niedziela, 19 maja 2013

BelleCo: Live in Szymiszów

Ogólnie trza zacząć od tego, że cały weekend miałem zły humor. Nie wiem, czym to właściwie było spowodowane ( poprawka - chyba wiem, ale uważam, że mężczyzna przez takie rzeczy nie powinien się załamywać i zachować... jak mężczyzna ). Wiecie, jak to jest - łapie czasami człowieka taki dół psychiczny i nie ma bata, trzeba czekać aż przejdzie. Dlatego też raczej mało się odzywałem, woląc nie wchodzić nikomu w drogę ( wyjątkiem była genialna gra w kosza z kumplem w strugach deszczu - ale to zdecydowanie materiał na osobną historię ).
Tak samo było i dzisiaj. Wstałem rano naburmuszony, rzucając tylko rodzicom krótkie " cześć " i czym prędzej wycofując się ze śniadaniem do pokoju. W kościele - co tu kryć - ksiądz męczył niemiłosiernie, przedłużając kazanie i w ogóle całą mszę. Jedynie obiad może trochę poprawił mi humor, bo dobry był nawet.
Zważywszy więc na mój stan emocjonalno - psychiczno - uczuciowy, wzięcie udziału w dzisiejszym wydarzeniu mogło nie wydać się za najlepszym pomysłem. Jakim wydarzeniu, zapytacie. Ano, jeśli ktoś jeszcze nie rozpracował tytułu, to oświadczam, że jakieś dwie godziny temu zagrałem z moim zespołem BelleCo koncert na festiwalu piosenki wartościowej w Szymiszowie ( taka wiocha w mało znanym powiecie ). Miałem dzisiaj nieodparte wrażenie, że wszystko pójdzie nie tak... Po prostu cholerka przekonany byłem że skądś przyjdzie katastrofa. To chyba normalne, jeśli chodzi o załamanie psychiczne? W każdym razie, po przyjeździe na festyn ( czy też festiwal ) i rzuceniu do dziewczyn "cześć" zamilkłem prawie na resztę dnia. Dobra, coś tam bąkałem, ale zdawkowo. Serio, nie lubię gdy mi się zdarzają takie stany ( dobrze, że rzadko ). Siedzę, nie odzywam się i zadręczam kompletnie bezsensownymi problemami. No ale dobra, koniec tej durnej gadki, bo zaraz z tego wyjdzie spowiedź niedoszłego samobójcy.
 Festiwal rozpoczął się około godziny trzeciej, kiedy to na scenę wyskoczył gość specjalny czyli raper Bęsiu. Ja zawsze powtarzałem że nawet jako fan rocka i metalu nic do hip - hopu nie mam ( niektóre numery nawet lubię, choć głównie czarne rapsy ), ale wyjeżdżanie z taką muzyką we wsi zamieszkiwanej przez kilkuset mieszkańców nie było chyba za najlepszym pomysłem. Skrzętnie podkreślił to też zaproszony na imprezę burmistrz, który stwierdził że hip - hop to muzyka młodzieży. Być może. Co by jednak nie mówić ten cały Bęsiu dał całkiem niezły popis, jak na polski rap. 
Konkurs festiwalowy ( bo to był konkurs ) zaczął się około szesnastej. Najpierw na scenie prezentowały się dzieci młodsze, z przedszkoli i podstawówek. Chętnie bym napisał, że pojawili się wśród nich jacyś mali artyści, którzy w cudowny sposób porwali tłum i zaszaleli na scenie, bo post byłby ciekawszy, ale festiwal raczej już swoja tematyką przekreślał rzeczy typu pogo czy jakichś innych form ekspresyjnego wyrażenia emocji związanych z występami ( tak, też mi się wydaje że to zdanie jest za długie ). Niemniej jednak dzieciaki ( było kilka zespołów i solistów ) zaprezentowały się całkiem fajnie. Dobrze, że od małego uczą ich obcowania z muzyką. 
Później, gdzieś koło siedemnastej, zaczął się konkurs w kategorii młodzieży gimnazjalnej i starszej ( do 99 lat; Nasz basista odetchnął z ulgą, że jeszcze zdołał się zmieścić < ja tego nie powiedziałem > ), w której to zapisany był i nasz zespół. Występów przed nami nie słyszeliśmy, może tylko jeden zespół. Lepiej było nie słuchać konkurencji, jeszcze byśmy se pomyśleli że są lepsi od nas ( wierutna bzdura oczywiście ) i paraliż murowany. 
Weszliśmy na scenę gdzieś koło szóstej, jak się nie mylę. Perkusję rozstawiliśmy wcześniej, żeby nie przedłużać. Wystarczyło się tylko nastroić i jazda... Wiecie, pomyślałem sobie w tamtym momencie, że mój zły humor nie może zadziałać na szkodę kapeli. Prawdopodobnie poleciały by nam punkty za wrażenia artystyczne, gdyby ujrzeli perkusistę z nieogarniętą miną na twarzy, wyglądającego jakby zmuszano go łopatą, żeby im nawalał w te kociołki. Trzeba było więc przemienić się w sceniczne zwierzę... Dobra, może lekko przesadziłem, ale coś trzeba było zrobić.
Z racji tego, iż w pierwszym utworze na początku nie grałem, miałem wolne ręce. Nie musiałem więc zbytnio się wysilać i wymyślać jakiś skomplikowanych rzeczy do rozruszania tłumu, wystarczyło po prostu zaklaskać do rytmu i pokazywać, żeby robili to wszyscy. Banalne, no nie? Ale pewne schematy zawsze działają. Ludziom się podobało, chętnie podążyli za moim przykładem. Generalnie rzecz biorąc, cały utworek wyszedł nieźle, choć dziewczyny narzekały że w pewnym miejscach śpiewały nieczysto. Szczerze, jeśli w każdym zespole na tym festiwalu śpiewali by tak nieczysto, to mielibyśmy o wiele mocniejszą konkurencję, moim skromnym zdaniem. Drugi utwór ( każdy zespół miał do zagrania dwa ) wyszedł jeszcze lepiej. Najpierw oczywiście cudna melodyjka wydobyta z cudnego instrumentu naszej cudnej skrzypaczki, a potem wchodzimy wszyscy i też gramy cudnie ( Cudnie, nie? ). W tym numerze również mogłem sobie poklaskać, bo w środku numeru przyszło mi nabijać stopą pod wokal dziewczyn. Publiczność rozentuzjazmowana poprzednim razem także i teraz włączyła się do zabawy. Miło było.
Schodząc ze sceny, dziewczyny - jak to dziewczyny - narzekały na swój wykon i w ogóle. Ja, przemieniwszy się na powrót w zwykłego autora dziwnego bloga byłem raczej cicho. To, że się występ udał, nie znaczy że mi dół przeszedł. Przeszedł ( no, prawie ) dopiero za jakieś kilkadziesiąt minut...
Emocje sięgają zenitu. Na scenę wychodzą jurorzy, ogłaszając po kolei wyniki. Matko jedyna, co to będzie?! Przegramy! Na pewno, cholera jasna, inni byli lepsi... Kurde, nawet te przedszkolaki miały lepsze występy... Uciekajmy, to będzie wstyd i hańba... W końcu przyszedł czas na naszą kategorię. Szóste miejsce. Piąte. Czwarte. Trzecie. Drugie. Wciąż nas nie ma. W końcu nadchodzi... Pierwsze miejsce!!!!!!! Nie, kurde. Jednak nie my. W obozie BelleCo zapanowały smutne nastroje. Hektolitry wylanych potów na intensywnych próbach poszły w błoto... Moment. Pojawia się iskierka nadziei! Główna jurorka ogłasza, że nie przyznano jeszcze grand prix festiwalu ( po prostu głównej nagrody )... I... Może my... A może nie... tu dum.... tu dum... tu dum... ( to imituje bicie serca, jakby ktoś się zastanawiał ). Nagle, gdzieś jakby z oddali dochodzi głos jurorki: "Grand prix festiwalu otrzymuje... BelleCo!!!" Aaaaaaaa! Tylko tyle udało mi się rozróżnić wśród głosów euforii, które wydobyły się z naszych gardeł. Wygraliśmy! Kurde, a jednak się opłaciło! 
Dumnie wkroczyliśmy na scenę, wciąż ciesząc się jak dzieci. Prowadząca festiwal nazwała nas "ulubieńcami publiczności" ( i chyba miała trochę racji, patrząc po ludziach )! Organizatorzy szczerze nam gratulowali. Nie wiem w sumie, jak to opisać, żeby było jakoś składnie i ładnie. No, po prostu... Wygraliśmy! Dzięki brawurowemu występowi zapewniliśmy sobie występ za rok jako gwiazda, mając do dyspozycji czterdzieści pięć minut, jak dobrze usłyszałem. Kminicie to? Pierwszy poważny występ ( mój przynajmniej ), a tu od razu ktoś robi z ciebie gwiazdę. Taką grę w zespole to ja rozumiem! 
Humorek mi się więc poprawił. Chętnie bym tam sobie jeszcze pograł... No, ale trza było wracać. Dobrze, że chociaż na koniec jakoś fajnie się pożegnałem z resztą, a nie rzuciłem kolejne "cześć...". Zwiastun dobrego humoru, który przy pisaniu tych słów jeszcze się powiększył ( co chyba widać? :p ). Niezły prognostyk, zważywszy na to że jutro poniedziałek i dobry humor będzie mi niezbędny...

P.S. Załamanie psychiczno - emocjonalno - uczuciowe ma też swoje plusy. Po intensywnych rozmyślaniach, które prowadziłem w mojej głowie gdy byłem cicho, ukształtowałem sobie pomysł na kolejną część " Dlaczego dziewczyny lecą na metalowców? Kilka słów o miłości także ", a więc największego jak dotąd hitu tego bloga ( W liczbie wejść przewyższa drugie miejsc <sylwester> o jakieś dziewięćset odsłon ). Wypatrujcie jej więc, bo może znowu będzie nastrojowo, refleksyjnie... i z serca, tak po prostu :)

czwartek, 9 maja 2013

Dni Krapkowic: Oberschlesien, RMC i... pogo!

No więc rzecz o której zaraz tu się rozpiszę wydarzyła się w ubiegłą sobotę. Takie kolejne party z cyklu " Chlej, szalej, liż a jak przyjadą gliny to spierdzielaj w krzaki " ( nazwa zastrzeżona dla imprez z moim udziałem ). Jak to zwykle w przypadku tego typu masowych spędów dzikiej ludności bywa...

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze są spontany. Gdy coś próbujesz planować z wyprzedzeniem, to zazwyczaj ci nie wychodzi. Tak więc i ja, trzymając się tej prawdy zadziałem w tę sobotę cokolwiek spontanicznie. Dwadzieścia kilometrów od mojej miejscowości odbywały się dni pewnego miasta ( no, powiedzmy że to miasto, może jakieś 20 - 30 tys mieszkańców ). Nie tak znowu blisko, a na tamtą chwilę jedyny sensowny środek transportu jaki miałem to rower. Wpierw se pomyślałem, że pewnie znowu zabawa będzie, ewentualnie zagrają jakieś okoliczne hejmat - star i emerytowane skowronki. Nie doceniłem jednak organizatorów... Otóż, wchodząc około godziny szesnastej na neta skiminiłem, że za trzy i pół godziny ma tam wystąpić Oberschlesien! Tak, to ci sami którzy zajęli drugie miejsce w Must be the music. No nie, takiej okazji - takie dni miasta są oczywiście darmowe ( nie wliczając np. jedzenia, ale o tym później ) - nie można było przepuścić. Szybkie wydarzenie na fb, żeby tylko powiedzieć paru osobom coby potem nie pluły se w brodę i zacząłem skminiać ekipę. Całe szczęście, że ta moja dziura nosi w sobie jeszcze znamiona miasta i nie tylko wsioki ją zaludniają. Na takie imprezy zawsze się ludzie znajdą. Z początku wyszło łącznie pięć osób, po redukcji wynikającej z "jednak mi się nie chce" zostałem tylko ja z kumplem. Nie obraziłbym się za tę większą ekipę, ale należało się cieszyć że ten wyjazd w ogóle doszedł do skutku. Tym bardziej że kumpel wcisnął mamie kit że jedziemy autem, bo stan techniczny jego nazwijmy to roweru był delikatnie mówiąc zły. Dobra, ten rozklekotany grat w ogóle nie powinien być wyciągany z szopki. Brak hamulców, świateł, błotników, rozlatujący się koszyk ( koszyk! ) i jakieś dziwne grube opony, chyba specjalnie robione na zimę na przełomie lat 78/79' z pewnością nie napawały kumpla optymizmem. Mnie, jako jadącego za nim, również. No ale kurde, impreza z taką kapelą za darmo prędko mogła się nie powtórzyć. Szczęście, że miałem w domu chociaż jedno zapasowe przednie światło.
Wiem, wiem. Na pewno rozkminiacie, jak na takiej imprezie poradziliśmy sobie z rowerami. Tu z pomocą przyszła rodzinka - jakieś dziesiąte pokolenie chyba, ale zawsze ich lubiłem  - która mieszka właśnie w tamtym mieście. Mogliśmy więc zostawić u nich rowery i bez skrupułów wparować na koncert. 
Cóż, nie powiem wam niestety set listy, bo, szczerze mówiąc, poza jakimiś pięcioma numerami nie znałem za dobrze repertuaru Ślązaków. Niemniej koncert był bardzo dobry, zarówno od strony technicznej jak i wizualnej. Operatorzy i realizatorzy dźwięku zapewnili im dobre nagłośnienie, a i brzmienie jak na tego typu imprezy było więcej niż przyzwoite. Publika zgromadzona pod sceną - a było tego naprawdę sporo - bawiła się wyśmienicie. Oszczędna, ale mimo wszystko sprawna konferansjerka wokalisty Michała za każdym razem wywoływała burzę oklasków bądź też skandowanie nazwy kapeli ( niżej podpisany również się do tego procederu przyłączał ). Profesjonalna gra muzyków, sceniczny image i zachowanie dały w efekcie bardzo dobry koncert. Miły był moment, gdy jeden z numerów został poświęcony zmarłej matce perkusisty Marcela, a wokalista uniósł w górę pięść na znak szacunku, pociągając za sobą sporą część tłumu. Poza tym mnie osobiście bardzo do gustu przypadł klawiszowiec w nakryciu głowy czołgisty. Nie wiem, ile ma lat, ale na tamtej scenie wyglądał na nie więcej niż szesnaście, siedemnaście i tak samo się zachowywał. Poczułem z nim jakąś taką wewnętrzną więź. 
Ten koncert obszedł się bez większych ekscesów, delektowaliśmy się z kumplem tylko dobrą muzyką. Ekscesy miały dopiero nadejść, bo jakieś czterdzieści minut po Oberschlesien na scenie rozstawiła się inna kapela... Ale o tym za chwilę. 
Wpierw rzec trzeba o gastronomiczno - cenowym skandalu jaki miał miejsce na tym festynie ( i wielu innych, wiem z doświadczenia ). Otóż zgłodnieliśmy z kumplem, więc naturalnie zapragnęliśmy czymś ten głód uciszyć. Miałem ochotę na kiełbasę, taką soczystą z grilla. 5,50 zł za sto gram. Cena i tak astronomiczna, ale da się przeżyć. No więc podchodzę, zamawiam, miła pani pyta z ketchupem czy musztardą ( 1,00 zł drożej ), chlebek czy bułeczka ( kolejny złotek więcej ) i podaje mi cały zestaw. 18 złoty się należy. No myślałem że jej z miejsca w tamtym momencie odwinę... Bo niby ten kawałek, który mi podała, ważył więcej niż sto gram. Na oko nie przekroczył dwustu gram, a więc taka cena to zwykłe złodziejstwo. Doceniam pana który stał za mną w kolejce i chciał się dołożyć, ale przecież nie będę się zgadzał na takie rozboje! Dobrze, że główny "kucharz" zgodził się podmienić kiełbasę i zapłaciłem tylko 8 zł ( teraz, jak tak patrzę, 50 gr za dużo ale już im to podaruję ). Kumpel wybrał hamburgera za taką samą cenę, więc nie musiał się wykłócać. Choć tyle forsy za te świństwo to też uczciwością nie zalatuje. 
Gdy zjedliśmy, na scenę właśnie wkroczyła ( po rozstawianiu i strojeniu rzecz jasna ) kolejna kapela, czeski RMC. Grupa mało znana, nawet w necie, ale to dlatego że zajmują się tylko i wyłącznie graniem coverów Rammsteina. Tak więc nie trzeba było ich repertuaru znać. Zagraliśmy jeszcze z kumplem dwie partyjki tego hokeja z krążkami czy jak to nazwać ( które, no cóż, przegrałem ) i ruszyliśmy pod scenę. 
Brzmienie chłopaki zza naszej wschodniej ( czy też południowo - wschodniej ) granicy mieli trochę gorsze niż Oberschlesien, ale nagłośnienie podobne. Za to ich lider... Co tu dużo mówić, bił Michała na głowę. W ogóle cała kapela poubierana była w lateksowe chyba stroje z krzyżami, co mogło się kojarzyć z pewnym popularnym średniowiecznym zakonem, nad którym zwycięstwem tak się nasza Polska szczyci. Frontman na początku wparował w sutannie, wśród oparów rozlewających się na scenę z boków. Nie pamiętam dokładnie, co to był za kawałek, ale chyba jakiś z energetycznym feelingiem ( w sumie jak większość numerów Rammstein ). W tej sutannie pozostał prze bodajże dwa albo trzy numery, a potem ją ściągnął. Odezwał się do ludu ( który, o dziwo, zebrał się chyba liczniej niż na Oberschlesien ) po niemiecku, angielsku i chyba hiszpańsku, czym zyskał sobie mój szacunek. Ludu chyba też. Jeszcze większy szacunek na pewno przyniosła mu próba upodobnienia się do średniowiecznych ascetów. Napierdzielał w siebie pejczem, krótko mówiąc. Bardzo efektowne. 
Z racji jednak tego, że w naszym sektorze dla publiki mało się działo ( nie wiem w ogóle, po co na otwartym polu robić dwa sektory ) przetransportowaliśmy się z kumplem do drugiego. W tym czasie charyzmatyczny lider Czechów zdążył dorobić sobie sztucznego penisa z grubej sprężyny i udawać, że próbuje coś wylać na gitarzystę, głupkowato się przy tym śmiejąc. Publika też się uśmiała, a jak. Nas jednak zaczęło już interesować coś innego niż zabawy muzyków...
Otóż, w tym drugim sektorze, praktycznie kilka metrów od sceny zebrała się najbardziej rozwrzeszczana gawiedź imprezy. Z racji tego, że przez ostatnie dni padało ziemia zrobiła się bardzo mulista. Idealnie warunki na klasyczne pogo, krótko mówiąc. Owa gawiedź, złożona głównie z młodzieży nie omieszkała oczywiście skrzętnie tego faktu wykorzystać. Doliczyłem się ich bodajże trzynastu, w tym dwie całkiem ładne dziewczyny i kilkadziesiąt osób wokół, które "wpadały" tylko od czasu do czasu. Hmm... Z pewnością nie da się odtworzyć tak spontanicznej reakcji ludności jaka miała miejsce na Woodstocku w sześćdziesiątym dziewiątym, ale to co żeśmy z kumplem zobaczyli było najdzikszym wyrazem wolności, jaki było dane nam oglądać. Bo, jak by nie patrzeć, nigdy na pogo nie byliśmy a tu od razu trafia się takie klasyczne, z błotem. Cholera jasna, nie darowałbym sobie, gdybym przepuścił taką okazję... Gdy na scenie, po podgrzaniu atmosfery przez wokalistę zabrzmiała "America" postanowiłem wbijać, a co mi tam. W tamtym momencie przyszła mi do głowy myśl, że może jednak wrąbywanie się w taką jatkę w jeansach,  kurtce i nowych butach nie jest za najlepszym pomysłem. Nie wiem, czy ta myśl mnie uratowała czy też może na odwrót, fakt faktem jednak że glebłem na ziemię. Dobrze, że tylko na tyłek i jedynie spodnie znalazły się całe w błocie... O butach nie wspomnę, bo ktoś kto pierwszy raz by je wtedy zobaczył na bank stwierdziłby że mają brązowy kolor. Ci na tym pogo mieli dużo bardziej słodko. Całe bluzki, spodnie, twarze, ręce, włosy, no wszystko dosłownie w błocie. Rzucali się w nie, smarowali się nim, świrowali i wariowali jakby miała to być ich ostatnia impreza w życiu. A wiecie co jest najlepsze? Tylko jeden, ten łysy goryl był tam narąbany. Naprawdę! Można się bawić bez szumu we łbie? A no można! 
W tym miejscu chciałbym jeszcze zauważyć jedną rzecz... Mianowicie podobieństwo takiego pogo do dyskoteki. Bluźnierstwo takie coś stwierdzać, powiecie. A mnie się wydaje, że nie do końca... Podobnie jak i na dyskotece, na pogo panuje wielka integracja międzyludzka. Ludzie wariując w błocie, poznawali się, podobnie jak to bywa na dyskotekach podczas tańca. Po drugie, pod sceną było sporo fajnych lasek ( a które w pogo nie brały udziału ), które były podrywane przez kolesi z pogo tak samo jak i w klubie. Z tą tylko różnicą, że wydawały mi się bardziej poukładane i inteligentniejsze. No i samo pogo przypominało taniec na takiej sali techno na dyskotece, tyle tylko że było bardziej szalone i dzikie. 
Tak więc impreza po prostu rozkręcona była na maksa! Ach, no i byłbym zapomniał. Na kilka piosenek przed końcem pod sceną pojawiły się dwie miłe panie koło pięćdziesiątki, które z zapytaniem/okrzykiem: " Młodzieży, co dzisiaj gramy?! " próbowały się wbić na pogo, ale na szczęście przekonali je że to nie jest najlepszy pomysł. Nie przeszkodziło im to jednak w ściągnięciu żakietów, rozpuszczeniu włosów ( w przypadku jednej, ta druga miała krótkie ) i szaleniu jakby miał piętnastkę, a nie pięćdziesiątkę. Też taki chcę być, gdy stuknie mi Abraham... 
Wracałem z kumplem do domy zmęczony, ale szczęśliwy. Mimo iż było gdzieś koło dwunastej, a przed sobą mieliśmy dwadzieścia kilosów drogi. Po takich imprezach to ja szczęśliwy zawsze... Tym bardziej, że po drodze nie natrafiliśmy na policję, która po sprawdzeniu stanu technicznego roweru kumpla na pewno zmyłaby nam te uśmiechy z twarzy...

poniedziałek, 6 maja 2013

Wywiad z Piotrem Brzychcym z Kruka!

Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta! Dla tego tutaj skromnego bloga i jego autora nadeszła wiekopomna chwila! Oto bowiem, udało mi się przeprowadzić kolejny - tym razem już w pełni ( mam taką cichą nadzieję przynajmniej ) profesjonalny - wywiad. Z kim? Matko jedyna, wciąż mi się palce trzęsą, gdy to piszę... Z PIOTREM BRZYCHCYM! Tak, to ten sam gość który nagrał z bardzo popularnym ostatnimi czasy w Polsce zespołem Kruk cztery genialne hard rockowe płyty, w dodatku odpowiadając za większość kompozycji! Kminicie, jaki bajer? Czegoś takiego to tu jeszcze nie było, jak żyję... Leży przede mną jeden z archiwalnych numerów "Metal Hammera", na którego okładce widnieje cała kapela z Piotrkiem ( zwracałem się do niego "pan" rzecz jasna, ale się zbuntował ) na czele a za moment na moim blogu ma się ukazać przeprowadzony z nim wywiad! Przeze mnie! No, odpływam po prostu z niewysłowionej radości... Normalnie prawie jakbym Nirvanę osiągnął... ( Dobra, dobra wiem, poniosło mnie trochę. Ale szał jest! ) Zapraszam więc do lektury wywiadu, z którego dowiecie się m.in. o gitarowych inspiracjach Piotrka i pomysłach na nową płytę.


Metalurg: Czy od dziecka twoim marzeniem była gra w rockowej kapeli?



Piotr: Mógłbym pokusić się o odpowiedź pozytywną, ponieważ wydaje mi się, że faktycznie obok tego podstawowego marzenia jakim było samo granie na gitarze, już we wczesnym dzieciństwie kiełkowało we mnie marzenie grania w zespole rockowym. Na wzór tych największych, AC/DC, Cream, Jimi Hendrix Experience, Status Quo, a z czasem Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath i Rainbow. To było trochę jak grawitacja, która po prostu funkcjonuje i w normalnych warunkach nie jesteś w stanie się od niej uwolnić. Jako nastolatek, rzuciłem gitarę, na której w zasadzie nie potrafiłem jeszcze grać, ale po pewnym czasie chęć do grania powróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Kiedy po raz pierwszy zagrałem z zespołem, przepadłem całkowicie i ten stan trwa niezmiennie do dziś. Pamiętam, że graliśmy wtedy w klasycznym trio, gitara, bas, bębny, a pierwszym utworem był Smoke On The Water. Poczułem siłę współgrających ze sobą instrumentów, magię muzyki, którą można się bawić w czasie rzeczywistym. Poczułem się jak dziecko w najbardziej wypasionej piaskownicy na świecie.



M: Którzy gitarzyści zainspirowali cię do tego, aby sięgnąć po ten właśnie instrument?



P: Pierwszym gitarzystą, który sprawił, że nabrałem ochoty do grania był oczywiście Jimi Hendrix. Choć pamiętam, że w tym samym czasie fascynował mnie także Eric Clapton. Pamiętam jednak, że Hendrix od razu zdecydowanie bardziej mnie porwał. Dzikością grania, szaleństwem na scenie, nieokiełznanym wizerunkiem. To był zdecydowanie największy bohater mojego wczesnego dzieciństwa. Zdeklasował go w pewnym momencie Jimi Page, ale tylko na chwilę, bo gdy w TV zobaczyłem co na scenie wyprawia Ritchie Blackmore z zespołem Rainbow i uświadomiłem sobie, że jest to także gitarzysta Deep Purple, to nie było już odwrotu. Blackmore wyszedł w moim rankingu ulubionych gitarzystów na absolutne przodowanie i tak jest do dziś.



M: Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że muzyka Kruka w dużej mierze inspirowana jest dokonaniami gigantów z Deep Purple. W jak wielkim stopniu ten zespół miał wpływ na twą muzyczną drogę?



P: Miał ogromny wpływ i to nie tylko na muzyczną stronę mojego życia. Miłość do tych wszystkich zespołów, z Deep Purple na czele stała się w pewnym momencie sposobem na życie, najlepszą karmą, może nawet i w jakimś sensie religią. Wymieniam w pierwszym pytaniu kilka nazw ulubionych zespołów, jednak nie ma wątpliwości, że to magia purpury podziałała na moją muzyczną ścieżkę najbardziej. Kruk jest w pewnym sensie zniewolony tą inspiracją i choć bardzo często próbuję się od niej oderwać to i tak ten najważniejszy pierwiastek pozostaje niezmienny. Teraz, kiedy mam już pełna świadomość, pełny obraz tego wszystkiego, wiem, że to co dzieje się mojej głowie i w moim sercu w kontekście tych inspiracji i jednoczesnej chęci uwolnienia się od nich, ma korzystny wpływ na muzykę, którą tworzę.





M: Kruk, po wydaniu ostatnich dwóch świetnych płyt i sporej liczbie koncertów urósł do miana jednego z najbardziej znaczących zespołów na polskiej scenie rockowej. Odczuwasz z tego tytułu jakąś presję? Bycie gitarzystą takiego zespołu to chyba spora odpowiedzialność?



P: Nie odczuwam żadnej presji gdyż robię to co kocham i nawet niezwykle odważne eksperymenty jak gościnny udział Piotra Kupichy na płycie It Will Not Come Back, albo single z nowej płyty – Gdyby Upadł Świat i Jestem Bogiem, bądź współpraca z producentem, który na co dzień para się muzyką pop, nie mają wpływu na rockową naturę twórczości Kruka. Nasi fani, którzy są przecież przede wszystkim fanami światowej muzyki rockowej, mają w sobie dużo elastyczności i choć mówi się, że w Polsce nie ma tolerancji w tym względzie, to na tym naszym muzycznym podwórku wszystkich chwyty są dozwolone, oczywiście jeśli poruszamy się w ramach rockowej przyzwoitości. Prawdziwa odpowiedzialność to bycie liderem tego zespołu, to bycie rozsądnym i trzeźwo myślącym współpracownikiem, to bycie kumplem w zespole. To są najwyżej ustawione poprzeczki, bo czasem ludziom ze sobą po drodze, a czasem absolutnie nie i nagle okazuje się, że cierpi na tym zespół, a pośrednio może także ucierpieć muzyka. Dlatego robię wszystko co w mojej mocy aby w ekipie panował spokój, ale i pełna świadomość tego na jakich zasadach to wszystko funkcjonuje będąc jednocześnie stróżem muzyki, bo ta jest mimo wszystko najważniejsza.





M: Życie gwiazdy rocka większości osób kojarzy się z imprezami, zabawą, gorącymi panienkami...  Czy tak jest w istocie?



P: W pewnym sensie tak jest. Im więcej gramy tym więcej imprezujemy, im większe sukcesy osiągamy tym chętniej nas zapraszają tu i tam, a to wiąże się także z pewnym stylem życia. Mamy jednak proste podziały w zespole. Perkusista zajmuje się alkoholem, realizator zajmuje się panienkami, basista później pociesza rozżalone panienki po realizatorze, a klawiszowiec ma w sobie siłę spokoju, która później sprowadza nas na właściwą drogę. Acha, nie napisałem o sobie.. więc gitarzysta zajmuje się muzyką ;).



M: Masz już gotowe jakieś numery na nową płytę?



P: Pomysłów jest cała masa, ale to wciąż proces, który jest w fazie krystalizowania. Mam dwa, może trzy utwory, które już są w 90% gotowe, ale jestem gotów je wywalić jeśli moje zmysły mi to podpowiedzą. Działamy w Kruku bardzo spontanicznie i jak sądzę w ten sposób podejdziemy do następnej płyty. Wydaje mi się jednak, że już na tym etapie mogę powiedzieć, że będzie wielce różnorodna, że będzie przesycona różnymi klimatami. Nie będzie tylko riffów gitarowych grających unisono z Hammondami. Będzie sporo klimatu i energii wynikającej z aranżu. Czuję, że podstawą tej płyty musi być klimat, jakaś taka opowieść, która porwie słuchacza w odległe krainy, w których będzie mógł poczuć wolność i zdystansować się do otaczającego świata, do często szarej rzeczywistości. Oczywiście, to tylko i wyłącznie spekulacje, które coraz częściej wypełniają moje myśli.



M: Jak wygląda taki proces kompozytorski? Wolisz pisać w domu, na spokojnie, czy może - jak to również czyni wiele kapel - podczas trasy?



P: Piszę tylko wtedy gdy mam natchnienie, gdy czuję, że muszę to zrobić. Dlatego zdarza się pisać w domu, ale także zdarza się pisać w kiblu pociągowym na trasie Katowice – Warszawa. Czasem jadę na rowerze i nagle coś mnie olśni, to jest jak piorun z nieba, wtedy szybko na dyktafon notuję pomysł, a później intensywnie nad nim pracuję już w domu. Nie ma reguł, nie ma recepty. Wszystko dzieje się spontanicznie, jednak nie pozwoliłbym sobie na nagrywanie jam session w studiu i łuskanie z tego muzyki. Muzyka, w tym fundamentalnym odcinku musi być dopracowana i przemyślana. Później, praca w studiu, nad aranżem, czy nad smaczkami różnej maści to już inna bajka, tam można się bawić, ale korzeń musi być zdrowy i silny.



M: Na koniec powiedz jeszcze, gdzie w najbliższym czasie będzie można zobaczyć Kruka na koncertach.



P: Najlepiej sprawdzać to na stronie kruk.art.pl. Dostajemy sporo zapytań, ale nie chcemy grać wszędzie. Dlatego najlepiej sukcesywnie to sprawdzać. Latem zagram kilka dużych i ważnych koncertów, ale nie zostały jeszcze oficjalnie ogłoszone dlatego i ja wstrzymam się od dyskusji na ten temat. Koło koncertowe na rynku muzyki rockowej w tym kraju toczy się trochę jak koło fortuny, więc my zawsze czekamy na te najlepsze warunki. Najbliższy koncert 18 maja w Dąbrowie Górniczej, w naszym mieście. Tam rozwijaliśmy skrzydła, tam wydarzyło się wiele historyjek związanych z Krukiem, więc liczę na to, że koncert będzie wyjątkowy.

Na koniec przedstawiam jeden z utworów Kruka i zdjęcie kapeli, dla tych którzy jeszcze nie skumali, z kim tak naprawdę jest ten wywiad :)
                                 
       
                 Piotr Brzychcy - pierwszy z prawej :)

P.S. Wokalista Tomasz Wiśniewski ( po lewej od Piotra ) rozstał się z zespołem, który aktualnie poszukuje nowego członka na to miejsce. Próbki swoich umiejętności możecie wysyłać na mejla: krukvoice@gmail.com

piątek, 3 maja 2013

R.I.P Jeff Hanneman

Do kogo jeszcze nie dotarła ta tragiczna wiadomość - niech czyta i płacze. Jeff Hanneman, gitarzystej legendarnej grupy Slayer odszedł z tego świata dziś w nocy. Nie będę się rozpisywał o jego biografii, dokonaniach, bo takowe powinny być znane każdemu, kto zagląda na tę stronkę. Jedno jest pewne: Tak jak po śmierci Ronniego Jamesa Dio w 2010, tak i teraz dla metalu kończy się pewna epoka...
Niech spoczywa w pokoju. Ja osobiście pomodlę się za niego. [*]





wtorek, 30 kwietnia 2013

Zmiany, zmiany, zmiany...

Postanowiłem sobie, przed kolejnym tekstem, dokonać na blogu pewnych zmian w stylu... Nic lepiej nie odda idei tej stronki, jak zdjęcie tłumu na woodstocku w tle. Poza tym czerwona czcionka mogła być trochę zbyt ostra, jak dla mnie :) Oczywiście nie wszystko jest jeszcze wykończone, parę rzeczy muszę pousuwać i pozmieniać, ogólnie rzecz biorąc jednak całość będzie się prezentowała w taki sposób, jak widzicie :D

środa, 17 kwietnia 2013

Pierwsze poważne recenzje

Tak, ludziska... Wraz ze wzrostem zainteresowania moimi wypocinami przyszły pierwsze recenzje, i to od razu z wyższej półki. Ale, jak to z resztą słusznie zostało wyrażone w komentarzu poniżej, najpierw powinienem zapytać o zgodę na publikację tych opinii. Żeby nie było więc niepotrzebnych problemów, to usuwam. Wiedzcie jednak, że są, i to całkiem miłe ;)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiocha

Szczerze muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony tak szerokim zainteresowaniem moją publikacją... Nie jest to co prawda jakaś ogromna liczba pobrań, niemniej jednak uważam że jest aż nadspodziewanie duża. Nie mówiąc już o szokujących wręcz wiadomościach, które otrzymuję od ludzi związanych z pisaniem... Tak więc totalnie nakręcony, zachwycony i podpalony w jednym przystępuję do nowego posta. Poza tym, moje pierwsze pełnoprawne opowiadanie ( takie dłuższe ) ukaże się jeszcze dziś wieczorem, również na www.wydaje.pl Dodatkowo, kto kojarzy gazetę "Strzelec Opolski", niech jutro kupuje - będzie ze mną wywiad, ha ha !

No więc generalnie rzecz ujmując nie jest dobrze. Wybrałem na dzisiejszy tekst temat traktujący o polskiej wiejskiej młodzieżowej społeczności, ponieważ wpienia mnie to na maksa. Co takiego, zapytacie... Cóż.
Jakoś chyba w zeszły czwartek wracałem sobie do domu ze szkoły autobusem. Siedziałem z tyłu, wraz z jednym kumplem i kumpelą. Wiadomo, wszystko pięknie ładnie, śmichy - chichy, w ogóle nic nie znaczące uwagi względem koleżanki ( sarkazm ) i tak dalej. Normalnie można by powiedzieć że taki powrót do domu w gronie friends to miły jest. Owszem, jest. Zawsze jednak musi być coś, co ten miły stan musi spieprzyć... Tak po trochu, w tym wypadku.
Otóż powiedziałem tej kumpeli, że może w najbliższym czasie wybiorę się z kolegą na dysk, do klubu, gdzie zjeżdża się spora część okolicy. Jaką uzyskałem odpowiedzieć? " Wiochę będziecie robić ". No nie... Tak bezczelnego, chamskiego, podłego i kompletnie nietaktownego stwierdzenia się nie spodziewałem. Pomyślmy logicznie. Klub, który znajduje się we wsi. W promieniu kilkunastu kilometrów też żadnych widoków na jakieś większe miasto. Jaki jest z tego wniosek? 90 procent ludzi bawiących się w tym klubie, także moja kumpela, będzie ze wsi. I ona mówi do mnie żebym wiochy nie robił?! Ludzie, trzymajcie mnie! 

Dobra, ale pomińmy już to stwierdzenie. Uznajmy, że chciała się ze mną podroczyć czy coś, choć wiem że wcale tak nie było, bo powiedziała to z wyraźnym wyrzutem. Zastanówmy się nad jej ( jak i prawie wszystkich młodych ze wsi ) mentalnością i sposobem postrzegania muzyki oraz tzw. imprez, przecież oto głównie w klubach chodzi. Ona jara się, że może się bansować na parkiecie, wywijać tyłkiem, machać bez żadnego konkretnego celu rękami i jeszcze uznaje to za szczyt kultury wysokiej. Mało tego, sądzi, że tylko i wyłącznie jeżdżąc na dyskoteki może zyskać w młodzieżowym społeczeństwie należny jej status przebojowej i wesołej babki. Jeździsz na dysk, jesteś cool. No sami widzicie, jak to bezsensownie wygląda.
 To może teraz trochę o samej muzyce... Znowu. Ja naprawdę nie zabraniam nikomu słuchania house, electro, ambient, trance, breakbeat czy innych gatunków muzy klubowej ( Znając życie nawet nie wiedzą, że to, czego słuchają, nosi takie nazwy ), bo nic do niej nie mam. Przykładowo Swedish House Mafię zawsze uważałem za niezły twór ( Wiadomo, Szwecja; tam każdy gatunek muzy mają dobry ), nawet jak na moje antyklubowe ucho. Wkur...za mnie jednak, jeśli ktoś ( tak, cały czas mówimy o tych wsiokach ) zaczyna pociskać mi pierdoły o kochaniu muzyki, o tym, że to jest całe jego życie i że nikt nie pała do niej większą miłością niż on, a nie zna niczego poza muzą klubową. Ja pier... No kurde, mów sobie że kochasz muzę KLUBOWĄ, a nie MUZYKĘ, bo MUZYKI wcale nie znasz! Naprawdę, nie chodzi mi tu tylko o jakieś rockowe czy metalowe kapele. Nie można mówić o miłości do muzyki, nie znając np. Beethovena, Bacha, Vivaldiego, o Szopenie, Polacy patrioci drodzy nie wspominając ( te nazwiska to tylko przykłady, wiem, że to różne epoki są; Chodzi o zasadę - znajomość podstawowej klasycznej muzyki ). No ale dobra, są ludzie, którzy nigdy z czymś takim styczności nie mieli. I mieć nie będą, bo uznają to - tak, tak - za totalną wiochę. Spójrzmy w takim razie na muzę bliższą współczesności. Wierzcie mi lub nie, ale te wsioki nie mają kompletnie żadnego pojęcia o Elvisie, Beatlesach ani Chucku Berrym. Nie znają Led Zepplin. Nie wiedzą nawet, jeśli w komercyjne bardziej rejony pójdziemy, o takich rzeczach jak Roxette, Wham! ( czy samym Georgu Michaelu ), Alphaville czy nawet ABBA albo Depeche Mode. Nie mają też pojęcia o postaciach typu Stevie Wonder, Eric Clapton, Brian Adams, Jon Bon Jovi, Tina Turner albo Luciano Pavarotti. Wiem, rzucam tu stylistykami i gatunkami na prawo i lewo, ale chodzi mi o jak najdokładniejsze pokazanie wam, że oni nie znają praktycznie niczego. Dobra, to może z polski? Nie, gdzie tam. Czerwone gitary, Maanam, Republika, Breakout to również obco brzmiące nazwy. Cholera, ratujcie, to może chociaż artyści jacyś polscy?! Anna Jantar... Czesław Niemen... Andrzej Rybiński... Halina Frąckowiak... Marek Grechuta... Nie, nic mi to nie mówi... Ok. Postarajmy się pominąć te "drobne" mankamenty i braki w muzycznej edukacji ( dobra, ja wiem, przepraszam, bo to zasługuje na potępienie i ucisk a nie na ominięcie ). W swoich klimatach na pewno będą dobrzy. Kraftwerk. Prekursorzy wszelkiej muzyki elektronicznej, klubowej i ogólnie tego typu klimatów. To już muszą znać! A... Nie, jednak nie. O! Wiem! Cybotronic! Albo Kevin Saunderson? Dobra, przyznaję, ja osobiście tych dwóch ostatnich nie znam, ale to zdaje się prekursorzy house'owych brzmień. Daję głowę, że ci wszyscy wielcy klubowicze też nie znają. 
Patrzajcie, że wymieniłem tylko te naprawdę najbardziej popularne zespoły i wykonawców. Nie wspominałem o żadnych pojedynczych przebojach, bardziej niszowych tworzywach czy sezonowych modach. Nawet nie liznąłem metalu ani hard rocka. A ta wieś nadal będzie "zakochana" w muzyce... 

W tym miejscu czas przejść do ostatniej części tego jakże dołującego posta, ukazującego tragiczny stan rzeczy w obecnej Polskiej wsi. Wiejska myśl. Tam rzadko kto idzie do liceum. Ha... Dlaczego? No jakże to tak, do liceum?! Tam hadziaje łażą! Trza być głupim, żeby do liceum iść! Pójdę do technikum albo zawodówki, zrobię se zawód, wyjadę do Niemiec, wrócę, postawię chałupę, znajdę żonę, zrobię dwójkę dzieci i plan na życie wypełniony w stu procentach. Matko jedyna, proszę was znowu, trzymajcie mnie... Albo nie, to nie ma co się pieklić. To trzeba płakać. Ci ludzie ze wsi nie mają żadnych większych ambicji. Szczytem rozrywki jest dla nich wyjazd na dyskotekę. Nie przeszkadza im, ba, nawet i bardzo odpowiada, że całe ich życie związane będzie ze wsią albo wyjazdem to tzw "Reichu", gdzie oczywiście wszystko mlekiem i miodem płynie, gdzie będą zarabiać tysiące euro i żyć jak królowie. No cóż, pocieszające, że za parę lat oczka się powinny otworzyć...

Ale wtedy to już niestety nie będzie tak dyskotekowo :)       

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pierwsza książka

Tak oto ludziska "Młody metalowiec" wkracza na salony... Postanowiłem wyselekcjonować, poprawić i opatrzyć stosownym komentarzem dwadzieścia jeden najpopularniejszych postów z tego bloga. Dorzuciłem okładkę autorstwa Adama Soroskiego i całość w formie e-booka za darmo można pobrać stąd: http://wydaje.pl/e/dziennik-mlodego-metalowca. Jest to profesjonalna strona, która oferuje wydawanie własnoręcznie ( choć w tym kontekście to może trochę głupie słowo ) przygotowanych e-booków, ustalenie własnej ceny ( moja propozycja, jak już wspomniałem jest oczywiście za darmo ) i odpowiednią dystrybucję oraz promocję. Teraz priorytetem więc będzie dla mnie jak najszersze rozpropagowanie tej pozycji... Zachęcam więc każdego do pobierania, co by jeszcze raz ( tym razem w lepszej formie ) mógł się pośmiać i zamyślić nad tymi tekstami oraz do pokazywania innym. \m/!

sobota, 23 marca 2013

Płonie ognisko i szumią knieje

Nie żebym szedł w komercję czy coś, ale postanowiłem drugi raz w historii bloga zamieścić tabulatury gitarowe. Dlaczego? A no dlatego, że to zawsze zwiększa liczbę odwiedzin. Nie widzę sensu pociskania pierdół typu: "Może dzięki tym tabom narodzi się nowa gitarowa gwiazda?". Ludziska lubią sobie pogrywać na gitarce piosenki proste, a do tego znane i lubiane co by zaszpanować mogli. A nóż wśród tych, którzy zaglądną w tego posta znajdą się nowi stali czytelnicy? 

Możecie też potraktować posta jako przerywnik pomiędzy "właściwymi" tekstami :)

Tak więc na początek - po raz drugi - Dżem. Tym razem z czerwoną cegłą.


Dżem
Czerwony jak cegła
Intro:
E|--------------------------------0--------------0--------------|
H|-----0------0------0------------0--------------0--------------|
G|o--4---4--4---4--4---4--4--3-2--1--------------1-------------o|
D|o-------------------------------2--------------2-------------o|
A|---5------5------5------5--4-3--2---2--4---4---2---2--4---4---|
E|---0------0------0------0-------0---0--0---0---0---0--0---0---|

 H7
E|---|---|
H|---|---|
G|---|-o-|
D|-o-|---|
A|---|-o-|
E|---|---|

 cis
E|---|---|
H|---|-o-|
G|-o-|---|
D|---|-o-|
A|---|---|
E|---|---|
 
Tab pochodzi ze strony tabulatury-taby.pl
 
 
 
 
To teraz może coś bardziej z typowo rockowego
polskiego grania...
 Wilki - Son of the blue sky. 
Tak jakby ktoś nie wiedział - intro gra się jednym palcem na progach tylko.


intro(rowniez jako zwrotka i refren)
E|----------------------------------------------------------------0---
H|------0-------0-------0---------------0-------0-------0-------3-----
G|----0---0---0---0---0---0-----0-----0---0---0---0---0---0-----------
D|--5-------4-------2---------2---2-5-------4-------2---------2-------
A|--------------------------3-------------------------------3---------
E|--------------------------------------------------------------------

wstawka (bodajze miedzy zwrotkami)
E|----------------------
H|----------------------
G|---------1-------4----
D|-------0-------0------
A|-----2-------5--------
E|---3-------6----------

zwrotka:
G  a  e  C
G  a  e

refren
G  a  e  C

koncowka:
A  e  }x8
  
Powyższy tab pochodzi ze strony www.chords.pl




 
I na koniec totalny już akt desperackiego pójścia
 w mainstreamowe rejony... Klasyka muzy ogniskowej 
- Płonie ognisko w lesie i szumią knieje.
Z tekstem!
 
Płonie ognisko i szumią knieje,  a E a
Drużynowy jest wśród nas.        a E a (E)
Opowiada starodawne dzieje,      a E a
Bohaterski wskrzesza czas.       a E a (G)

    O rycerstwie spod kresowych stanic,    C G
    O obrońcach naszych polskich granic,   d E a (E)
    A ponad nami wiatr szumny wieje,       a E a
    I dębowy huczy las                     a E a

Płonie ogień jak serca gorący,
Rzuca w niebo iskry gwiazd.
Jedna przeszłość i przyszłość nas łączy,
Szumi wokół senny las.

    W blasku iskier jawi się historia,
    Tyle zdarzeń miało barwę ognia.
    Przy ognisku zasiadły wspomnienia,
    Dziejów kraju uczą nas.

    (A dokoła jak Polska szeroka,
    Płoną ognie młodych serc.)

Już do odwrotu głos trąbki wzywa,
Alarmując ze wszech stron.
Wstaje wiara w ordynku szczęśliwa,
Serca biją w zgodny ton.

    Każda twarz się z uniesienia płoni,
    Każdy laskę krzepko dzierży w dłoni,
    A z młodzieńczej się piersi wyrywa,
    Pieśń potężna pieśń jak dzwon.

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
To co zawsze łączy nas:

    Wspólne troski i radości życia,
    Serc harcerskich zjednoczone bicia.
    I ta przyjaźń najszczersza na świecie,
    Co na zawsze łączy nas.
 
Poniższy tab również pochodzi ze strony www.chords.pl
 

 
 
Miłego grania :p 

środa, 20 marca 2013

Jak zostałem perkusistą (prawie) zawodowym.

Tak, tak panie i panowie... "Młody metalowiec" ( Szczerze wam powiem, że już od dawna nie lubię tego określenia, ale używam bo wciąż ma szerokie walory komercyjne ) dołączył do swojej pierwszej w życiu kapeli. Albo zespołu, to w tym przypadku dużo trafniejsze określenie ( tak wiem panie Miodek nie zaczyna się zdania od "albo"). Zostałem - tu się pochwalę swoją angielszczyzną - drummerem! No, w końcu te sześć lat szkoły muzycznej na tym zacnym instrumencie na coś się przydało.

Zaczęło się jak zwykle w tego typu sprawach... Czyli zupełnie niewinnie. Jakiś czas temu na PKS poznałem pewną dziewczynę, koleżankę mojej kumpeli. Nicola się nazywała ( po raz kolejny - bez nazwisk, choć w tym wypadku to akurat chybaby nie było zbytnim przestępstwem ). Całkiem miła nawet, no niech będzie że ją pochwalę. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się chwilę i potem dosyć długo się nie widzieliśmy ( Tak, też uważam że ta historia wyjątkowa nudno się zaczyna. Nie wiem, czy to efekt wyczerpania po całym dniu czy może utraciłem dziś wenę? )... No, ale po jakimś czasie dostałem informację, że szuka perkusisty do zespołu i, znając ten muzyczny epizod mojego życia, zapytała mnie czy bym nie chciał z nimi pograć. Pewnie, żebym chciał! Dobrze będzie wpisać w CV, że w pierwszym bandzie grało się już w wieku 17 ( no dobra, prawie 18 ) lat. Liczyliście na jakąś zapierającą dech w piersiach opowieść, jak to wykminili moje filmiki na yt, zadzwonili do mnie z opcją podpisania lukratywnego kontraktu i zaoferowali mi swoje bębny, cobym se mógł poćwiczyć? Też bym chciał o czymś takim napisać, ale tak jak mówię - zaczęło się to wszystko nadzwyczaj zwyczajnie ( ukłony dla profesora Miodka raz jeszcze ). Co wcale nie znaczy, że źle!

Głupio bym jednak zrobił, jeśli pojechałbym na tę próbę nie znając muzyki jakiej grają. Wypytałem więc skrzętnie Nicolę o wszystkie szczegóły... I na początek trochę się skonsternowałem. Okazało się bowiem, że grają rocka, ale chrześcijańskiego! W dodatku nie ma z tego żadnych wpływów. Otworzyłem swojego bloga, szybko przeanalizowałem swoje posty - a więc i moje wszystkie myśli i przekonania - i doszedłem do wniosku, że według mojej filozofii gra w takim zespole wcale nie uwłacza mojej godności, a nawet ją podbudowuje! At first, muzyk gra z serca i z pasji, a nie dla pieniędzy. Naczelna zasada, którą zawsze wyznawałem, wyznaję, i wyznawać będę. Secondly, chrześcijański rock to genialna odskocznia od trudów codzienności... Może pojadę teraz po przekonaniach większości zaglądających tu rockmanów czy metalowców, ale dla mnie możliwość uwielbienia Jezusa w taki sposób jest rzeczą wręcz mistrzowską! Humor poprawia jak nic innego ( Oprócz: większości utworów Freedom Call, Disneyowskich komiksów z Kaczorem Donaldem, Sknerusem, siostrzeńcami i innymi kaczkami w roli głównej, niektórych bajek z dzieciństwa oraz książek Zbigniewa Nienackiego i Edmunda Niziurskiego < Kto nie czytał "Księgi Urwisów", powinien jak najszybciej nadrobić ten poważny brak z młodości >  )! Dobra, rzecz jasna nie wytrzymałbym tak nawalać ciągle, ale od czasu do czasu takie coś jest potrzebne. Ok, skoro określiliśmy na jaką kapelę się porwałem, przejdźmy do samego składu i pierwszej próby.

Miejscowość, w której miał się zebrać skład, jest oddalona od mojej wiochy o kilkanaście kilometrów. Początek próby zaplanowano na 19:30 ( mówimy cały czas o wczoraj, tak w gwoli jasności ). Dojechałem więc z tatą na tamtejszy rynek, gdzie miała na mnie czekać Nicola ( Nie, nie serio moja wena dzisiaj postanowiła chyba wyjść na piwo. Nawet ja, kiedy to czytam czuję się znudzony. Ale jak zacząłem, to już skończę no ). Dobra, tata pojechał z powrotem a ja z koleżanką udaliśmy się do tej sali. Po drodze dowiedziałem się od niej o bardzo istotnym fakcie... Otóż powiedziała mi, że śpiewa w chórku. Szybka kalkulacja: Dziewczyna, chórek... Ha, czyli tam też będą inne dziewczyny! No, no od razu zapał do grania wzrasta. 
Gdy przybyliśmy na miejsce, ten mój zapał aż gwizdnął z podziwu ( zastanawiam się, czy to aby nie nazbyt obcesowe? ). Okazało się, że tam w chórku nie było zwykłych dziewczyn.... Tam były piękne dziewczyny! Panowie, w takim towarzystwie to ja bym i disco polo chętnie zagrał. Wspomniana już Nicola, Manuela, Agata, Karolina, Iza, Agnieszka i rodzynek w cieście - czy może wisienka na torcie - Kasia. Nie dość że świetnie śpiewa ( jak wszystkie z resztą ), to i na skrzypcach jeszcze pięknie gra! Normalnie cud, miód i orzeszki ( Mogłem coś chyba pokręcić z tymi imionami, za co z góry przepraszam - jestem tylko pewny że Kasia jest dobrze :p ). Oprócz pięknych wokalistek w składzie byli też Boguś - basista, całkiem równy gość ( przepraszam, pan; Mieliśmy my wszyscy chyba być na ty, ale szacunek dla starszych też trza mieć ) oraz (pan) Mariusz - gitarzysta, podobnie jak i Boguś pełen życia facet. Aha, i jedna z wokalistek była jakoś w wieku Bogusia czy Mariusza. Co wcale rzecz jasna nie znaczy, że ustępowała reszcie dziewczyn. Miła pani całkiem.
Po zwyczajowych uśmiechach, powitaniach ( cześć, kasia jestem - cześć, paweł, cześć, manuela - paweł itd. ), zaczęliśmy wyciągać z aut sprzęt. Rozłożenie się zajęło kilkanaście minut. Tak na marginesie, to całkiem przyjemną salę tam mają. Dobrze, że im w tak małej miejscowości w ogóle pozwalają na takie granie.

Po krótkiej rozgrzewce zostałem zapoznany z częścią granych przez zespół utworów. Wiadomo, na początku trza się było trochę osłuchać, wczuć, ale potem już jakoś poszło. Naprawdę, chciałbym to opisać w swoim zwyczajowym stylu, posługując się metaforami, parafrazami i dziwnym humorem ale mój umysł odmawia dziś ze mną jakiejkolwiek współpracy. Generalnie wszystko sprowadza się do tego, iż ta próba to było genialne wręcz przeżycie. Świetna atmosfera, mili ludzie, pełen luz po prostu. Utworki niczego sobie, tak ( jak już wspomniałem ) na poprawę humorku. Rockowa energia i chrześcijański feeling to całkiem niezłe połączenie, wbrew pozorom.

Nie, ja już dzisiaj naprawdę dzisiaj wysiadam.... Serio. Gdyby było inaczej, to w pierwszym zdaniu tego akapitu nie napisałbym dwa razy słowa "dzisiaj". 

Liczcie więc na to, że kolejny opis mojej przygody z zespołem - Belle Co tak apropo się nazywa - napiszę z duszy, bo przecież jest ona odbiciem absolutu ( tak, Młodą Polskę właśnie przerabiamy w szkole ). Tymczasem pozdrawiam cali zespolik: Basistę, piękne wokalistki, gitarzystę, piękne wokalistki, klawiszowca którego akurat nie było no i nie mogę rzecz jasna zapomnieć o pięknych wokalistkach ( dobra, powieliłem patent, przyznaję ). Jeśli będą na tyle łaskawi i nie wywalą mnie ze swoich szeregów, to myślę że za jakiś czas możecie nas wypatrywać na koncercie ( - tach? )... A wtedy opis w stylu pana Krzywińskiego gwarantowany :)

niedziela, 17 marca 2013

Kilka porad, jak założyć legendarną kapelę. Zostań gwiazdą rocka z Dziennikiem Młodego Metalowca!

Zainspirowany pełnymi polotu i pasji opisami tras koncertowych wspomnianego już kiedyś przeze mnie Macieja Krzywińskiego, dziennikarza miesięcznika "Metal Hammera" i motoru napędowego Zespołu Przedostatniej Strony Metal Hammer ( poczytać, polubić można tu: http://www.facebook.com/ZPSMH?ref=ts&fref=ts ), postanowiłem zastanowić się nad receptą na założenie idealnej rockowej kapeli. Choć "idealne" to być może złe słowo... Ale wiadomo generalnie o co rozkmina idzie. Laski, miliony sprzedanych płyt, koncerty na Wembley, Narodowym ( jak nie będzie padać ), później audiencje u głów państw, własna gwiazda na hollywoodzkiej alei i oczywiście rzesze fanów na całym globie.

Czego więc trzeba, aby osiągnąć taki status i zamachać kolegom hip - hopowcom, techniowcom ( czy tak się odmienia? ) plikiem szmalu przed oczami, zaszpanować laskami i, gdy już im kopary opadną, pokazać \m/ na odchodne? Na początek dobrym pomysłem byłoby skompletowanie składu. Nie zawsze jest to oczywiście wymagane. Chociażby ten koleś co nagrywa pod pseudonimem ( bądź też szyldem ) Ordinary Brainwash. Jakoś w zeszłym roku, czy trochę wcześniej wydał drugą płytę, na której wszystkie partie instrumentalne skomponował i zagrał sam. Nie chciał się laskami z innymi podzielić, menda jedna. 
No ale przyjmijmy że trzeba zebrać ten skład. Ogólny schemat wygląda tak: Gitarę prowadząca otrzymuje koleś który potrafi coś tam grać, na rytmicznym wiośle wystarczy znać podstawowe chwyty nie - barowe i F, bas wymaga jedynie wiedzy że ma cztery struny a nie sześć a na gary bierzesz kogokolwiek, byleby się w miarę rytmu trzymał. Za mikrofonem może stanąć ten który dzierży prowadzącą, bo to często idzie w parze. Jak nie, to weź kumpla, niech łyknie połówkę zimnego spirytusu i będzie charczał idealnie. Choć z resztą wokal też niech bierze pierwszy lepszy, poprawi się go na kompie i już. A jak na koncercie ktoś mu coś zarzuci, to powie że jeszcze ma kaca po ostatniej imprezie. Wybaczą, przecież ludzie kochają imprezy.
W zależności od tego jaki gatunek rockowej/metalowej nawalanki zamierzamy uprawiać możemy użyć klawiszy. Dobrym rozwiązaniem jest użycie jakiegoś syntezatora, bo tu wystarczy znać dwa dźwięki, umieć je równocześnie nacisnąć i już kolejny Twisted Sister, Poison albo Warrant gotowy. Przy bardziej ambitnych gatunkach będziemy prawdopodobnie musieli poszukać kogoś zaznajomionego z tematem. 
Podstawowe kryteria jeśli chodzi o dobór składu mamy. Drugim kryterium (moim zdaniem o niebo ważniejszym) jest oczywiście mocna łeb. No, bo przecież będzie trzeba na tych trasach jakoś ogarniać. To nie jest tak łatwo jak się wydaje! Wlewać w siebie morza wódy, whiskey czy innych szlachetnych trunków też trzeba umieć. A jeszcze następnego dnia śpiewać dla tysięcy rozhasanych fanów ( bo skoro kapela kultowa, to ma supporty, a więc fani będą rozgrzani )? Toż to zakrawa pod rasowy talent! Dobrymi przykładami są tutaj Lemmy i Keith Richards. W Piśmie Świętym napisane było: " Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego " ( pamiętajcie, to żadne kpiny tylko cytat, bo jestem katolikiem). A ja wam mówię: Jeśli nie staniecie się jak Lemmy albo Keith Richards, nie wejdziecie na koncert na Wembley jako międzynarodowa gwiazda rocka.
No dobra. Skład już mamy. Teraz wypadałoby napisać jakieś numery. Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne. Nasz gitarzysta rytmiczny zarzuci trzema power chordami, walniemy solówkę na dwóch strunach, dołączamy polkę na garach i hicior murowany. Nie wierzycie, że to tak łatwo? Spójrzcie na taki Bullet For My Valentine. Podobno któryś utwór z ich ostatniej płyty, nie pamiętam teraz tytułu, powstał w trzy minuty. Zważywszy na to, że trwa dłużej niż trzy minuty, to jest to swego rodzaju wyczyn. Jeśli będziemy pragnęli zagrać punka, to też wysiłku większego raczej wkładać nie będzie trzeba. W innych przypadkach raczej dobrym rozwiązaniem będą próby.
Gdy już ogarniemy w miarę repertuar, czas nagrać demo. Jeśli nie będzie nas stać na wynajem studia, zróbmy tak jak zrobił śp. Kurt z Nirvaną. Zatrudnijmy się gdzieś na zmywaku na jakieś dwa tygodnie, zaróbmy te parę stów a potem w dwie godziny nagrajmy przepustkę do kariery. To jedna opcja.
Druga to rzecz jasna koncerty. Nie wskazane jest grywanie po wiejskich dożynkach i zabawach, gdyż  wsioki mogą tej muzy nie zrozumieć. Potem nas sąsiadki będą od diabłów wyzywać, a w skrajnych przypadkach na stos zaniosą i z uśmiechem popatrzą, jak wydajemy ostatnie tchnienie.Lepszym rozwiązaniem jest podpinanie się jako supporty w jakiś klubach albo koncertach plenerowych. Do występów rzecz jasna nie używamy drogich sprzętów, bo też będzie je trzeba często z początku wymieniać. Może i rozwalanie na scenie gitar jest oklepane, ale zawsze przyciągnie uwagę potencjalnych dystrybutorów naszej muzy. 
I tym oto sposobem mamy wydaną płytę! A później to już z górki. Rzucamy szkołę, pijemy, ruszamy w trasę, pijemy, kręcimy z panienkami, gramy koncerty, pijemy, udzielamy wywiadów, pijemy, wypisujemy autografy no i oczywiście nie można zapominać o piciu. Żeby szybciej się wypromować, można pokazać tyłek na scenie, powiedzieć Lady Gadze że jej stroje to nabędziesz w mięsnym albo warzywniaku na zeszyt  lub wejść w związek z Megan Fox. Tak oto rodzi się nowa legenda rocka!

Teraz to droga na Wembley jest już bardzo krótka. Potem będziesz mógł się chwalić: "Pokazałem tyłek tam, gdzie Domarski Anglikom bramkę strzelił!". Long live Rock'n'roll ( and metal, of course, too )!

P.S Zaznacza się, że niniejszy tekst w żaden sposób nie zachęca do popadania w jakiekolwiek nałogi, co może sugerować częste używanie słowa "picie". Ponadto autor nie odpowiada za wszelkie niedogodności i nieprzyjemności dla rodziców, których dzieci po przeczytaniu niniejszych słów zapragną rzucić szkołę i zostać gwiazdą rocka. Tekst został stworzony dla ludzi inteligentnych, trzeźwych ( niech ktoś coś spróbuje zasugerować ), którzy poważnie myślą o rozpoczęciu muzycznej działalności w branży rockowej/metalowej. 

Dobra, w tym ostatnim zdaniu pozwoliłem sobie zażartować.

wtorek, 12 marca 2013

Brać Metalowa! Również słów kilka o istocie muzyki.


Do napisania tych słów zainspirował mnie wywiad w marcowym numerze „Metal Hammera”, przeprowadzony przez Macieja Miskiewicza z Fenrizem z Darkthrone ( kto interesuje się metalem a nawet nie kojarzy tej nazwy ani postaci Fenriza oraz Nocturno Culto, szybko powinien ten brak nadrobić ), jednej z najbardziej zasłużonych dla black metalu kapel. Już widzę niektóre miny, szydercze śmiechy, a może i nawet wyrazy politowania nad głupotą piszącego, który chce zdefiniować istotę muzyki ( patrz druga część tytułu posta ) na przykładzie gatunku niszowego, poza rykiem nie posiadającym żadnych wartości. Otóż tego typu durne osoby mogą od razu ten tekst wyłączyć. Chociaż nie, czytajcie dalej. Może wam się coś w tych łbach poukłada.

Wywiad zaczął się krótkim wstępem pana Macieja: „Szacunek. Szacunek. Szacunek. Za muzykę i wierność ideałom. Przed wami Gylve Nagell aka Fenriz – Wojownik Prawdziwego Metalu”. Już tych parę zdań może obrazować, jak legendarnym statusem cieszą się obaj panowie w środowisku metalowym. Nie tylko za muzykę, ale za tę wierność ideałom właśnie. No bo popatrzmy na nich. Od dwudziestu pięciu lat łupią klasyczny black metal ( prócz pierwszej death metalowej płyty „ Soulside Journey”  i sporadycznie z naleciałościami innych gatunków <  lekko punkowe wpływy na ostanich dwóch - trzech płytach > ), nie bacząc na zmieniające się mody, postęp cywilizacyjny, techniczny i co tam sobie kto jeszcze przytoczy. Na każdej płycie udaje im się zachować brzmienie, dzięki któremu słuchacz może poczuć się jak w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. I co z tego mają? Bogaci nigdy nie będą, bo na tej muzie rzecz jasna nie da się zbić kokosów ( no, ale o przeżycie też się martwić nie muszą, w końcu to legenda ). Na sławę poza kręgami metalowymi, być może jakimiś rockowymi też nie mają raczej co liczyć. Zdarza się jedynie czasami, że jakaś gwiazda masowej kultury, brylująca w telewizji czy gazetach wspomni o nich w kontekście tego, czego się słuchało za młodu bądź też inspiracji ( w tym samym numerze młotka Marcin Prokop < tak, ten z TVN > wypowiada się o metalu, mówiąc że w swej kolekcji ma płyty takich zespołów jak Morbid Angel, Death, Napalm Death, Anthrax czy Samael ). Do Rock’n’roll Hall of Fame też ich raczej nie wprowadzą ( choć tutaj zdarzyło się już wiele dziwnych i niezrozumiałych dla mnie przypadków ). Jednym słowem ( a żeby być ścisłym, to czterema ): Gówno z tego mają. I to jest właśnie piękne i godne podziwu! Trzeba naprawdę kochać muzykę, być nią do szpiku kości przesiąkniętym żeby bez przerwy ją nawalać wiedząc, że nigdy większych korzyści to nie przyniesie. Dzisiejszy świat, wszystko to co dzieje się w telewizji, co obserwujemy w sieci próbuje nam wmówić, że muzyka to powinna być tylko kupa kasy, grube imprezy i laski. Z tym ostatnim mogę się zgodzić, bo nawet śląskie kapele ludowe jakieś gryfne frelki będą mieć, ale żeby grać muzykę po to tylko żeby zarabiać grubą kasę, brylować w teledyskach na popularnych stacjach i jeździć po imprezach? Żenada. Płakać się chce nad takim stanem rzeczy. Może się mylę, ale czy muzyka nie powinna wypływać z serca, nie powinna być podyktowana emocjami i uczuciami? Nie chcę rzecz jasna mówić, że dążenie do bycia sławnym jest złe – każdy wykonawca przecież chce kiedyś stanąć nad setkami tysięcy ludzi, krzyknąć „O! O oooo!”  i czekać aż mu odpowiedzą. No ale czy zakładanie disco polowego zespołu może być podyktowane uczuciami? Ostatnio przekonałem się też, że numery królujące na dyskotekach – zabawach w latach 80 ( które notabene miały jakiś sens i klimat – wiadomo, Modern Talking, Bad Boys Blue, Joy, te sprawy < dobra, kurde, niech wam będzie! Lubię czasami potańczyć :p [ no ale teraz Post jest ] > ) pod względem kompozycji wcale nie muszą się różnić od tych współczesnych rzeczy. Ba, są nawet dużo bardziej skomplikowane! Współczesna piosenki klubowe oscylują wokół dwóch nut, jednego bitu i basu. Ot, cały numer, serio. Nie wierzycie? Ściągnijcie sobie program ZynAddSubFX. To komputerowy syntezator. Zajmuje ok. 1,5 megabajta. Przy odrobinie samozaparcia da się z tym czymś zostać królem współczesnej muzy klubowej. Można jeszcze wrzucić do któregoś Ejaya, dołożyć parę sampli, przeczyścić, wyrównać tempo ( pół godziny roboty ) i największe kluby świata stoją przed nami otworem. Czy taka muza może wypłynąć z serca? Myślę, że to pytanie retoryczne. Z resztą to, co dzieje się ze współczesnym pojmowaniem muzyki jest przerażające. Niedawno ktoś udostępnił na facebooku obrazek z napisem „Muzyka bez basów to nie muzyka. Amen.” Przecież to jest totalna bzdura, idiotyzm, wręcz kulturowa demagogia! Tacy ludzie nigdy nie słyszeli słów „akustycznie”, „nastrojowo”, „unplugged”, „muzyka wokalna” czy „muzyka klasyczna”. Nie mają zielonego, czerwonego, czarnego ani odnoszącego się do żadnego innego koloru pojęcia o muzyce! Ona powinna wyrażać nas! Każdy muzyk jest przecież także poetą, a poeci ( w większości ) traktują swą sztukę nadzwyczaj poważnie i zawsze piszą kierując się emocjami oraz własnymi myślami.

   

Na koniec przejdźmy jeszcze do tej pierwszej części tytułu… Zostawiłem to sobie na deser, bo chcę odnośnie tematu przytoczyć genialną wypowiedź, wspomnianego Fenriza właśnie z tego samego wywiadu: „… Dziś ludzie mają szczęście, ale ja miałem go więcej, bo żyłem w czasach, gdy musiałeś kupić cztery gówniane płyty by w końcu natrafić na jedną kapitalną. Bo nie było informacji i nikt nie mógł ci pomóc. Dziś logujesz się w sieci, znajdujesz znajomych i rozmawiasz o muzyce. Możesz być ekspertem od jakiegoś gatunku w wieku 16 lat. To fantastyczne. Miałem szczęście widzieć na własne oczy te ciężkie czasy i te dobre. Te ciężkie przynosiły chyba nawet więcej satysfakcji. Ludzie muszą być urabiani. Podstawa to znajomość klasyki. Większość współczesnych kapel brzmi jak nieudolne kopie kapel ze złotej epoki, ale i tak wspieramy większość żołnierzy. Wsparcia i lojalności w metalu nie da się porównać z żadnym innym gatunkiem. Ludzie związani z innymi gatunkami zazdroszczą nam tego. Mogą myśleć, że jesteśmy głupi, albo przerażający, ale oddaliby wiele za taką lojalność, jaka funkcjonuje w metalu.”

Czy naprawdę potrzeba wam do tego jakiegoś komentarza? Jeśli któryś z tych pseudo „fanów” muzyki ( o których pisałem na początku ) to przeczytał to teraz już chyba wie, na czym polega istota muzyki. Płynie z serca, wyraża uczucia, zmienia światopoglądy, a przede wszystkim – łączy ludzi. Dlatego właśnie wybrałem do opisania tego tematu black metal. Kasy z tego nie będzie nigdy, należytej sławy też nie, ale muzyka i więzi wśród metalowej braci przetrwają na zawsze!



P.S. W pojęciu „metalowej braci” umieszcza się wyznawcę każdego ciężkiego gatunku, nie tylko black, a więc kilkaset milionów osób.   
  

środa, 2 stycznia 2013

Wystrzałowo - Oskarżycielski Sylwester - Wersja ocenzurowana.

( Poniższa wersja została nieco zmieniona, z racji tego że jak słusznie się spodziewałem pewnym osobom mocno nie przypadła do gustu, mimo iż nie podałem żadnych nazwisk.Nie będę posta usuwał, bo wolność słowa panuje. Nazwijmy to, że tekst jest po cenzurze ) 

Wróciwszy ze szkoły, wedle moich wcześniejszych obietnic postanowiłem zasiąść do kolejnego posta. Nie może być chyba o niczym innym, jak tylko o sylwestrze.... :)

Mając przed oczami obraz tamtych niezapomnianych baletów, postaram się zrelacjonować wszystko w najdrobniejszych szczegółach, choć z wiadomych myślę powodów pewne fakty mogą zostać niedopowiedziane albo przekręcone, bardzo możliwe też że ułożone nie chronologicznie.  Jedyne co jest pewne, to to że zostałem oskarżony o upijanie nieletnich, demoralizowanie ich a w pewnym momencie otarło się nawet o gwałt. Ale wszystko po kolei. 


Zaczęło się koło w pół do dziewiątej wieczorem. Przyszedłem do sąsiada, u którego odbywała się opisywana impreza, z wielkim bananem na ustach. Mając na uwadze osoby, które oprócz mnie miały się tam bawić, byłem pełen szaleńczych ( pozytywnych ) myśli. I czas pokazał, że te moje myśli to był naprawdę pikuś w porównaniu z tym, co się potem wydarzyło.... 

Mniej więcej przed godziną jedenastą, gdy mieliśmy już trochę w główce ( sześciu chłopa ), wbili nam na chatę dwaj koledzy z mniej więcej sąsiedniej miejscowości oraz cztery koleżanki ( z kolejnych oczywistych przyczyn nie będę podawał żadnych nazwisk ), które właściwie stały się kluczowymi postaciami sylwestra. Żeby już na początek wyjaśnić wszelkie wątpliwości, które teraz huczą po całej miejscowości - myśmy im żadnego alkoholu nie dawali. One same przyszły w stanie, który mógł sugerować spożycie czegoś więcej niż tylko coca - cola ( cenzura ). Jedna z nich, córka, nazwijmy go rybak ( cenzura < skojarzenie z Wałami Jagiellońskimi jak najbardziej trafione > ), ogarniała z wszystkich zdecydowanie najmniej. Co tam ogarniała, nie potrafiła nawet używać organu (odpowiedzialnego m.in za całowanie) w celach kontaktowych (cenzura), o narządach ruchu nie wspominając ( cenzura ). Wpierw zaczęła z drugą koleżanką robić to zazwyczaj robi chłopak z dziewczyną ( nie zawsze ), ale bez żadnych sprośnych czy niesmacznych rzeczy, wszystko odbyło się kulturalnie (cenzura) a potem ładnie ozdobiła pół łazienki resztkami kolacji (cenzura). :Położyliśmy ją do pokoju kumpla, gdzie mogła spokojnie odpoczywać po trudach nocy. Tamte dziewczyny, które zostały, nie były wcale bardziej ogarnięte. Jedna z nich o dwunastej zaczęła biegnąć środkiem ulicy do wyimaginowanego chłopaka, a druga zaczęła robić czynności kojarzące się z indianami, którzy z pewnością przyczynili się do popularyzacji wdychania czegoś jako rodzaju przyjemności (cenzura). Jedynie ta ostatnia nic nie piła. Później ( a może trochę wcześniej ), któraś dziewczyn stłukła jeszcze koledze szklanki, więc ten dostał takiego szału, że zacząłem się bać żeby wszyscy przeżyli. Z resztą ja mu się nie dziwię. Wbiją mu bez zapowiedzi na chatę narąbane dziewczyny i rzygają, a potem jeszcze szklanki rozbijają. Ale najgorsze i tak miało dopiero nadejść...

Gdzieś dwadzieścia po północy, gdy wszyscy zdążyliśmy wrócić do domu po fantastycznej szarży na ulicy i rozpoczęciu nowego roku, ktoś zapukał do furtki ( stałem obok niej, próbując doprowadzić do ładu te dwie od fajek i wyimaginowanego chłopaka ). Otwieram, a tu zdziwko jak cholera. Ujrzałem bowiem matkę od jednej z nich (cenzura) i od tej która leżała na łóżku w pokoju kolegi. Teraz to już poszło szybko. Matka nie umiała jej z tego łóżka w ogóle zwlec, więc poszła po ojca, tego rybaka (cenzura ). A jak ten wparował... Stałem z kolegą w pokoju, próbując wszystko wytłumaczyć, ale się kurde nie dało! W dodatku tej dziewczynie zsunął się jeszcze jakiś pasek, czy coś, co w oczach pana rybaka (cenzura ) wyglądało bardzo dwuznacznie. Usłyszeliśmy z kolegą w naszą stronę taki oto tekst ( albo coś koło tego; pamiętajcie, jestem ze śląska właściwie a więc i mowa jest tu z natury inna ):
-  Co wyjście z nią zrobili?! - pierw padło pytanie. - Czamu ona je sebleczonoł?! - grzmiał. - Wszyjscy mołcie u mnie przegrano!

W pewnym momencie począł nawet mówić do kolegi, żeby " wywaloł z tej chałpy ", choć to przecież był jego dom. Nie mam pojęcia, jakim cudem nie obyło się bez jakichkolwiek ran. Oczywiście zaraz trzeba było dzwonić do rodziców od kolegi, żeby wyjaśniać całą sytuację. Ci wrócili, zrobili obchód domu w poszukiwaniu jakichś flaszek ( które zdążyliśmy ukryć), i poszli, na całe nasze cholerne szczęście. Jakby nie patrzeć, tego szczęścia mieliśmy aż irracjonalnie dużo. Ale to i tak jeszcze nie był koniec...

Koło w pół do drugiej mniej więcej, czy jakoś tak. Ktoś znowu zadzwonił do drzwi. Okazało się, że to kolejna leśnicka młodzież... Po raz kolejny szczęście było z nami, bo poza gwałtownym i bezprecedensowym wparowaniem do domu obyło się bez większych rozbojów i ofiar. Dobrze, że nie wszyscy byli pijani i się stopowali. Nawet spoko się bawili. Z domu wyszli gdzieś koło drugiej chyba. Pełna kulturka, serio.

Potem pamiętam jak jeszcze przeżywaliśmy wszyscy to, co się wydarzyło, zastanawiając się czy pokazywanie się na sumie ( bądź też o jakiejkolwiek innej godzinie ) będzie dobrym pomysłem. Patrząc za to zarówno od strony spożytych trunków ( ale tu nie chwaląc się, głowy mamy dosyć mocne >:-) ), jak i (przede wszystkim) od strony naszej opinii w miasteczku, która po oskarżeniach o rozpijanie i demoralizację dziewczyn a w porywach nawet o niebezpiecznie sprośne myśli została prawdopodobnie dość mocno nadszarpnięta. Już rano, gdy obudziliśmy się koło w pół do dziesiątej jakiejś ołmy, jedne ze sztandarowych miejscowych klach, przechodząc koło domu gdzie działa się impreza mówiły: " Ja, a tyjś słyszała co to się dzioło na tego sylwestra u tych X? Podobno i Y tam zalazły, a nawet i Z boła ". Po tych słowach myślę już wiadomo było wszystko... 
Idąc mimo wszystko do kościoła na sumę, stanąłem gdzieś na końcu chóru, co by rybaka ( ani żadnej osoby która mogła o tym wiedzieć ) nie spotkać. Po mszy cichaczem udałem się do domu...

 Nie wiem jak to dalej się wszystko potoczy i jakie oskarżenia jeszcze pod naszym adresem padną, ale jedno jest pewne: To był zaj**isty sylwester! :)

Słownik śląsko - polski dla nie wtajemniczonych:



sebleczon
mołcie - macie 
Ja - tak
oł - rozebrana

klacha - plotkara
ołma - tu: starsza pani
zaleźć - tu: przyjść 
  


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Happy New Year!

Dobra, już dobra... Miało być o półmetku, którego mimo wszystko jakimś cudem udało mi się przeżyć, miały być też pewnie jakieś życzenia świąteczne, a także mnóstwo innych spraw, którego na blogu się nie znalazły. Po części z pewnością wynika to z mojego lenistwa i zaniedbania, po części także z tego, że jako "pisarz" próbowałem i nadal próbuję sprawdzać się na polach innych niż tylko blogowe posty. Opowiadania, znaczy się, także i coś na kształt felietonu ( który z niecierpliwością czeka na to, czy zostanie opublikowany w gazecie ) oraz kilka wierszy ( te ostatnie to bardziej z nudów na lekcjach ). Myślę jednak, że wcale mnie to nie usprawiedliwia i jeśli poczujecie taką potrzebę to walcie we mnie słowami ile wlezie, przyjmę wszystko na klatę. 

W przyszłym roku więc, moim głównym postanowieniem będzie ( zaraz po "będę się uczył", "nie będę kombinował z rzeczami, które są nieodpowiednie dla chłopaków w moim wieku" < sam właściwie do końca nie wiem co to znaczy >, "będę mniej jadł" i inne tego typu abstrakcje ) pisanie regularnych postów. Czy się uda? Jeśli chcecie żeby tak było, to najlepiej mi tego życzcie :)

W roku 2012, jakby nie patrzeć, niniejszy blog miał ogromną szansę na wybicie się z gąszczu innych podobnych mu stron i jako takim zaistnieniu wśród polskich internautów. Po ( małej ) części się to udało, prawie dwanaście tysięcy odsłon ( w tym piętnaście zarejestrowanych z terenu Izraela! ) i sto pięć komentarzy mówią same za siebie. Mogło być jednak tych wejść co najmniej kilkanaście tysięcy więcej, a liczba komentarzy mogła się zwiększyć o połowę. Wtedy to miałbym solidne podstawy do tego, aby startować we wszelakich konkursach na blog roku 2012, gdzie prawdopodobnie wybiłbym się jeszcze wyżej. Ale cóż, pisałem dosyć rzadko, w ostatnich miesiącach w ogóle tego zaniechując, i blog jest tu gdzie jest. Nie mogę jednak narzekać. Po raz kolejny odwołam się tutaj do wszystkich tych pozytywnych opinii, zarówno ze strony znajomych, jak i ze strony nieznanych mi bliżej ( niektórych trochę znanych ) internautów. To dzięki wam przecież ta stronka ma aż tyle wyświetleń. I to dzięki wam właśnie mogę wkraczać w 2013 rok z przekonaniem, że tego bloga stać jeszcze na dokonanie rzeczy wielkich :) 

A wszystkim tym, którzy oglądną tego posta ( tym z Izraela szczególnie ), pragnę życzyć w nowym roku spokoju, radości no i miłości rzecz jasna. I żeby ten rok był dużo lepszy od poprzedniego... Oklepane frazesy, ale powiedzmy sobie przecież, że każdy z nas tego chce. Mimo iż oczywistym jest, że nie zaprowadzimy natychmiastowego pokoju na świecie, warto jednak próbować. Najlepiej zacząć od siebie :)

A w sferze muzycznej... Dużo dobrych płyt i koncertów przede wszystkim, nie tylko tych metalowych czy hard rockowych, ale także i tych, które po prostu przypadną wam do gustu. Wielokrotnie już chyba podkreślałem, że otwartość na różne style i wzajemne ich przenikanie to przecież kwintesencja muzyki. Mnie na ten przykład w ostatnim roku urzekła płyta Lany del Rey.


Na koniec pozostaje mi jeszcze życzyć wszystkim wystrzałowego, suto zakrapianego i zaje**stego po prostu sylwestra :) Bawcie się dobrze! \m/ ( Ja też lecę zaraz na imprezkę... :p )