którego zasób słownictwa i wysublimowane pomysły zdają się być nieograniczone. Facet ów był dla mnie główną inspiracją ( należałoby rzec, że wręcz pierwotnym impulsem ), dzięki której postanowiłem bawić się w wymyślanie ekstrawaganckich opisów codziennych sytuacji, przeprowadzać wywiady i pisać o muzyce ( Tego ostatniego, mam nadzieję, z biegiem czasu będzie dużo więcej ). Jego nieszablonowy sposób prowadzenia deskrypcji tekstu oraz inteligentny ( a zarazem rozbrajająco śmieszny ) humor nieraz poprawiały mi nie całkiem udany dzień. Mowa tu o Macieju Krzywińskim, jednym z głównych tekściarzy ( Jak sami się przekonacie, w życiu nie powiedziałby o sobie per "dziennikarz" ) polskiego wydania miesięcznika "Metal Hammer", zapalonego miłośnika muzyki i swoistego maniaka Slayera. Uprzedzam jednak, że to nie są wypowiedzi dla zwykłych ludzi. Jeśli jednak jesteś nie-zwykłym człowiekiem, z pewnością będziesz leżał pod stołem ze śmiechu i pojmiesz, dlaczego akurat ten koleś przyczynił się do zorganizowania sobie przeze mnie takich, a nie innych zajęć pozalekcyjnych. Zapraszam do lektury!



Metalurg:Jak się czujesz, udzielając wywiadu takiemu małolatowi jak ja?
 
Maciej Krzywiński:Sobota jest, pogoda dopisuje, wczoraj pierwszy raz w życiu udało mi się zrobić kopytka… Jedyną rysą na obrazie cudownego dnia była obła baba, której członki zdawały się oplatać przestrzeń w promieniu przynajmniej siedmiu metrów. Spotkałem ją w kolejce u rzeźnika, gdzie pięciokrotnie dopytywała, czy aby rostbef naprawdę powinien być tak krwisty. Ale poza tym jest przepięknie, niezależnie od wieku interlokutora.
 

M:Wiem, że pochodzisz z Poznania. Jak oceniasz to miasto pod kątem studiowania? Wybacz że pytam. W maju matura i nie wiem jeszcze do końca, gdzie się wybrać.
 
MK:To, że uczęszczałem względnie regularnie na jakieś zajęcia, nie oznacza jeszcze, że studiowałem. Prawdę mówiąc, z perspektywy czasu żałuję, że nie spędziłem tych pięciu lat w innym mieście. Ale nie dlatego, że mam sprecyzowaną opinię o poziomie szkolnictwa wyższego w stolicy Wielkopolski, tylko dlatego, że studia to dobry pretekst do odmiany towarzysko-krajoznawczej, w ostatnich chwilach przed tym, jak głaz tak zwanej dorosłości zwali ci się na ciało i ducha. Przy okazji, polecam wykłady online faceta, który był promotorem mojej pracy magisterskiej: http://www.youtube.com/watch?v=HdhzqxnM0pA A studia? Jestem ostatnią osobą, której powinieneś pytać, bo wybrałem kierunek między innymi dlatego, że na uczelnię miałem bezpośrednie połączenie komunikacji miejskiej… Ostatecznie moja praca zawodowa nie ma wiele wspólnego z kierunkiem studiów, a wręcz leży na przeciwnym biegunie, ale to nie znaczy, że żałuję wyboru tego kierunku. Wręcz przeciwnie. Kulturoznawstwo to zajebisty kierunek, ale nie zawód.
 

M:No, a teraz przejdźmy do – mniej lub bardziej – konkretnych rzeczy. W tekście o Jeffie Hannemanie, który ukazał się łamach MH (6/2013), napisałeś, że twoją pierwszą w życiu recenzją albumu był opis „Diabolous in Musica” Slayer. Czy to właśnie wtedy pomyślałeś –  „Kurde, fajnie byłoby tak pisać o muzyce...” (no, może nie pomyślałeś akurat o słowie „fajnie”)?
 
MK:Trafiłeś w sedno – to był niestety opis płyty, a nie recenzja. To duża różnica. Ten tekst powstał na potrzeby zine’a, który miał być inicjatywą muzyków pewnego polskiego zespołu deathmetalowego, ale ostatecznie chyba nigdy się nie ukazał. Pamiętam, że słałem go jeszcze Pocztą Polską, a nie e-mailem, co mi uświadamia, jak zamierzchłe to dzieje. Ale nie załapałem się na legendarne w kręgach zinoróbców mydlenie znaczków, więc tak znów stary nie jestem.  O tym, że fajnie byłoby popisać o muzyce, musiałem pomyśleć nieco wcześniej, kiedy nałogowo czytywałem prasę muzyczną, której wybór wtedy był jeszcze całkiem spory.
 

M:Czy bycie dziennikarzem muzycznym może być ciężkie? Ten zawód zawsze kojarzył mi się z przedpremierową możliwością odsłuchania albumów, wojażami po najróżniejszych koncertach, rozmowami z muzycznymi idolami...
 
MK:Nie wiem, nie jestem dziennikarzem muzycznym, a tym bardziej nie traktuję hobbystycznej w zasadzie działalności jako zawodu. Ale przypuszczam, że jeśli dużo ważysz, to owszem, może być ciężkie. Pewnie powinieneś zapytać Wojciecha Manna. Wszystko, o czym wspominasz, jest integralną częścią, niewątpliwie przyjemną, tego hobby. Trzeba też jednak wiedzieć, że płyta przed premierą wcale nie jest fajniejsza niż po premierze, więc zwykle przedzierasz się przez oceany gówna, by natknąć się na jakąś perłę. A muzyczny idol czasem okazuje się burakiem o zasobie słów ograniczonym wieloletnią konsumpcją wódy lub, w najlepszym razie, wagin o przekroczonym terminie przydatności do spożycia. Ale nie, to nie czyni tego hobby ciężkim. Ciężko jest na kopalni.
 

M:W tym samym numerze, w którym napisałeś o Jeffie, stwierdziłeś także, że – cytuję – „Tylko, kurde, trzeba się było wziąć do jakiejś roboty”. Rozumiem więc, że egzystowanie na tym świecie jedynie jako metalowy dziennikarz kokosów nie przynosi? Cholera, zawalił mi się jeden z planów na życie. 

MK:Znakomicie, że zawalił się teraz, przed maturą, a nie za kilka lat. Wydaje mi się, że dziennikarstwo jako zawód od dłuższego czasu się krztusi – w sumie to wnioski zdecydowanie mądrzejszych ode mnie – a już dziedzina tak wąska, jak dziennikarstwo muzyczne, o wyborze zaledwie jednego gatunku jako specjalizacji nie wspominając, to domena fanatyków. Pożytecznych, napędzanych pasją i z reguły uroczych, ale zamkniętych w getcie. Co przecież nie znaczy, że nie należy pielęgnować swojego hobby. Mało znam aktywności nieabsorbujących narządów rodnych, które byłyby przyjemniejsze od obcowania z muzyką, pisania o niej, rozmawiania na jej temat.
 

M:Dużo dostajesz wiadomości od czytelników, którzy chcą podyskutować? Od fanek może jakichś też?
 
MK:Na pewno mniej niż The Beatles w okresie swojej największej chwały. Prawdę mówiąc, pewnie nawet mniej niż przeciętny czeski zespół gore-grind, choć ostatnio akurat zauważyłem wzrost aktywności. Dlaczego sugerujesz, że czytelniczka to od razu fanka? Fanki mieli Gene Simmons i jego język, ja dostawałem jedynie wiadomości od fanek Tarji Turunen, które chciały mi zakomunikować, że za mną nie przepadają, ewentualnie chcą mnie zajebać. A jedyną fankę w domu mam, na szczęście komunikujemy się drogą inną niż epistolarna.
 

M:Gdy napisałem do ciebie – kiedyś – pierwszy raz, stwierdziłeś, że nie warto się ograniczać jedynie do jednego gatunku (w tym wypadku metalu). Czego więc – poza metalem – lubisz słuchać na co dzień?
 
MK:Matko Boska, długo by można, więc powiem ci, czego poza metalem słuchałem w minionym tygodniu. Debiutu The Velvet Underground & Nico, „Berlin” Lou Reeda, „Vulcano” Sorry Boys, „Starless and Bible Black” King Crimson, „Dobranoc” Lecha Janerki, „It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back” Public Enemy.
 

M:Osobiście ciekawią mnie kulisy rozpadu – w wielu kręgach posiadającego status co najmniej tak kultowy, jak Burzum w Norwegii (choć to chyba nieco odmienne rodzaje muzycznej sztuki) – Zespołu Przedostatniej Strony Metal Hammer. Z twoich błyskotliwych i pełnych pasji opisów początkowo wynikało, że drzwi do światowej kariery stoją przed wami otworem...
 
MK:Owszem, stały otworem. Szybko okazało się jednak, że to ten otwór, którym światowa kariera wydala końcowe produkty przemiany materii. A tak na serio, to znudziły mi się już te brednie. Powtarzałem się i zamulałem, więc postanowiłem zaoszczędzić cierpienia zarówno sobie jak i – przede wszystkim – czytelnikom. Ile można pieprzyć kocopoły? To znaczy, każde moje kolejne zdanie dowodzi, że długo można, ale to akurat inna historia. Z drugiej strony, mam to wszystko skatalogowane i przez moment korciło mnie nawet, by całość w tej czy innej formie opublikować. Może kiedyś… 
 

M:Na koniec chciałbym ci podziękować za to, że zgodziłeś się udzielić tego wywiadu. Dla mnie osobiście jest ogromnym zaszczytem pisać z człowiekiem, który nie wahał się przeprowadzić wywiadu na temat metalu z Tercetem Egzotycznym. Rzuć jeszcze parę słów do czytelników bloga, tak w swoim stylu, co by wiedzieli, z jak nietuzinkowym przedstawicielem publicystycznej sztuki mają do czynienia.
 
MK:Posłużę się cytatem: „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Niestety nie mam czasu, by pokusić się o lepszą sentencję. Sam rozumiesz, te fanki same się nie zdobędą…

środa, 1 stycznia 2014

Wystrzałowo - Oskarżycielski Sylwester part Second

No, w końcu nadeszła pora na to, co misiaczki lubią najbardziej, że tak powiem. Kolejny rok walnął się do lamusa... Tak jak i sylwester. Myślę więc, że pierwszy post w nowym roku nie może być o niczym innym, jak o kolejnej zabójczej imprezie...

Mimo iż w porównaniu z zeszłym rokiem ( "Czamu ona je sebleczonoł?!" Ach, po prostu tekst mojego życia ) mniej padło w naszą stronę oskarżeń i nie zanotowano przypadków robienia z nieletnimi rzeczy których nieletnim w świetle prawa ( zarówno cywilnego jak i moralnego ) robić nie wolno, nie znaczy wcale że imprezowe balety były w jakiś sposób gorsze. Ba, może i nawet lepsze, w pewnych momentach. No, ale - jak zwykle - po kolei.
Impreza rozpoczęła się gdzieś koło dziewiątej. Na wstępie trzeba zaznaczyć, iż mieliśmy genialną wręcz miejscówkę: Schowana w gęstych zaroślach skanciapiała altana, znajdująca się na tyłach ogródka wujka jednego z imprezowiczów ( Wujek, notabene, nic o party nie wiedział. Na narty z rodzinką wyjechał. ). Tak że z idąc ulicy nijak nie dało się tego domku dostrzec, a i od potencjalnych wnerwionych sąsiadów też byliśmy dobrze odgrodzeni. Przerażała mnie jedynie z początku mnogość niebezpiecznych urządzeń na powietrzu, typu zardzewiała, rozpadająca się huśtawka czy oczko wodne. A bo to wiesz, co komu walnie do łba po pijaku? Na szczęście urządzenia nie przyczyniły się w żaden sposób do czyjegoś uszczerbku na zdrowiu...
Generalnie ( nie lubię używać tego słowa, no ale czasami trzeba ) było nas sześciu chłopa ( w innej niż zeszłoroczna konfiguracji ). I mieliśmy zdecydowanie za dużo alkoholu... No bo ja rozumiem sobie popić, rozwalić coś i nic nie pamiętać. Ale jak zobaczyłem ilość tych flaszek to aż mi we łbie na samą myśl zaszumiało ( I nie wliczam teraz szampana, który o 12 jest must be ). Wiedzieliście na przykład, że jest coś takiego jak arbuzówka? Kto to robi, ja się pytam?! Śliwowica, cytrynówka, orzechówka to jeszcze normalne - chyba - trunki, ale żeby wytwarzać arbuzowy alkohol? Kurde, za niedługo to już te smaki będą lecieć jak w tymbarku, czy innych koncernach i tylko patrzeć, kiedy w sklepie postawią kaktusówkę, granatówkę albo eukaliptusówkę. No ale nic, nie będziemy przecież picia marnować. 
Po wypiciu na początek jakichś trzech kolejek udaliśmy się po - żeby uniknąć kolejnych ocenzurowań - wyroby mogące kojarzyć się z nazwiskiem jednego z polskich bramkarzy, które po odpaleniu wprowadzają do człowieczego organizmu siwą substancję. Ja ich nie używam, żeby nie było. W życiu może dwa, trzy razy pociągnąłem, jakoś mi to nie podchodzi. Z resztą u nas też tylko symbolicznie - dwie osoby ledwo coś odpaliły. Taak, tylko że najpierw musieliśmy te wyroby dostać... 
Sklepy już były zamknięte, wskazówki mówiły, że jest gdzieś przed dziesiątą. Poszliśmy więc w sprawdzone miejsce, gdzie ów wyroby są droższe, ale miejsce to jest - prawie -  wiecznie otwarte. Tym razem mieliśmy kurna pecha... No nic, sprawdziliśmy kolejną knajpę. A, tam to była impreza. Grupka gorących imprezowiczów złożona z ludzi których status społeczny w rankingach naszego miasta oscyluje wokół " dzień dobry ci mogę powiedzieć, ale to nie znaczy że nie żywię do twojej żałosnej osoby pogardy" ( niektórzy to już z urodzenia za nazwisko nie mają lekko ) ostro brylowała na parkiecie. Chociaż nie, było też sporo osób o statusie wyższym niż u innych person. Co by jednak nie mówić, balet wspaniały. Jeden z tych od niższego statusu społecznego ( Ja tam nigdy do nich nic nie miałem, tak po prawdzie. To zawsze weseli ludzie są. ) miał nawet szykowny garniak na sobie i witał się ze mną jak ze starym przyjacielem. Miłe. Pożądany towar otrzymaliśmy i czym prędzej udaliśmy z powrotem do naszej kanciapy. Ach, nie, moment. Zdążyliśmy wstąpić jeszcze po pizzę. Dzięki błyskotliwemu poprowadzeniu rozmowy otrzymaliśmy nawet jedną gratis, ty. 
Po przyjściu do kanciapy znowu wychyliliśmy parę kolejek i... No, co niektórym zaczęło z leksza walić na łeb. Nie wiem, kto tam przyniósł tabakę - i to trzy paczki - ale fakt faktem, że nie był to pomysł z gatunku tych najlepszych. Tabaka niby nic. Chyba że wyskakujesz kozacko z tekstem " Dawaj to!" ( Jakie to typowe dla Polski ) i wysypujesz na talerz całą paczkę z przekonaniem, iż uda ci się wszystko na raz wciągnąć. Przyznaję, że nie zachowałem się jak przystało na przykładnego obywatela i zamiast odwodzić od szalonego pomysłu gorąco gościa dopingowałem. Nawet fajny filmik z tego powstał. Ale kurde, nie dał rady chłopak. Z czterech kresek wciągnął dwie i padł na kanapę z załzawionymi oczami. Niby fajnie, że ostatecznie nic mu się nie stało, ale niedosyt pozostał. Do dwunastej było już w miarę normalnie. Kolejne kolejki, potłuczona szklanka, chóralne zaśpiewy "O,o,o, o o,o,o,o" w rytm imprezowych hitów dudniących w głośnikach. Ale o dwunastej...
Cała bandą wyskoczyliśmy z kanciapy jak dziki z dziczy z normalnie. Pobiegliśmy prosto w stronę centrum miasteczka, gdzie odpaliliśmy całkiem pokaźną wyrzutnię rakiet i poskładaliśmy ludziom życzenia. Co tam poskładaliśmy... Naszła mnie myśl w tamtym momencie, że jednak wszyscy ludzie są moimi braćmi. To i też zrobiłem rundę po rynku i przytulałem każdego, kogo tylko spotkałem, składając mu życzenia. Kit, że połowy ludzi nie znałem. Gest się liczył! Spotkałem też rzecz jasna mnóstwo znajomych gęb. Jedna kumpela to mi nawet dobrotliwie pożyczyła, cytuję ( albo prawie cytuję ): "Żebyś nauczył się jeszcze lepiej grać na gitarze i nagrał płytę w końcu ". Phi! Przecież ja już dobrze gram, "Wlazł kotek na płotek" to tappingiem jadę ( dobra, może lekko się zapędziłem ). A, i jeszcze jedną ciekawą "kumpelę" spotkałem. Pamiętacie jeden z postów o letnim basenie, gdzie opisywałem pewne dziewczyny? No, to była jedn z nich, o ile się nie mylę. Nie wiem, czy wciąż żywi do mnie uraz po tamtym tekście czy też była mocno nachlana, fakt faktem że skomentowała moją osobę - bądź też rzuciła w mą stronę niekoniecznie miłe słowo. Nie odparłem, bo i po co. Choć może nawet nie wiedziała, że to ja? Nie wyglądała na taką, która wie co się w okół niej dzieje...
Chwilę później zeszliśmy z rynku i kontynuowaliśmy rajd po miasteczku. Kurde, w życiu nie wypiłem tylu bruderszaftów i innych.... szaftów. Co krok kogoś spotykałem, kto zawsze miał szampana i mówił "Pij!", nie chcąc usłyszeć z mych ust odmowy. Ach, no i jeszcze trza by wspomnieć o pewnej koleżance, co by się nie obraziła. Akurat przebywała na sylwka w tym mieście, to i zadzwoniła co słychać. Nie wiem, czy zabierze stąd dobre wspomnienia, zważywszy na to iż dostała potężną petardą pod nogi i musiała rozmawiać z moim nie do końca ogarniętym w tamtym momencie umysłem. Ale odprowadziłem ją szarmancko, pełna kulturka. 
Gdzieś przed pierwszą znaleźliśmy się znowu w naszej kanciapie, tym razem zasileni obecnością dwóch uroczych dziewcząt. Nie pamiętam do końca, kto je tam zaprosił i jak się tam znalazły ( chyba ktoś po prostu do nich napisał ), ale chciałbym temu komuś z tego miejsca serdecznie pogratulować świetnego pomysłu. Chociaż jedna z nich to była siostra obecnego z nami imprezowicza, więc to tak raczej rodzinnie przyszło, że tak powiem. Dziewczyny wypiły z nami niewielką ilość szampana ( kolejne mało pijące - plus dla nich ), zjadły pizzę ( której, kurna, trzy kartony jeszcze zostały! ) i ogólnie fajnie się pobawiły. Jedna z nich stwierdziła, że bardzo jej się podobał ubiegłoroczny post... Nie mogłem więc dziewczyny zawieść i dlatego tłukę teraz w tą klawiaturę, no. Niepokoił mnie tylko stan jednego kolesia. Odkąd wróciliśmy przed pierwszą do kanciapy nie odzywał się, tylko patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Nikt nie wie, w którym momencie stracił się z imprezy ani jak tego dokonał. Gdy to sobie uświadomiliśmy, w pierwszym momencie przyszło nam nawet na myśl że leży w stawie. Ale na szczęście tam nie egzystował... Odezwał się rano. Stwierdził, że to najlepszy sylwester na jakim był. 
Koło trzeciej impreza zaczęła się zwijać... Odprowadziliśmy kulturalnie dziewczynki do domów, siebie też poodprowadzaliśmy nawzajem. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze lekką wjebkę na jakieś party. I na koniec z jednym kumplem przeprowadziliśmy czterdziesto minutową rozmowę o wszystkich naszych życiowych miłościach... I szlag jasny trafiły dobry humorek. 
Pocieszyła mnie tylko późniejsza wypowiedź jednego z kumpli, tego od tabaki. Opowiadał, że jak wrócił po imprezie i walnął się na swoje łóżko, to zdawało mu się żeśmy poszli z wszystkimi za nim i przenieśli party do jego pokoju. Podobno nawet mnie tam widział, choć w tamtym momencie byłem na drugim końcu miasta. Kurde, zaczynam zazdrościć, że sam se nie pociągnąłem tej tabaki... 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Sylwester, ludzie, sylwester!

Siemanko ludziska! W ten - jak zawsze z resztą - wyjątkowy ( obojętnie z jakiej strony by na to nie spojrzeć) okres nie mogło się rzecz jasna obejść bez naskrobania paru słów. Wybaczcie, że dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale... Chociaż nie. Głupio mi składać życzenia świąteczne tydzień po. Wiedzcie jednak wszyscy drodzy blogowicze iż o was pamiętałem i mentalnie składałem życzenia, których nie powstydziłby się sam K.K. Baczyński. 
Nie za późno jest jednak - a wręcz idealnie - na życzenia noworoczne. I znowu roku kolejnego nam przybyło... Roku, który na tym blogu, powiedzmy sobie szczerze, mógł być dużo bardziej obfitszy, gdybym więcej pisał. Ba, była nawet szansa na wyniesienie go z kulturowego undergroundu i osadzenie w rankingach popularności co najmniej obok tagów: "prawie największa niedoszła gwiazda blogowa roku" i podniesienie statystyk o co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Gdybym tylko więcej pisał, cholera. Ale nie ma tego złego... Na nowy rok postanawiam więcej pisać. Tym razem już naprawdę. Tylko czy mi się uda...? Będę musiał znaleźć wolne chwile pomiędzy pisaniem powieści (sic!), kolejnych opowiadań i przygotowaniami do matury. A jak zima przyjdzie, to i pewnie będzie trzeba odśnieżać. Sami widzicie, jak tu znaleźć czas na bloga? Ale damy radę ( przynajmniej się postaramy ). Tymczasem składam wszystkim najlepsze noworoczne życzenia! Ogólnie te same schematy: Radości z życia, miłości, itp., itd. Nie nudzi was rok rocznie słyszeć to samo? Mnie tak. A więc najlepsze chyba słowa na nowy rok będą takie: Żeby ten nowy rok był kompletnie inny od poprzedniego, obfitował w moc nowych i ciekawych doświadczeń, znajomości, przeżyć. A za rok - żebyście usłyszeli inne niż zazwyczaj życzenia! :) 

Ah tak, wiem... Sylwestrowa impreza. Ano, coś planujemy. Generalnie jest spontan - a spontany są najlepsze przecież - tylko nie ma pewności, czy będzie tak zakręcony jak ten w zeszłym roku. W zasadzie jest lepsza miejscówa, nawet dużo lepsza bo odseparowana od centrum miejscowości, tylko ludzi brak. Na razie co najwyżej kilku. Chciałbym zacząć nowy rok z kolejnym wystrzałowo - oskarżycielskim postem, nie jestem tylko pewien czy będzie co opisać. Ale spontany mają to do siebie, że zawsze jest co opisywać. Jeśli jednak jest ktoś, kto jeszcze nie ma skonkretyzowanych planów na tę jakże bombową noc to zapraszamy serdecznie. Piszcie na mojego mejla, na fanpage na fejsie albo też - kto ma - na mojego fejsa. Nieważne, czy jesteś chcącym napić się kolesiem, czy gorącą laską pragnącą niezapomnianej imprezy ( oferty tych drugich rozpatrujemy rzecz jasna dużo uważniej :) ). Ale uprzedzam - liczba miejsce ograniczona. I przyjmujemy zgłoszenia tylko od osób, których obecność nie zrobi nam wiochy, że tak powiem. Nie wpuszczamy meneli, znaczy się. A poza tym to wszyscy!

                                                                                                                      Z najlepszymi życzeniami!