czwartek, 9 lutego 2012

Obóz, czyli zadyma, rozwałka i ballady

Witam po dosyć długim okresie ( kolejnym ) bez żadnego posta. Cóż, nie jest tak, że mi się nie chciało ( no może w małym stopniu :)), po prostu tak wyszło...:D Dobra, nie rozwódźmy się nad tym, bo i tak do niczego nie dojdziemy, przejdźmy do konkretów:)

Poniższy tekst tyczyć się będzie zdarzeń, które miały miejsce podczas ferii zimowych, czyli już jakiś czas temu. Mianowicie w drugim tygodniu tego przedsionka wakacji, albo, jak to powiedział jeden z moich kolegów, po prostu dłuższego weekendu, wyjechałem na obóz. Szachowy! Cóż z tego, że ledwo cztery kilometry od mojej miejscowości. Liczy się towarzystwo, a to było pojechane na maksa, o czym zaraz się przekonacie. Myślałem, żeby ubrać całą tę historię w klasyczny post, ale po krótkim namyśle zmieniłem zdanie. Zastosuję nowość na tym blogu: Każdy dzień opiszę z osobna, tworząc swego rodzaju zapiski z pamiętnika. Uważam, że przez to teksty wyjdą lepiej, albo i nawet śmieszniej:)

Dzień 1
Poniedziałek, 23 stycznia

Darmo żebym zaczynał po kolei od tego , jak to zwlokłem się z łóżka i niemalże czołgałem na śniadanie ( w ferie chodzisz spać koło czwartej nad ranem [ lub też w ogóle ] i wstajesz na podwieczorek [ lub w ogóle nie wstajesz, jeśli nie śpisz, logiczne]), przejdę więc teraz błyskotliwie do momentu wyjazdu.
Zakwaterowanie w ośrodku było do godziny jedenastej rano. Około dziesiątej trzydzieści przyjechał po mnie kolega, wraz z tatą, ( no bo z reguły chłopaki z drugiej gimnazjum prawek jeszcze nie mają ) no i pojechaliśmy do LOKiRU ( Leśnicki ośrodek kultury i rekreacji ) po cały sprzęt. Gdy już wszystko upchaliśmy w bagażniku, na siedzeniach i wszędzie gdzie się dało wyruszyliśmy. Liczycie, że po drodze złapaliśmy gumę? Nie tym razem. Chciałbym , żeby tak było, aby mieć co pisać, ale na miejsce dojechaliśmy bez przeszkód.
P wtaszczeniu uzbrojenia i naszych walizek zostaliśmy skierowani do sali, w której miały odbywać się  wszystkie główne zajęcia. Okazało się, że prócz trzech oczekujących już nas szachistów ( no wiecie, żeby tak brzmiało oficjalnie ) znajdowały się tam również marżoretki. Albo marżonetki? Niektórzy mówią też mażoretki, nikt do końca nie wie, jak to się wymawia. Co to takiego? A taki dziewczyny, co przebierają się w stroje i machają pałkami, do muzyki najczęściej. W sumie ciekawe zajęcie nawet.
Mniej więcej po godzinie pierwszych integracyjnych nazwijmy to śmichów - chichów i pogadanek zjawiła się główna gwiazda, z którą to moja skromna osoba miała wkroczyć do legendy Domu Pielgrzyma ( to ten ośrodek ) i trwale zapisać się w jego historii. Mam w tym momencie na myśli totalną rozwałkę, jakiej jeszcze nikt nie uczynił, i chyba się nie odważy. Ale o tym nieco później:)

Około godziny czternastej podano obiad. Nie pamiętam do końca, co było, ale to i tak nie ważne,  ważne co się zdarzyło po posiłku. Dowiedzieliśmy się mianowicie, że mamy zostać instruktorami szachowymi marżonetek. Czy tam mażoretek. Jak pewnie wiele osób zrobiłoby na moim miejscu, zdębiałem. Nie tyle się wystraszyłem, co po prostu nie miałem ochoty. Dziewczęta bowiem nie umiały nic i trzeba było je uczyć od podstaw. Co jak się nazywa, jak rusza, jaką ma wartość. Mimo początkowych obaw okazało się to jednak całkiem fajną przygodą. Szczególnie, że uczennice były bardzo pojętne.

No a teraz to, co tygrysy lubią najbardziej. Głupio, żebym opisywał poszczególne partie, które graliśmy, kto by to czytał. Pora więc na noc! Taak... Zapowiadała się niezła zadyma. Zwarci i gotowi, po prysznicu grzecznie ułożyliśmy się do łóżek. Kontrola przyszła, sprawdziła, czy wszystko w porządku i poszła. Tak, jak to powino być. Oczekuje pewnie w tym momencie, tak jak i wcześniej, że napiszę o jakimś spektakularnym wybryku z antyterrorystami w roli głównej. Niestety, pierwsza noc przebiegła, w miarę spokojnie, mimo iż poszliśmy spać o wpół do piątej nad ranem. Nie mówię jednak, że było całkiem cicho. Poskakało się po łóżkach, trochę powariowało. Ach, no jasne! Byłbym zapomniał. Gdy kontrola poszła, zdecydowaliśmy się ( było nas 5 w pokoju ) na partyjkę pokera. Z braku kasy graliśmy na paluszki, których kolega miał całą du...żą paczkę. Nie pamiętam już, czy stało się to z powodu przegranej, czy też może z powodu uaktywnienia się dzikiej natury, fakt faktem jednak, że wzmiankowy gdzieś wyżej gwiazdor sypnął paluszkami. Na moje łóżko, a jakże. Nie mogłem pozostać bierny, więc mu oddałem. No i tak zaczęłą się klasyczna wojna na żarcie.... no, na paluszki, ale to przecież zawsze żarcie. Po zakończeniu walk krwawszych niż pod Stalingradem Michał ( dobra niech się gwiazda też wypromuje ), potykając się co i rusz o złamane bądź też do połowy zjedzone naboje wyszedł do ubikacji. Wtedy do akcji wkroczyłem ja. Zobaczyłem stojącą obok mnie butelką wody. Z moją wodą, należy dodać. No i jak to zwykle w mym przypadku bywa, do głowy przyszła mi idiotyczna myśl. Im bardziej idiotyczna, tym lepiej. Wziąłem butelkę i polałem wodą łóżko gwiazdora. Wrócił po pięciu minutach.
 - Co tu tak mokro?! - krzyknął, siadając na mokrej pościeli.
No i wszyscy w śmiech. A co!
- Takie to śmieszne? Masz! - teraz z kolei polał moje łóżko.
- Spokój, dobra już spokój. - powiedziałem szybko, gdyż mogła się z tego łatwością wywołać trzecia wojna światowa.
- Ale gdzie ja mam teraz spać?! - krzyczał Michał.
- Dobranoc. - odrzekłem, a wszyscy znowu zaczęli się śmiać.
Ostatecznie kolega jakoś wytrzymał na mokrym łóżku ( moje aż tak mokre nie było, więc spałem smacznie ).
Ta noc to było dopiero preludium do kataklizmu, który miał nadejść.

Dzień drugi
Wtorek, 24 stycznia

Jak nietrudno się domyśleć, z rana każdy z nas miał tzw. " Lekki nieogar " ( nie, no kac jeszcze nie, nie przesadzajmy ). Na śniadanie, które zarządzono o kilka godzin za wczesnej godzinie, mianowicie 8:45, ledwo co zdąrzyliśmy. Staraliśmy my się jednka sprawiać wrażenie wyspanych i wypoczętych. Niech sobie nie myślą. Prawdziwy imprezowicz potrafi spać kwadrans dziennie a stan nie ogara ( lub kaca ) to dla niego tak jak nieogar dla człowieka normalnego.
Choć zazwyczaj etap, w którym spożywa się posiłki, nie jest zbyt interesujący, w tym miejscu wymaga jednak zainteresowania. Głównie rozchodzi mi się o dwie dziewczyny, które poznaliśmy. Okazało się, że są z rocznika mojej siostry, ba, nawet chodzą razem z nią do gimnazjum. Nie pamiętam dokładnie, jak zaczęła się rozmowa, ale jedną kwestię wryła mi się w pamięć jak kilof w węgiel:
- Wyprostuj się!
Dwa słowa a ile ekspresji. Zarówno ja, jak i Michał ( no w szczególności ja, on mniej ) mamy tendencje do garbienia się. Nawet spokojnie zjeść nie mogliśmy, bo co chwilę czułem tylko stuknięcie w kręgosłup z tyłu i " Wyprostuj się ". Tekst obozu, bez dwóch zdań. Mało śmieszne? Być może. Gdybyście to jednak sami przeżyli śmialibyście się do dziś.

 Po porannych partiach i obiedzie znów przyszło nam uczyć gry w szachy manżoretki. Dowiedzieliśmy się, że po zakończeniu obozu dostaniemy specjalne dyplomy, które mają nam dodać kilka punktów z zachowania w szkole. Taki wolontariat, no. Nie powiem, mnie się to przyda bardzo. Dlaczego, to materiał na osobną książkę:)

Zarówno przed kolacją jak i po niej czas mijał bardzo szybko. Zwyczajowo - partie, bieganie, skakanie i kupa śmiechu. No i trochę bardziej zacieśniliśmy więzy między sobą:D

Głównym punktem dnia znów została noc ( taki trik, niech wiedzą, że potrafię się posługiwać środkami stylistycznymi:D ). Gdy już rutynowe czynności podobne do poniedziałkowych się odbyły, po raz kolejny polecieliśmy w konia imitując to, że śpimy. Uśpiwszy czujność naszych szanownych opiekunów przystąpiliśmy do rozwałki, znów. Początki nocy były skromne, ale nader śmieszne. Inny kolega, imieniem łukasz, ( dobra, jak lansować, to wszystkich ) zaczął rzucać tekstami z kabaretów. Mało tego, on potrafił cały jeden skecz powiedzieć, zagrać i jeszcze się z niego roześmiać. Hasłem dnia został " Bober i na gotowca ",  tekst autorstwa Łowców.B. Domyślcie się ile różnych skojarzeń i stwierdzeń podpinaliśmy pod to hasło:D
Około godziny drugiej zaczęło nam już jednak walić na dekiel totalnie. Pierwsza padła szafa. Nie wytrzymała, bidula, stania na tych kółkach, czy na tym tam stała i po prostu przewaliła się na ścianę ( ok ok, pomogłem jej, ale tylko by się nie męczyła no ). No i teraz szał: Jako drugie do gry weszło łóżko. Nie, nie przewaliło się. Najzwyczajniej w świecie zostało wyniesione na korytarz ( przypominam, na zegarkach drugia w nocy). Jakby jeszcze było tego mało, cała pościel wraz z materacem walały się po korytarzu. Jako że było to posłanie moje, i dałem je wynieść, stwierdziłem, że będę spał na podłodze. A co.
Jakim cudem przez najbliższą godzinę żaden z obozowiczów ( i z innych obozów, bo nie tylko myśmy tam byli ) nie skapnął się, że na korytarzu leży sobie jak gdyby nigdy nic łóżko, nie wiem do dziś. Fakt faktem jednak, że po tych sześćdziesięciu minutach wnieśliśmy, a właściwie wrzuciliśmy je ( bo ktoś właśnie otwierał drzwi ze  swego pokoju) z powrotem do nas, przy okazji waląc nim w ścianę, w której zrobiła się dziura jak Berlin. Klasyka normalnie.
Po wyciszeniu się ( ech, nie wiem, co nas do tego podkusiło ) postanowiliśmy się mimo wszystko trochę zdrzemnąć. I tu wkroczyłem ja. Żeby lepiej się spało, postanowiłem zapuścić w telefonie ballady, które mi się tam ostały. Gdy włączyłem " Something good coming " Toma Petty'ego i the Heartbreakers sprzed chyba dwóch czy trzech lat oraz " Bard's Song" Blind Guardian ( tego chyba wyjaśniać nie muszę ) Michał okazał się oczarowany. Od razu zaczął wypytywać mnie o zespoły, kompozytorów i w ogóle. Tak oto przyczyniłem się do, może nie globalnej, ale z pewnością lokalnej popularyzacji gatunku jakim jest power metal, bo ekipą Hansiego gwiazdor zainteresował się mocniej niż Tomem.

Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć opis dnia, ale że jest to Dziennik Młodego Metalowca, pokuszę się o refleksję. Mianowicie zadaję sobie pytanie: Czy takie wynoszenie łóżek i przewracanie szaf to oznaka, że w przyszłości będę gwiazdą rocka? Tak wiem, bez sensu wyciągać takie wnioski, ale w końcu nieodzownym elementem życia gwiazdy rocka jest rozwalanie hoteli. W każdym razie to już mam opanowane do perfekcji, jakby co. Teraz tylko nagrać płytę i sukces murowany:)


Dzień Trzeci
Środa, 25 stycznia

Dzisiejsze wstawanie poszło nawet nawet. To chyba te ballady sprawiły, że wszyscy czuli się w miarę wyspani.
Nie jestem pewien do końca, czy to w tym dniu właśnie, czy też może w poprzednim, całą grupą wybraliśmy się do muzeum. Wiadomo jednak, że w takich miejscach nie znajdzie się raczej tematu do opisanie na blogu mojego pokroju, ale nie powiem, sam wykład przewodnika był ciekawy, mimo iż widziałem już go chyba czwarty raz. Nie chce mi się też zbytnio rozpisywać o tym, jak to w drodze powrotnej odegraliśmy swoistą obronę Góry Chełmskiej ( bo tam się znajdowaliśmy ), jak za czasów powstań. Na śnieżki, rzecz jasna. Gdybym w tym miejscu zdobył się na napisanie, kto dostał w łeb lobem z trzydziestu metrów lub też kto wyrżnął orła na lodzie, mógłbym niepotrzebnie odkopać topór wojenny ( dobra, to ja się wywaliłem ). Choć to i tak chyba nic nie da, bo do końca zimy daleko, więc pewnie kilka potyczek jeszcze się zdarzy:)
Po obiedzie mażornetki zaczęły grać swój własny turniej szachowy. I co? I zostałem sędzią, podobnie jak ci bardziej " zaawansowani ". Ciekawe doświadczenie, bez dwóch zdań. Szczególnie gdy jedna z zawodniczek posiada wszystkie figury a druga tylko króla i pada remis ( kto nie gra w szachy, może tej puenty nie skumać :)).

Wieczorem, pierwszy raz na tym obozie poszliśmy na ping - ponga. Co tam się działo! Kolesie rzucili się na rakietki jak wilki na mięso. A potem tylko " Ahaahaa co za cienias, uuuu aaa eee ooo " jeśli któryś odpadł z kółka. Dla nie wtajemniczonych mogło to wyglądać jak jarmark cygański ( tyle tylko że tam nikt nie kradł ) lub też casting na simbę podczas finałowej sceny z drugiej części króla lwa. Gdy inni toczyli kolegobójcze pojedynki ja z kolegą łukaszem postanowiliśmy sobie pokopać piłką. Taką małą, gumową. Bo obkopaniu wszystkich ścian i półek w końcu otrzymaliśmy reprymendę od opiekunki, która kazała nam odłożyć piłkę. Dobra więc, odłożyłem. Jak najbliżej drzwi. Gdy pani się odwróciła, błyskawicznie porwałem piłeczkę i pognałem do pokoju szybciej niż Usain Bolt, w takim samie tempie wracając. Wątpię, czy ktoś prócz wtajemniczonego Łukasza zauważył moją nieobecność.
Tak, tak, dobrze myślicie. Tym razem hitem nocy zostanie piłka!

Godzina 00:02:35, mnie więcej no. Rzucamy sobie spokojnie tą gumową zabawką, w siebie rzecz jasna. Zawsze byłem całkiem niezły w zbijaka, ale to było coś więcej niż zwykły zbijak. Darmo, żebym znów używał tu jakichś stalingradzkich porównań, bo nie sam przebieg tej bitwy jest istotny, ile to, co zdarzyło się chwilę potem.
Piłkę w rękach trzymał Michał. Nie wiem znów, co go opętało, ale wziął przedmiot i z całej siły rąbnął w drzwi. O.o. Teraz to się zaczęło na maksa! W każdym z nas obudziła się dzika natura. Po kolei, jak jeden mąż rzucaliśmy w drzwi, które były właściwie tylko cieńką dyktą, więc pogłos na korytarzu był ogromny. Nie mieliśmy sprecyzowanego celu, waliliśmy, kto mocniej. Po prostu totalny odpał!
W końcu, jak nietrudno się domyśleć, doigraliśmy się. Około pierwszej usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Momentalnie zakryliśmy się kołdrami.
W progu stanęła jakaś kobieta i mężczyzna ( na oko dwadzieścia dwa, może cztery lata jakby to kogoś interesowało ). Byli to opiekunowie z drugiego obozu.
- Chłopaki czy was popieprzyło?! - ryknęła dziewczyna ( stąd nazwaliśmy ją " pani popieprzona " ).
- Nie no..
- Ja rozumiem, macie ferie i w ogóle, ale my tu chcemy spać, nie macie pojęcia, jak to jest być animatorami i codziennie przebywać z tyloma dziećmi naraz!
- My też nie mamy lekko...- odparłem.
Wszyscy się roześmiali, nawet koleś w tych drzwiach. Tylko kobieta pozostała niewzruszona, choć widać, że też jej się chciało śmiać.
- Dobranoc! - powiedziała jeszcze na wpół oschle i oboje opuścili pokój.

Jak się miało okazać, to był dopiero początek naszego konfliktu.


 Dzień Czwarty
Czwartek, 26 stycznia

Stanęliśmy z łóżek w bardzo dobrych humorach, wciąż mając w głowie minioną noc. Serio, kto by tak nie miał?:)
Po śniadaniu dowiedzieliśmy się, że wieczorem udamy się do pobliskiego KFC. Gdybym miałbyć szczerzy, ja zawsze twierdziłem, że bydła się do restauracji nie wpuszcza, dlatego od początku byłem nastawiony na ten pomysł dość sceptycznie. Aż się zatrząsłem, gdy wyobrażałem sobie, co się stanie gdy tam wparujemy. Już sam ten błysk w oczach Michała mógł skłaniać do natychmiastowej rezygnacji z udziału w tym przedwsięwzięciu. Cholera, a jednak mie wyciagnęli.

Istny przedsmak tego, co miało zdarzyć się w KFC, zafundowała mi ta jedna z dziewczyn z rocznika mojej siostry, Dominka ( jak wszyscy to wszyscy no ). Otóż cały czas podstawiała mi "haki" i wciąż mówiła "wyprostuj się!" W końcu nie wytrzymałem. Trzeba było coś zrobić, inaczej źle bym skończył.
- Niech cię zagęga! - krzyknąłem na nią, trochę z uśmiechem.
- Zaraz cię przydupię! - odparowała.
No i tak to na tych dówch tekstach oparła większość relacji jakie mieliśmy między sobą na obozie. Oczywiście, że zdarzało nam się też normalnie pogadać, ale jednak częściej ja gęgałem, a ona przydupiała ( o szczegóły lepiej nie pytajcie. Napisałem o tym gęganiu i przydupianiu, bo Dominika nie wybaczyłaby mi, gdybym zrobił inaczej:):)
Po burzliwej dosyć drodze wreszcie stanęliśmy pod murami KFC ( ależ to zabrzmiało ). Na samym początku zeszło nam z pół godziny na kłótni, kto co chce jeść, aby wyszło jak najtaniej ( ach, te pieniądze ). Gdy już to ustaliliśmy, przyszedł czas na czekanie. Już wtedy do głowy zaczęły nam przychodzić różne piekielne myśli...
Zamówienie było gotowe po jakimś kwadransie czy coś w tym stylu. Każdy z nas postawił na jakieś standardowe zamówienie, tylko klaudia, ta druga dziewczyna z rocznika mojej siostry zamówiła duży kubełek frytek.
Wiecie, co jest najfajniejsze w KFC? Darmowe dolewka, no pewnie że tak! Chcąc poczuć się jak Adam Savage i Jamie Hyneman postanowiliśmy sprawdzić ten mit. W tym celu wziąłem opróżniony kubek, podszedłem do tych lejków czy jak to zwą i nalałem każdego po trochu. Zero reakcji personelu, a mieszanka mirindy, pepsi, 7up-a i mrożonych herbat smakowała nadwyraz dobrze.
No to druga próba. Po ponownym opróżnieniu zawartości kubka znów udałem się, tym razem z Michałem, po dolewkę. Teraz przeprowadziliśmy jednak tę akcję zgoła inaczej. Mianowicie nalaliśmy trochę pepsi, a resztę wypełniliśmy lodem. Oczywiście nie mogło się obyć bez wysypania części lodu na ziemię. Znowu nic.
Dobra, tak więc próba ostatnia. Jako że obecna zawartość naszego kubka średnio nadawała się do spożycia, postanowiliśmy użyć kubełka po frytek. Wraz z gwiazdorem zagadałem do ekspedientki:
- Przepraszam, gdzie tu jest darmowa dolewka frytek? - spytałem.
- Nie ma niestety. Chyba że tam za mną. - zaśmiała się kobieta.
- A to może mógłbym poprosić?
- Oj, chyba nie. - znowu się roześmiała.
Odszedłem więc grzecznie od kasy i nalałem do kubełka mirindy. Miała posmak frytek.
W każdym z trzech wyżej wymienionych wypadków personel restauracji zachował się wzorowo. Fakt, że mogliśmy wprowadzić w życie jeszcze więcej naszych pomysłów, jak np. zrobienie za pomocą tego lodu lodowiska i urządzenia meczu hokeja, ale, jak to mówią, było, minęło.
Przed powrotem do ośrodka zmuszony jeszcze zostałem do skorzystania z toalety. Kurde, to był dopiero wypas! Wchodzisz, przez pancerne drzwi, masz umywalkę w pomieszczeniu 1x2m. Następne pancerne drzwi i pisuar, w pomieszczeniu o takich samych wymiarach. Ostatnie pancerne drzwi i w końcu ubikacja! A w tle cały czas nawala muza z głośników. Pełen komfort normalnie.

Naprawdę, chciałbym w tym miejscu rozpisać się znów na temat kolejnej nieprzespanej nocy, ale post ten miałbyć już na wczoraj, więc ograniczę się do najważniejszego wydarzenia:) Otóż:
Mniej więcej kilkanaście minut po godzinie pierwszej tym razem ja wykombinowałem hit dnia. W piątke ściągnęliśmy kołdry z łóżek i narzuciliśmy je obok siebie, stając przy drzwiach. Chwilę później usłyszeliśmy, jak to ktoś koło nas przechodzi. Załomotałem. Wtem drzwi otwarły się z impetem.
Była to ta sama kobieta i ten sam facet, którzy nas odwiedzili wczoraj. W pierwszym momencie pani popieprzona chyba nie do końca wiedziała co powiedzieć, wszak przed sobą widziała tylko kołdry. Z tego, co słyszałem, jej koleś pokładał się ze śmiechu. W końcu jednak język odzyskała.
- Co wy wam się już w ogóle w głowach poprzestawiało?! Co myślicie że się możecie chować za kołdrami?!
W tym momencie uświadomiłem, że schowani już byliśmy tylko ja i gwiazdor. Tamci skapitulowali. No nie... Ja zawsze mówiłem, że dezercja powinna być surowo karana.
- Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy! - dokończyła pani p. - Dobranoc.
Kilkanaście minut później, gdy Michał wybierał się pod prysznic ( okazało się, że zajęte:D ) zobaczył, że kilka metrów od naszych drzwi koleś rozłożył sobie śpiwór i leży w najlepsze, zapewne udając sen. Co oni myśleli, że jakiejś tam straży się wystraszym? Sami bedziemy, patrolować korytarz , a co!
Michał i ja wyszliśmy więc z pokoju i zaczęliśmy przechadzać w tę we w tę, zachowując się jak Sherlock Holmes i Dr. Watson. Znudziło nam się jednak po piętnastu minutach. Mogliśmy w sumie wparować komuś do pokoju i go opierdzielić, ale to teraz to już za późno:)

Na koniec dnia znów zapuściłem ballady, do których gwiazdor aż się wyrywał. Podręcznikowi wręcz przykład, jak metal potrafi zawładnąć człowiekem.


Dzień Piąty
Piątek, 27 stycznia

Tego dnia Michał miał urodziny. Z tej okazji więc jego mama przywiozła mnóstwo tortu i kremówek. Wyżerka była, ostra, a jakże. Szczególnie wieczorem. Gdy już wszyscy zostali poczęstowani, reszta została dla naszego pokoju. Wbiły dziewczyny, które miały przenośny odtwarzacz DVD i oglądaliśmy " Straszny film 3 ". Jeden z chłopaków z naszsego pokoju, Mateusz, skapitulował już i nie został na noc tylko wrócił do domu, chcąc się choć raz porządnie wyspać ( mieszkał na Górze Chełmskiej - Górze Św Anny ). Ostało się jedno łóżko wolne. Niestety, żadna z dziewcząt nie mogła zostać na noc. Po skończonym seansie musiały się zmyć...
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zostawiły nam kartki. Ze strzałkami. No bo w ciągu dnia chcieliśmy sobie zagrać w podchody, ale nie było na to czasu. Czemóż więc nie nadrobić tego w nocy?  Dom Pielgrzyma duży.
Podzieliliśmy się na dwa teamy: Gwiazdor z łukaszem i ja z adamem ( ten co z nim przyjechałem ). Pierwsz gra przeszła bez większego echa, musieliśmy tylko uważać, by nie zbudzić pani Bogusi, opiekunki. Ale druga gra...
Za drugim razem adam i ja byliśmy uciekającymi. No więc kluczymy sobie spokojnie, zostawiając za sobą strzałki, aż tu nagle wychodzą zza drzwi franciszkanie, kilkanaście metrów od nas. Ja dzida do pokoju, ile natura dała, oczywiście budząc po drodze panią Bogusię. Adam z kolei wrąbął się gdzieś pod jakieś stoły za choinką, nie patrząc nawet co robi. Kurde!
Tymczasem do naszego pokoju wparowała opiekunka. Zgadnijcie, co przyniosła? Strzałki.
- Czy ktoś jeszcze z wami grał? - byłem zszokowany, gdy się uśmiechnęła.
- Tak, dwaj franciszkanie! - powiedział łukasz.
- Ej chłopaki, a może adam wciąż gra?! - zapytałem.
- Ech, jak by się pan Przybyłek dowiedział... ( kierownik obozu ) - stwierdziła opiekunka i wyszła jak gdyby nigdy nic. Uff.
 Adam wrócił po kilkunastu minutach. Stwierdził, że w żadne gówno już nie gra.


Dzień Szósty, ostatni
Sobota, 28 stycznia

Nadszedł dzień w którym mieliśmy rozegrać turniej o puchary finansowane z Unii Europejskiej. W sumie cały ten obóz sponsorowała Unia, dlatego też nie wydaliśmy nań ani grosza. 
Nim jednak cały spektakl się zaczął, zeszliśmy na ostatnie obozowe śniadanie. Postanowiłem umilić sobie  i innym czas  zapuszczając w telefonie muzę, w tym wypadku " Risese of Evil " Sabaton.
- Co to za piosenka? - spytała Klaudia. - Fajna!
- Sabaton. - odrzekłem. - No pewnie, że fajna.
- Weź mi prześlij!
Tak więc popularyzacji metalu ciąg dalszy. Ferie nie poszły na marne. Jak tak dalej pójdzie, to może doczekam w końcu jakiegoś rockowego zespołu na dożynkach gminnych. Będę miał satysfakcję i świadomość, że się do tego przyczyniłem.

Turniej rozpoczął się gdzieś godzinę po śniadaniu. Graliśmy osiem rund, po piętnaście minut na zawodnika. Nie było łatwo, ale zlaliśmy tyłki wszystkim którzy śmiali się pojawić w Domu Pielgrzyma, wygrywając w każdej kategorii, chyba prócz dwóch. W najstarszej grupie okazało się, że pięciu z nas ma taką samą ilość punktów. Ostatecznie podzielono za pomocą punktacji pomocniczej ( rankingu Bucholza - nie pytajcie, darmo żebym to tłumaczył ).
Najwięcej braw, a nawet i owacje na stojąco zebrał koleś o nazwisku Machoń, z racji swojego nazwiska właśnie. Był z nami na tym obozie, polew z niego był na maksa, ale to w gruncie rzeczy spoko chłopak. Wygrał w swojej kategorii, i to się liczy. Przyda się mu w CV jak będzie się chciał zatrudnić do jakiegoś salonu meblowego.

Po zakończeniu zawodów przyszedł najgorszy okres. Mianowicie pakowanie, sprzątanie no i pożegnania niestety. Wymieniliśmy się z dziewczynami numerami, obiecaliśmy wszyscy sobie, że jeszcze tego samego
dnia popiszemy na fb ( cholera, zastanawiam się, jak kiedyś bez tego żyli... ). Na sam koniec jeszcze polała się krew, bo jeden koleś drugiemu chciała oddać puchar i trafił go w wargę. Okazało się, że trzeba będzie szyć. No, co to by był za obóz, gdyby coś się jeszcze na koniec nie wydarzyło, nie?


( Chciałbym jeszcze przeprosić za to że kilku wydarzeń nie wymieniłem, na przykład pasjonującej nocnej konwersacji o szparkach z dziewczynami z zespołu tanecznego ENTROPIA podczas jednego z wieczorów [ to chyba był środa, przed piłką, bo dziewczęta spały tam tylko jedną noc ]. Przepraszam również za to, że kilku znaczących postaci nie wymieniłem, przykładowo pana Panka, który niezmordowanie co wieczór prezentował nam szachowe taktyki.
Na koniec przepraszam za niezbyt dokładny i niezbyt poprawny tekstowo opis dwóch ostatnich dni i tych przeprosin , ale pisałem to już w stanie zmęczenia totalnego. Obiecałem sobie, że muszę to skończyć, bo zapowiadałem ten tekst już trzy dni temu chyba. Myślę jednak, że obszerność tego posta wynagrodzi zarówno wszystkie te mankamenty, jak i długi okres bez żadnych wpisów.

Na koniec prezentuję dwie piosnki, które na obozie zrobiły furorę, mianowicie wspominane już " Bard's Song" i " Rise of Evil ". \m/ )



































poniedziałek, 16 stycznia 2012

Sprawiedliwość..

Cholera, coś nie idzie z tymi głosami.... Widać znajomi na fejsie, notka na wykopie to zdecydowanie za mało. Kurde, chciałem też dodać komentarze na yt, ale coś mi się przycinało....

Wychodzi na to, że żeby mieć mnóstwo głosów trzeba mieć jakieś 14 - 15 lat i grać w serialu telewizyjnym. Gdzie tu jest sprawiedliwość, ja się pytam?! To powinno być prawnie zabronione! Weźmie sobie koleś zagra kilka odcinków w jakimś głupim serialu, zakłada bloga i od razu ma tysiąc wejść. Potem bierze udział w konkursie i zgarnia wszystkie nagrody. No chore po prostu.

Druga rzecz to blogi o tematyce typu " Mój synek jest chory, potrzebuję pomocy ". Nie mówię, żeby było to coś złego, bo dobrą inicjatywą jest zakładanie tego typu stron ale logiczne, że jeśli wystartuje takie coś w jakimś konkursie, to z miejsca będzie miało mnóstwo głosów, bo wszystkich weźmie litość. Powtarzam: Popieram zakładanie podobnych do tej tematyki blogów i wykorzystywanie jako źródła dopływu pieniędzy na chorego, ale udział w konkursach, gdzie wiadomym jest, że nawet najlepszy pod względem tekstowym i wizualnym blog, tylko o innej tematyce nie ma szans, również zabroniony być powinien. Nie zrozumcie mnie źle:)

Tak to właśnie wygląda: Na pierwszym miejscu Maciej Musiał ze swoimi opisami, jak to dziadek go zabrał do sklepu, a na kolejnych trzech miejscach rodzice i ich dzieci. Tych ostatnich w pierwszej dziesiątce jest jeszcze dwóch. 

A gdzie tam bryluje sobie Dziennik Młodego Metalowca? Gdzieś na dwudziestej stronie, gdzieś koło dwusetnego miejsca znaczy się... Wychodzi na to, że w tym kraju wszelka awangarda kulturowa, szczególnie jeśli chodzi o stereotypowo postrzegane subkultury jest źle przyjmowana. Głosowanie trwa jeszcze, oczywiście, ale szans na przeskoczenie chociażby o trzy - cztery strony nie widzę.

Pozostaje mi więc dalej żyć własnym rytmem, pisać, zdobywać nowych czytelników i być sobą po prostu:) W tym roku, mam nadzieję, liczba czytelników zwiększy się trochę, tak więc za kolejnych dwanaście miesięcy spróbuję znowu:)

Ave \m/!

sobota, 14 stycznia 2012

Zaczęło się!

Rozpoczęło się głosowanie na blog roku 2011!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

http://www.blogroku.pl/kategorie/-b-dziennik-b-b-mlodego-b-metalowca,gwil0,blog.html

Głos na Dziennik Młodego Metalowca oddać możecie wysyłając SMS na nr 7122 o treści A00147

Pamiętajcie, 0 w treści to cyfra zero! Z jednego telefonu można głosować tylko raz! 

Serdecznie zapraszam i zachęcam!:)

wtorek, 10 stycznia 2012

Recepta na idealnego posta ( I o inspiracjach słów kilka )

Niedawno, to jest gdzieś na początku roku znalazłem czas, aby dokończyć wertowanie świąteczno - noworocznego numeru Metal Hammera. Po przebrnięciu przez wywiady, niektóre ciekawe, a niektóre lekko już irytujące typu " Nasz nowy album jest mocno zróżnicowany ", recenzje i inne rzeczy doszedłem do PRZEDostatniej strony, gdzie zwykły bywać felietony, tak to nazwijmy.
Nie mogłem doczekać się na kolejną, dwudziestą już część " Historii pewnego bandu ". No i nie zawiodłem się, jak zawsze. Uśmiałem się do łez ( choć pewnie niektórzy żartów tam zawartych nie skumają, ale takie osobniki to zazwyczaj sflaczałe mruki ). Choć przyznaję, lepsze części się zdarzały, ale wybaczam, bo to w końcu i tak najlepsze podsumowanie roku jakie w życiu czytałem:D
W tym miejscu wielki szacun dla pana Maćka Krzywińskiego i tego co robi w tej gazecie i jak to robi ( nie tylko o felietony chodzi, ale też o wywiady czy recenzje ). Pewnie teksty zawarte na moim blogu nie są jeszcze tak wyrafinowane jak opisy typu " To musiał być ten, gdy czułem swoje gnaty jako pulsujące wałki galaretowatej brei, rzygałem chyba nawet spod powiek, a po wszystkim wyjąłem z nosa kawałek kiełbasy podwawelskiej " ( mowa tu o kacu roku ), ale wszystko zdąża w dobrym kierunku, mam nadzieję.
W tym miejscu pojawia się też pytanie, jak stworzyć idealnego posta ( jeśli jest się metalowcem i piszę się o takich sprawach, o jakich ja piszę rzecz jasna ) i sprawić, żeby wszyscy bili się o dostęp do kompa aby go przeczytać. Jako że nie operuję numerem do pana Krzywińskiego, postaram się wgłębić w temat samoczynnie, na ile szare komórki mojego otępiałego w tym momencie po całym dniu "nauki" mózgu pozwolą.

Na początek trzeba by chyba zacząć od fenomenu treści, wystarczy tylko spojrzeć na cytat wyżej. Wyobrażacie sobie, ile miałbym wejść, gdybym zaczął nawalać takimi tekstami? Przyznaję, że coraz częściej moje nieogarnięte myśli błądzą w poszukiwaniu słów które w lepszy sposób podkreślą emocjonalny wyraz moich postów. Stosowanie oklepanych zagrywek typu " Ave ku*wa " już mi nie wystarcza. Jeśli więc zaczniecie się tu natykać na posty cokolwiek dziwne, tak pod względem składniowym, jak i słowotwórczym ( a za takowy ten już w jakiejś części można uznać )wiedzcie, że to wszystko przez chorą inspirację stylem pana Maćka. 
Drugim czynnikiem wpływającym na jakość przedstawianego tekstu powinien być chyba temat. Z racji tego, iż moje życie obfituje w wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji kończących się haniebnymi klęskami, efektownymi klęskami bądź też rozwalającym żebra śmiechem mam o czym pisać. Wystarczy tylko spojrzeć na cały ten blog. Mogę też, jak Mr. Krzywiński założyć kapelę i pisać o trasach z deathmetalowymi wymoczkami ale póki co, zostanę przy swoim.
Po trzecie i najważniejsze jak dla mnie, trzeba wypracować sobie własny styl. Nie oszukujmy się jednak, każdy musi czerpać z czegoś inspirację. No powiedzcie, kim byliby tacy Rolling Stonesi gdyby nie Chuck Berry przykładowo?
Żywię więc nadzieję wielką jak jointy Boba Marleya, że w końcu mój średni jeszcze warsztat pisarski wyewoluuje w coś, co każdy będzie mógł przemielić, przełknąć i przetrawić z jednym najwyżej małym mrugnięciem oka.
( P.S Postaram się, aby post trafił do pana Krzywińskiego. Jeśli się to uda, bardzom ciekawy jego reakcji:))




poniedziałek, 2 stycznia 2012

Być może już trochę późno, i tylko moją winą jest że o tym zapomniałem, ale składam wszystkim którzy tu zaglądają najserdeczniejsze życzenia z okazji minionych już świąt ( :D ) oraz szczęśliwego nowego roku! Dużo radości, miłości, cudownych chwil i radości z czytania kolejnych postów na blogu! No i, rzecz jasna, przyjemnego końca świata 21 grudnia:)

(P.S Zmieniłem czcionkę, gdyż doszły mnie słuchy że poprzednia " raziła po oczach ". Mam nadzieję, że teraz będzie się czytało dużo lepiej:))

środa, 28 grudnia 2011

Dziennik Młodego Metalowca na fb



Zapraszam do polubienia Dziennik Młodego Metalowca na Facebooku!:)

Lekcja polskiego - Czyli jak wprawić w zadumę nauczyciela

Wiem, że zaczynanie tematu związanego ze szkołą podczas przerwy świątecznej nie jest zbyt dobrym pomysłem, ale temat ten wydaje mi się ( po raz kolejny :)) godny uwagi.
Opisywana sytuacja zdarzyła się na lekcji polskiego, gdzieś z tydzień temu. Otóż mój szanowny nauczyciel ( to nie sarkazm, to wyraz szacunku :)), nim rozpoczął zajęcia dyskutował z nami o trochę o tematach " młodzieżowych ", jak to ma w zwyczaju. Konwersacja zeszła w pewnym momenci na pole muzyki, a konkretnie nasze koszulki. W liceum, jak już pisałem wcześniej, mnóstwo osób słucha ciężkiej muzy, otwarcie się z tym afiszując. Nie inaczej jest w mojej klasie. Tu gdzieś bluzki z AC/DC, Nirvaną, System of a Down, tam znów moja bluzka Slayera. Szczerze powiedziawszy nauczyciel był trochę zaskoczony tym, jak się prezentujemy.
- Gdy tak patrzę na was - mówił - Aż wierzyć się nie chce, że młodzież lubi jeszcze taką stylistykę muzyczną. Za moich czasów ( ileż razy ja to stwierdzenie już w życiu słyszałem ) to klasyką był Led Zepplin albo Deep Purple... Potem to nosiło się koszulki z testamentem Kurta Cobaina, bo Nirvana to był wtedy ewenement na skalę światową, szał... A dziś to już to już klasyka, nie ( tak bardziej stwierdził niż zapytał, w charakterystycznym dla siebie stylu )?
- O tak, taaak, oczywiście! - wśród klasy podniosły się okrzyki, przypominające lwicę broniąca swych młodych ( Dobra, trochę przesadziłem, ale w 70% to porównanie jest jak najbardziej trafne :)). W tym momencie dopiero dostałem pełny obraz ludzi z mojej szkoły. Ich przywiązania, uwielbienia wręcz do klasyki rocka. ( Pewnie jeśli któryś z nich to przeczyta, setnie się ubawi, no ale to czysta prawda :))
Nauczyciel długo jeszcze nie mógł wyjść z zadumy, a sądząc po jego minie, także i z podziwu. Z pewnością cieszył i cieszy się, że kolejne pokolenia młodzieży hołdują starej, dobrej rockowej muzie. No i tyle o niej wiedzą, no bo przecież wiele jest osób, które twierdzą, że słuchają jakiejś kapeli a nawet nie potrafią wymienić aktualnego, lub choćby pierwotnego jej składu. 
W tym właśnie miejscu, na podsumowanie, nasuwa się kolejny wniosek. Mianowicie śmiało można stwierdzić, że żadna muza na świecie nie ma tak oddanych fanów, jakich mają hard rock i metal. Wiernych, kochających, wielbiących ponad wszystko! 
Nie powiem, ta lekcja naprawdę, ale to naprawdę mile mnie zaskoczyła:) \m/!!!  

sobota, 17 grudnia 2011

Blog Dziennik Młodego Metalowca został zgłoszony do konkursu na Blog roku 2011! Szczegóły dotyczące głosowania i wszelkie informacje o tym zgłoszeniu tutaj:

wtorek, 29 listopada 2011

Za co kocham/nie kocham metal ( i nie tylko metal ) ?

No cóż. W tym temacie mam pełne pole do popisu. Wreszcie wyrzucę z siebie to wszystko, co czuję, gdy słucham swojej muzyki. Właściwie sam jestem zdziwiony, dlaczego dopiero teraz wpadłem na ten pomysł. Być może musiałem po prostu dojrzeć, by móc się za to zabrać. 
Tak więc zacznijmy. Na początek skupię się na uczuciach. Ach... Gdy siedzę tak nad tym starym zeszytem i próbuję sklecić jakieś zdania, przekonuję się, że pisanie o uczuciach towarzyszących słuchaniu metalu jest rzeczą ciężką. Mrowienie na całym ciele, przyjemne dreszcze... Umysł, który od razu przenosi przed szalejącą, stu tysięczną publikę... Energia, która włada organizmem, powodując, że chcesz machać głową, skakać i wić się w nieskończoność! Naprawdę, brak mi słów, by opisać to w należycie godny sposób...
Jednakże wszystko, co mnie wtedy ogarnia, nie bierze się przecież z niczego. Gdyby Sabaton, Megadeth czy Slater byli zespołami słabymi, wspomniane wyżej uczucia w ogóle nie miałyby szans na zaistnienie. Każda z tych kapel ma własym niepodrabialny styl. Oryginalność! Z pewnością jest to jeden z głównych czynników decydujących o tym, czy kapela zagości na dłużej w mej świadomości. Ale patrzą na całą muzykę, jaką oferuję się nam w dzisiejszych czasach, metal sam w sobie staje się oryginalny. Tak więc uwypukliła się pierwsza rzecz, za którą kocham metal.

Kolejną rzeczą z pewnością będzie riff. Niektórym może się to wydać wręcz śmiesznie oczywiste, ale pominięcie tego elementu byłoby z mej strony dużym uchybieniem. Chciałbym tu zwrócić uwagę na jakość riffów, ich styl i budowę w danym utworze. Nie wszystkie bowiem kapele są stworzone do tego, by pisać riffy dobre. Słyszałem już w życiu wiele kompozycji, których gitarowy motyw przewodni był po prostu słaby. Należałoby to więc sprostować:  Kocham metal za riffy, ale riffy, które wgniatają. Myślę, że każdy wie, o co chodzi, i kojarzy takie kompozycje jak choćby "Higway to Hell" AC/DC. " Holy Diver " DIO czy chociażby " Smells like teen spirit " Nirvany. A no właśnie. 
Następne przy czym chciałbym się zatrzymać to wokal. W tej dziedzinie niedoścignionym wzorem jest dla mnie Steven Tyler. No i w tym miejscu dochodzimy do moich poza metalowych fascynacji. Aerosmith to uznana rockowa kapela, która swoje piętno w światowej muzyce i kultruze odcisnęła. Mimo iż, jak już wspomniałem, niewiele mają wspólnego z metalem, wciąż mnie oczarowują. No bo ja ogólnie zawsze wolałem to, co amerykańskie, niż to, co polskie. Dotyczy to zarówno muzyki, jak i filmów, bajek, komiksów, książek, gier... Czyli całego mojego dotychczasowego życia. A Tyler, no i cały Aerosmith rzecz jasna, takimi numerami jak " Cryin " czy " Crazy " sprawiają, że te cudowne wspaniałe lata dzieciństwa odżywają ( w dzieciństwo wliczam podstawówkę:)), aż łza się w oku zakręca. Kiedyś świat był dużo prostszy, bardziej kolorowy, bardziej " Crazy ". Walić, że ta muzyka to nie metal. Nawet sam Peja przyznał kiedys na łamach Metal Hammer ( Porozumienie ponad podziałami ) że nie samym hip - hopem człowiek żyje, przyznając że słucha takich kapel jak choćby Ramones. Gratuluję postawy!

Trzeba też jednak, wśród tych wszystkich dobrych rzeczy, trochę ten metal zjechać. Przedewszystkim zawsze wkurzało mnie to, że gdy jakaś dobra kapela nagrała mocną płytę, zdobyła rozgłos, od razu ruszała w stronę komercji. Przesładzali, upraszczali, aż w końcu z metalem przestali mieć cokolwiek wspólnego. Wkurza mnie też, gdy zespól, zamiast brać się do pracy, odcina tylko kupony od raz zdobytej popularności. Nie na tym polega metal! Wiadomo, że tylko bardzo nieliczne  zespoły postępują, tak jak to opisałem wyżej, niemniej jednak jest to deprymujące. Lepiej, żebym nazwami nie sypał:)

Tak więc zbierając te moje wypociny w jedną całość, mogę stwierdzić, że kocham metal za wszystko. Oryginalność, riff, wokal i wiele, wiele innych rzeczy. Ale przedewszystkim jednak za to, że wypełnił w mym życiu lukę i działa jak magiczny, cudowny wehikuł czasu ( nieziemski, BLUES - ROCKOWY Aerosmith...:))

czwartek, 24 listopada 2011

Metalowiec a liceum

Wybór szkoły po gimnazjum zawsze jest rzeczą trudną. W dzisiejszych czasach możliwości jest aż za wiele. Liceum, Technikum, Zawodówka, szkoły prywatne, publiczne, a nawet państwowe. Można przebierać w ofertach. Tak, przebierać, bo to szkoła się reklamuje, chce cię przyciągnąć, a nie ty ją, mimo iż sama decyduje się czy cię przyjąć. Żyjemy jednak w takich latach, że każdy i tak dostaje się tam gdzie chce. Trochę chore, nie?

Mój wybór padł na liceum. Rodziły się w mojej głowie myśli o technikum, ale chęć studiowania dziennikarstwa lub też archeologii przeważyła. Po Liceum łatwiej będzie się dostać na dobrą uczelnię.
Gdy maszerowałem, a właściwie jechałem pierwszego dnia do szkoły ( ależ to dziwnie zabrzmiało - jakby wyjęte z ust jakiegoś pierwszaka z podstawówki:)) byłem pełen obaw. Wiadomo - nowi koledzy, nowi nauczyciele, i w ogóle wszystko nowe. Gimnazjum to tam jeszcze "light" był, bo miałem je w tym samym miasteczku co podstawówkę, więc wiele się nie zmieniało. A tu? Musiałem już dojeżdżać do kompletnie innego miejsca. Przez pierwsze 2 - 3 dni nigdy nie byłem pewien, czy czekam na dobry autobus. Szczęście, że tyle osób z mojego gimnazjum "zapragnęło" kontynuować naukę w tym samym mieście.
Najgorzej jednak miałem ze szkołą. W sensie te cholerne obawy, rzecz jasna. Czy mnie zaakceptują takiego, jakim jestem? A może tam metalowców uważają za zakały społeczeństwa? W sumie tak trochę mi nie pasuje, żeby osoba mojego pokroju uczęszczała do liceum. Jakoś nie jestem przekonany, czy taki Dave Mustaine przykładowo kiedykolwiek pomyślał żeby pójść do liceum, czy co tam w tych Stanach mają.
Szybko jednak okazało się, że jak zwykle przesadzam i nie mam racji. Już w samej mojej klasie znalazło się kilkoro dziewczyn i chłopaków słuchających ciężkiej muzy. Cóż z tego, że tylko paru typa nosi długie włosy ( prócz dziewczyn rzecz jasna:)). Jak już wspomniałem poprzednio, liczy się do muzyki.
Tej z pewnością nikomu tu nie brakuje. Nie dość że ludzie w tym liceum są spoko i można z nimi nieźle się pośmiać, to jeszcze słuchają metalu. No dobra, nie jest tych słuchaczy znowu aż tak wiele, ale ważne, że są. Poza tym ci, którzy wyznają inny styl muzyki też są mega fajni.

Czy wam również metalowiec kojarzył się zawsze jako wiecznie napity maniak, lub też zwykły zadymiacz, mogący skończyć tylko zawodówkę? To ostatnie zawsze uważałem za prawdę. Idąc do liceum chciałem się wyłamać, być oryginalny. Mocno się jednak zdziwiłem. Pozytywnie!
Jakby tego wszystkiego było mało, jest też sporo osób, które poprzez sam swój ubiór manifestują przynależność do metalowej braci. Noszą glany, koszulki z nazwami zespołów, obdarte spodnie czy też czarne, skórzane kurtki. Kto by się tego spodziewał?

Mimo iż poziom w tej szkole jest dość wysoki, więc trzeba się w cholerę uczyć, żeby zdać, nie żałuję, że tam jestem. Przez te niecałe trzy miesiące zdążyłem się w pełni zaaklimatyzować. Przekonałem się, że prawdziwy metalowiec nie musi być tylko robotnikiem po zawodówce. Jeśli jest mądry, to może zostać nawet prezydentem! Pobyt w tym liceum skutecznie wyleczył mnie z kolejnego "zawodówkowego" mitu. W przyszłości będę się starał patrzeć na świat nie przez pryzmat utartych schematów, a bardziej obiektywnie i trzeźwo, bym nie musiał już być tyle razy zaskoczony:))

Na koniec umieszczam piosenkę norweskiego zespołu Tommermenn, którego dotąd nie znałem, a który polecił mi właśnie kumpel z klasy. Kawał solidnego, ciężkiego metalu!

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jak wygląda prawdziwy metal? - " Ave, ku*wa! "

( Witam po dosyć długim okresie bez nowych postów, który był spowodowany różnymi czynnikami. Poniższe przemyślanie nie będą może najwyższej jakości, bo daleko mi do optymalnej pisarskiej formy, którą przez te prawie trzy miesiące trochę zatraciłem. Niemniej jednak zachęcam do przeczytania tych krótkich wypocin i jeśli was zaintrygują - komentowania:))


Kilka dni temu wracałem do domu z próby pewnego przedstawienia. Był wieczór, a ja waliłem przez miasto ( dobra, wieś z prawami miejskimi ) z całym tym "uzbrojeniem", to jest rekwizytami. W jednej ręce kalosze, w drugiej wiatrówka ( nienabita, żeby nie było! ) a na głowie kapelusz kowbojski. Ładnie żem musiał wyglądać, co nie? Wszyscy, których spotykałem, zadawali strasznie męczące pytania. Cóż, aktor, nawet jeśli tylko gwiazda gminy, też nie ma lekko.
Przejdźmy jednak do sedna. Gdy tak zmierzałem do domu, spotkałem znajomego ( w sumie tak trochę znajomego, ale zostańmy przy samym "znajomym") kolesia. Wiernego metala. Facet miał płytotekę, której nie powstydziłby się największy fan ciężkiej muzy. Iron Maiden, STARA Metallica, Kreator, Kat i wiele, wiele innych. Nie sposób przecież wymienić wszystkich.
- Nabita ta wiatrówka? - zagadał do mnie. - Idziemy upier**lić jakiegoś katolika?
No, i od tego się zaczęło. Koleś wiedział rzecz jasna, że słucham metalu, ale nigdy z nim o tym nie gadałem. Zagaił facet nieźle, nie ma co. Cóż z tego, że był już lekko wstawiony.
- Słuchasz Slayera? ( nawiązanie do mojej koszulki ) - ciągnął. Slayerem trzeba żyć!
- Jasne, ale taki Tom Araya przykładowo chyba nic nie ma do katolików?
- A kojarzysz Show no Mercy?
- Kojarzę, kojarzę, oczywiście!
- To jest ku**a życie! Tym trzeba żyć! Ave Satan! - powiedział, pokazując jeszcze \m/ i odchodząc.
- Ave - odparłem więc i też poszedłem w swoją stronę.

Ta sytuacja skłoniła mnie do wielu przemyśleń. Dotąd uważałem się za metala. Nie widziałem jakiegoś kontrastu pomiędzy tym, że jestem katolikiem i słucham np. rzeczonego Slayera. Nie zamierzałem też nikogo "upier**lać". Jestem normalnym kolesiem, który słucha metalu, tak jak inni słuchają techno czy hip - hopu. Jednakże po tym wieczornym spotkaniu musiałem się poważnie zastanowić, czy śmiem nazywać siebie metalem. Być może jestem zbyt " miły " na taką muzykę? Być może też nie pasuję do środowiska wszystkich tych kolesi robiących zadymy na koncertach? Zbyt trudne jest dla mnie wyobrażenie sobie siebie jako kolesia krzyczącego " Ave, ku**a, do h**a ave! " i kopiącego jakiegoś punka.
Jednakże w końcu doszedłem do wniosku, że wcale nie musi tak być. Mogę być metalem na swój własny sposób. Słucham ciężkiej muzy, \m/ jest moim sztandarowym znakiem i noszę koszulki Slayera. Ale chodzę też do kościoła. Metal jest dla mnie życiem, ale w innym tego stwierdzenia znaczeniu niż dla tego całego faceta. Wybaczam mu, bo był wstawiony, a wstawiony to każdy głupstwa wygaduje, wiadomo. On jest sobą i ja jestem sobą. Fakt, że pewnie będę kiedyś stał na Metalmanii w pierwszym rzędzie z piwem w ręku i darł się jak opętany, ale pozostanę sobą. 
Podsumowując, metalem może być każdy, kto kocha tę muzę nad życie. Nieważne, czy jest satanistą, czy katolikiem, czy je banany, czy jabłka, czy klnie, czy nie. Ave \m/ ( Bez "Satan" - wiara jednak trochę zobowiązuje:))

piątek, 26 sierpnia 2011

Kapele, których słucham cz.3 - Stratovarius


                                                                                 

Tej kapeli zacząłem słuchać chyba kilka miesięcy po odkryciu Sabatonu i Freedom Call. Nie pamiętam, jak to dokładnie się zaczęło, ale prawdopodobnie wyczaiłem ich na yt. Jak nietrudno się domyślić, przeglądałem akurat zespoły power metalowe. Klikając w którąś z piosenek Stratovariusa byłem przekonany, że oto przede mną kolejny band pokroju Edguy, Gamma Ray czy wspomnianego Freedom Call. Nic bardziej mylnego. To była zupełnie inna rzecz... Coś, co kompletnie zawładnęło moim umysłem od pierwszych sekund po naciśnięciu " play ". Ten styl, brzmienie, niesamowity głos Timo Kotipelto, który nadawał tej muzyce niepowtarzalnego, cudownego klimatu. Nie przypomnę sobie, którą z ich piosenek słyszałem jako pierwszą. To jednak mało istotne, bo podobają mi się chyba wszystkie. Weźmy na ten przykład " Eagle Heart ". Mistrzowska melodia, mistrzowska solówka, mistrzowska całość! W dodatku utwór o bardzo prostej budowie i szybko zapadający w pamięć. Dlaczego więc żadna większa stacja radiowa ( chyba że w Finlandii, o czym dowiedzieć się nie sposób ) nigdy go nie nadawała? Wątpię żeby chodziło tu o brak popularności, bo na tę muzycy narzekać nie mogli, w mojej opini. Brak walorów komercyjnych. Cholerny pop.
Chciałbym w tym miejscu opisać jeszcze genialną wręcz balladę " Forever ", która na stałe weszła do kanonu klasyki power metalu. Tu prym wiedzie oczywiście magiczny głos Timo. Przepięknie użyte zostały skrzypce, które czynią utwór jeszcze cudowniejszym, wytwarzając atmosferę nieporównywalną z żadną inną. Nie macie pojęcia ( A może macie? :)) jak to przyjemnie czasem odskoczyć od tego ciężkiego metalowego łojenia.
Nie będę się rozpisywał o wszystkich ich płytach, gdyż w każdej można znaleźć coś dla siebie. Może to głupie porównanie, ale jeśli któs kiedyś kazałby mi je oceniać w skali 1 - 5 ( jak w MH :)), najsłabszą oceną byłoby 3,5, i to za " Polaris ". Bez Tolkkiego to nie to samo. Z drugiej jednak strony wszystkich płyt Stratovarius nie słyszałem, nie mogę też więc stwierdzić, że każda jest tak dobra. Ale włączając w odtwarzaczu takie krążki jak " Destiny " ( Z braku kasu niestety ściągnięty z neta ) mam wrażenie, że o jakość innych nie muszę się wcale a wcale obawiać.

Najważniejsze wydarzenie: Mimo wszystko postawię na ogłoszenie przez Timo Tolkkiego w 2008 końca Stratovarius, a później jego odejście z kapeli. Jak już mówiłem, teraz to już nie to samo. Cały duch dawnej muzyki finów jakby gdzieś się zatracił. No, może nie cały, ale z pewnością jego większa część.

Albumy studyjne:

1989 Fright Night
1992 Twilight Time
1994 Dreamspace
1995 Fourth Dimension
1996 Episode
1997 Visions
1998 Destiny
2000 Infinite
2003 Elements, Pt. 1
2003 Elements, Pt. 2
2005 Stratovarius
2009 Polaris
2011 Elysium

Obecny skład zespołu:
Timo Kotipelto - wokal
Matias Kupiainen - gitara
Lauri Porra - gitara basowa
Jörg Michael - perkusja
Jens Johansson - instrumenty klawiszowe

 

Byli członkowie zespołu

Timo Tolkki - gitara, wokal

Jari Kainulainen - gitara basowa

Tuomo Lassila - perkusja

Antti Ikonen - instrumenty klawiszowe

Staffan Stråhlman - gitara

Tuomo Lassila - wokal, perkusja

John Vihervä - gitara basowa

Jyrki Lentonen - gitara basowa

Sami Kuoppamäki - perkusja

czwartek, 25 sierpnia 2011

Rodzinna wojna cz. 3 - Kucyk - Rozwiązanie konfliktu?

Rzecz działa się przed komersem. Wiadomo, zakończenie gimnazjum, super impreza. Z pewnością też i lekkie podekscytowanie. Co ja gadam! Przejęcie! Tyle tylko, że nie z mojej strony, a ze strony mojej mamy. " Nie gnieć się tak już, umyj się, wyperfumuj, szybciej, za niedługo musisz wychodzić... ". Te i inne hasła leciały z jej ust niczym petardy. Jeśli wiecie co mam na myśli. 
Ale to i tak pikuś. Czemu? Przecież trzeba jeszcze uczesać włosy, a jakże! No i tu dopiero zaczęła się jazda.
- Zrób coś z tymi kudłami! Uczesz się!
- Dobra, już dobra, idę! - rzuciłem ugodowo.
Podnoszę się więc z krzesła, biorę do ręki grzebień i staję przed lustrem, targając te kłaki. Targając, trzeba przyznać, z niemałym trudem, gdyż dzień wcześniej je myłem. Dobrze, że myłem? No właśnie źle! Bo po kąpaniu, gdy włosy już się wysuszą to nigdy nie dają się ułożyć. 
No więc targałem je i targałem, aż tu nagle wkracza mama. Z propozycją 
- A może by tak zrobić ci kucyk? - spytała.
Tym to mnie zastrzeliła. Kucyk? To takie... dziewczyńskie. Choć w sumie dużo metalowców ma tak ułożone włosy. Zgodzić się? A co mi tam. Prawdziwy metalowiec nie boi się ryzyka. Żadnego.
- Ok. - odpowiedziałem. - Masz gumkę?
- Pożyczę ci swoją. 
Jeszcze tylko kilka ostatnich szlifów i poszedłem. W garniturku, piękny i pachnący. Pełen obaw, jak zostanę przyjęty. A jak będą się śmiać? Albo jeszcze gorzej...
Po drodze wstąpiłem po kolegę
- Co za fryz! - zaśmiał się.
- A źle jest?
- Nie, ale... tak jakoś inaczej. - ponownie się uśmiechnął. - To będzie hit.
I miał całkowitą rację. Na imprezie zrobiłem prawdziwą furorę. Tańczyłem, skakałem, szalałem, było po prostu mega! A moje stały się głównym tematem rozmów. No, może nie głównym, ale z pewnością młodzieżowa społeczność szeroko je skomentowała. Niektórzy się śmiali ( ale tych było niewielu:)), inni mówili, że fajnie. A ja stwierdziłem, że mam to gdzieś. Bo po prostu mi się to podobało. 
Gdy wróciłem, miałem co opowiadać.
- No, całe szczęście, że ci zrobiłam ten kucyk! - powiedziała wtedy mama.
Choć raz nie miała nic przeciw moim włosom.

Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Następnego dnia wróciła norma. Czyli: " Jak ty wyglądasz, uczesz się, tak nie można chodzić..." Ech.

środa, 24 sierpnia 2011

Polish Power

W tym miejscu zaprezentuję kilka polskich genialnych wręcz bandów heavy lub thrash metalowych, tych znanych i tych mniej znanych:)










czwartek, 18 sierpnia 2011

Koncertów! Kapel! Metalu!!!

Gorąca letnia noc. Leżę sobie w łóżku, podjadając winogrona i czytając gazetę. O muzyce rockowej. Brnę przez wywiady, recenzje, czy jeszcze inne rubryki, starając się wyhaczyć kapelę lub twórcę, którego warto będzie posłuchać. Wszystko pięknie ładnie, bo ja ogólnie o takich rzeczach bardzo lubię czytać i czynię to często. Aż do momentu, gdy znajdę się przy relacjach koncertowych. Wtedy znów, cholewa, skacze mi ciśnienie.

Dobra, może z leksza przesadziłem, ale trochę mnie to wkurza. Cóż takiego? Koncerty! Dlaczego, można zapytać. A dlatego. Pochodzę z małej miejscowości, w której praktycznie nic ciekawego się nie dzieje ( poza paroma wyjątkami ). Gdy tak patrzę, jak się podniecają że w Warszawie zagrała wielka czwórka albo odbyła się kolejna edycja Metal Hammer Festival. Jasne, że fajnie. Lecz pytam się, czemu tam, skąd ja jestem nic takiego się nie organizuje?! No, nie żeby od razu AC/DC przyjechało, ale chociażby jakieś małe, nieznane kapele, które przecież w ten sposób też mogłyby się nieźle promować. A gmina aż tak bardzo by się znów nie wykosztowała. Ale nie! Muszą zapraszać jakieś Włoskie Modern Talking, w dodatku jednoosobowe, żeby ludzie mogli pohasać. Pewnie, że publika tego chce, ale są też ludzie ( i to nie tylko u mnie, ja to wiem! ) którzy pragnęliby posłuchać czegoś innego. Cóż to za problem dać chociażby czterdziesto minutowy set jakiejś obiecującej rockowej kapeli a potem bawić się w rytmach disco polo? Żaden. Ale większość sołtysów, burmistrzów czy innych wójtów tego nigdy nie zrozumie. Holender, czy w tym świecie jest jeszcze miejsce na metal?! To już nie lata 80' ani 90'. Dlaczego więc Behemoth ma w naszym kraju złotą płytę a Acid Drinkers wygrał w kategorii zespół roku na festiwalu w Opolu?! A no dlatego, że w tym świecie jednak trochę miejsca na ten metal jest. Bo ludzie chcą tego słuchać. Szczególnie młodzież. Ta muzyka to symbol buntu, wyraża emocje, uwalnia ukrytą, nawet bardzo głęboko, dziką energię! Dlatego też smuci mnie, że aby dostać się na koncert rockowy , i to jeszcze jakiegoś przeciętnego zespołu, muszę zawalać 40 kilosów. A i tak tych koncertów jest może kilkanaście w roku. Jedyne godne zapamiętania wydarzenia ostatnich miesięcy to występy Dżemu i T. Love w pobliskich miejscowościach ( Ok, dwudziestotysięcznych miasteczkach ). Poza tym lipa. Żałość człowieka ujmuje.
Ale zaraz. Może to tylko Polska? Polska, której rynek muzyczny jest w opłakanym stanie. I dotyczy głównie muzyki metalowej i rockowej właśnie. Czy to się kiedyś zmieni? Podobno już się zmienia. Zobaczymy tylko, czy na lepsze, czy też na gorsze, i, przede wszystkim, czy w ogóle się zmieni... Zarówno tych, którzy są powyższym słowom przychylni jak i tym, którzy sądzą odwrotnie zachęcam do pisania komentarzy, aby wyrazić swoje opinie w tym temacie.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Karaoke

W tym poście pragnę opisać, jak sam tytuł wskazuje, mój udział w karaoke. Zdarzyło się to podczas wakacji w Karpaczu.
Otóż jest to bardzo ładna miejscowość, położona u stóp śnieżki, najwyższego szczytu Karkonoszy. Jedno z tych wielu górskich miasteczek wabiących ludzi różnymi atrakcjam, ale moim zdaniem, mające w sobie coś, co czyni je dużo lepszym od innych tego typu miejsc.
Chociażby i za sprawą restauracji, znajdującej się tylko na zewnątrz, gdzie odbywało się rzeczone karaoke. Codziennie przychodziło tam mnóstwo osób, a atmosfera była wspaniała. 
Tak więc siedziałem tam sobie któregoś dnia z rodzicami i piłem napój (nie, nie piwo, sok:)). W pewnym momencie, patrząc na występującyh, pomyślałem, impuls, a jakże, że fajnie by było też coś spróbować coś zaśpiewać. Mama oczywiście stwierdziła, że to idiotyczny pomysł i głośno protestowała. Tata z kolei był nastawiony zgoła inaczej, dlategoteż zachęcał mnie do podjęcia próby.
- A co mi tam, pójdę! Walnę jakiegoś dżema! - zapowiedziałem dziarsko.
- Pff, hahaha, będą jaja! - siostra pokładała się ze śmiechu.
Ale ja nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować. Niech się śmieje! Pójdę tam i dam czadu! Choćbym miał na oczach wszystkich zrobić z siebie pośmiewisko.
Pierwszym krokiem było przejrzenie spisu piosenek. Same po polsku. Był perfect, dżem, oddział zamknięty, pidżama porno... Było także i disco polo. Ale jakoś nie bardzo widziałem siebie w roli pana Martyniuka czy innego " wokalisty ". Po namyśłe wybrałem więc " Harley mój " Dżemu. Wydało mi się to całkiem niezłą opcją. Skoczne, można przyklaskać, publika będzie się bawić.
Wypadło nieźle. Co prawda wyglądałem na lekko spiętego, lecz mogło byćdużó gorzej. Ludzie klaskali mimo iż byłem trochę sztywny, a potem bili brawo. Bardzo fajne uczucie, nawiasem mówiąc.
Jako kolejny kawałek wybrałem, tak jak i poprzednio, kawałek dżemu, tym razem " Czerwony jak cegła " . Noo, podczas tego numeru wszystkie hamulce puściły. To był totalny czad! Mimo że piosenka sama w sobie mało jest porywająca. 
Ruszałem się, skakałem, machałem długimi włosami ( mam je, mam je! ), zachęcałem do klaskania i w ogóle pełna ekspresja! Najlepsze jest to, że ludziom się podobało! Szczególnie jednemu facetowi z żoną, który wstał na ławkę i wraz ze mną nawoływał do uderzanie w dłonie. 
Po skończonej piosence " wodzirej " całej imprezy, czyli organizator krzyczał jeszcze: " Brawo dla tego chłopaka, pełne zaangażowanie! " Tłum wiwatował, a ja pomyślałem, że to po prostu nieziemskie uczucie, być tak podziwianym przez innych mimo iż tego wieczory nie byłem jedynym.
Kolejny krok ku spełnieniu rockowych marzeń wykonany, choć droga jeszcze bardzo daleka.

piątek, 1 lipca 2011

Marzenia młodego metalowca

Pomysł na tego posta poddał mi pewien post na blogu kumpeli ( a niech stracę i go zareklamuję -
http://www.kulturalnienacodzien.blogspot.com/ ), który ukazał się niedawno. Mianowicie dotyczył on marzeń. Trzymając się więc reguł, że na tym blogu opisuję swoje metalowe życie i wszystko co z nim związane, naskrobię słów kilka o tych marzeniach. Są one przecież istotnym tego życia aspektem.
W młodości chciałem być... no właśnie, kim chciałem być? Ach, tak! Księdzem. To było chyba w 1 klasie podstawówki. Nieźle, co? Powiedziałem wtedy rodzicom, że nie mam zamiaru żenić się z żadną głupią dziewczyną. Cóż to były za czasy... Na szczęście po jakichś dwóch latach otrzeźwiałem i stwierdziłem, że dziewczyny nie są wcale takie złe, chodząc nawet z jedną przez niecały dzień ( dziś to dla niej drażliwy temat, więc lepiej go nie pociągnę ). 
Potem? No tak, piłkarzem chciałem być, to się rozumie. Większość kolesi w moim wieku chciała wtedy zawodowo kopać piłę. Ja zresztą cały czas uwielbiam wychodzić na boisko.
Kolejnym marzeniem było napisanie książki. Zdaje mi się, że zakiełkowało to po lekturze " Księgi urwisów " Niziurskiego albo jakiegoś fantasy, które uwielbiam. Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie zostało mi to do dziś i wytrwale buduję fabułę mojej powieści ( jak się nie lenię... ) z nadzieją, że kiedyś uda mi się ją wydać.
Wiadomo jednak, jakie jest główne marzenie, które ma tu być opisane. Zostać gwiazdą rocka! To obok książki zdecydowanie mój największy cel. Nie wiem, czy kiedyś go osiągnę, ale jak już wspomniałem w jednym tekście, uporu mi nie brakuje. Mam gitarę elektryczną ( dość tania podróba Stratocoastera - nawet nie warto wymieniać nazwy firmy - ale jakoś gra. Mojej gitarze zostanie jeszcze poświęcony osobny post ) i sześć lat w szkole muzycznej na perkusji grałem. Choć to się tylko tak nazywa. Więcej niż w gary waliłem ( sorry, uderzałem ) w sztaby wibrafonu i ksylofonu. 
Gwiazda rocka. Ilu z nas chciałoby nią zostać? Wielu. Z pewnością. Widząc te wszystkie teledyski, koncerty, dokumenty... Też chciałoby się tak żyć. Być może nie wszystkim się to uda, ale trzeba być konsekwentnym. Bo przecież marzenia są po to, aby je spełniać! Mam rację? Chcesz zostać drugim Billem Gatesem - dąż do tego, chcesz zostać śmieciarzem - również do tego dąż! Ja, odkąd usłyszałem Sabaton, zawsze chciałem zostać gwiazdą rocka. I cały czas mam, nadzieję, że mi się uda. 
Ciężką pracą spełnisz każde, nawet najbardziej nieprawdopodobne marzenie. I wtedy już nie tylko będziesz śnił, a staniesz się częścią tych snów.

( P.S Uznałem jednak, że tabulatury to zdecydowanie zły pomysł, są przecież strony specjalne do tego przeznaczone. I w ogóle musiałbym umieścić tutaj tych tabulatur z kilkaset, aby każdy był zadowolony, a to by niepotrzebnie zajęło większą część bloga. Poprzestanę więc na Dżemie )

Dżem - List do M. - Tabulatura

 Uznałem za świetny pomysł zamieszczanie na tym blogu 
tabów gitarowych piosenek popularnych zespołów. Mam 
nadzieję, że komuś się przysłużą:) Wszystki taby pochodzą 
ze strony www.chords.pl
 
 
 a G F Dsus2
   a G F Dsus2
   a G F Dsus2
   a G F Dsus2
   a

   Ref:  
       F E d 
       F E a 
       F E G 
       F E d G



Gitara I (Grane praktycznie przez cały utwór)

----------5-7-5--------------3-3-5-3-----1--0----0-----------|
--------5--------5-------------3---------1--3------3---------|
------5--------------------4-------------2--2--------2-------|  2x
-5-7------------------3-5----------------3--0----------0-----|
-------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------|


Gitara II

---------------------------|
---------------------------|
---------------------------|    2x
---------------------------|
-7---5---3-2---3---0-------|
---------------------------|


-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|
-----------------------4---5---4--2---4--5--4----------------------|
--------------------7--------------------------5----5--7-----------|
-7---5---3-----5-7-------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|


-------------------------------------------------------------------|
---------------------------------------------------8---------------|
-------4---5--5----4--5----7-5-4-5-4---2--2-----7-----7---7--5-----|
----7--------------------------------------------------------------|
-7-----------------------------------------------------------------|


-------------------------------------------------------------------|
----------------------------------------------------------------8--|
-7--7------5-4----5-7-5--4-2------------5------7----7---5-4--------|
-------------------------------------------7-----------------5-----|
----------------------------------5--7-----------------------------|
-------------------------------------------------------------------|


Solo

-12-12--10---10--7-8-7--7-5----------------------------------------|
-10-10---8----8--8-8-8--------5------------------5-----------------|
---------------------------------7--5---4-5-7------------4---5-7---|
----------------------------------------------------7-7------------|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|


-------------------------------------------------------------------|
----------------------------------------------10-13-10----10-------|
-7----5--7-----7----7-5-7---7-5------5-----------------12----12--14|
-----------------------------------7---7---------------------------|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|


-------------------------------------------------------------------|
-10-13-10----10-----------10-13-10----10-------13--12----13--------|
----------12----12--14-------------12----12-14--------14----14-14--|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|


------------15--------------------15-----------------15-17---------|
-----15--------15-17------15---------15-17----15-------------------|
-17-----17--------------------17-----------------17----------------|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|
-------------------------------------------------------------------|