niedziela, 6 lipca 2014

Wakacje! Lub: wakacje...



Wakacje rozkwitły pełną piersią ( Nie ma to jak bezsensowne i pozbawione krzty logiki stwierdzenie na początek tekstu ), spragnione egzystowania na krystalicznie czystym niebie słońce z każdym dniem coraz skuteczniej rozprasza deszczowe chmury, podejmując nierówną walkę z nienapawającymi optymizmem przewidywaniami meteorologicznymi. No, jak już się domyślacie, nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób zacząć ten post. Ogólnie rzecz biorąc chciałem zabłysnąć inteligentnym humorem w klimacie wakacyjnym, co by wprowadzić szanownych ludzisk we właściwy nastrój posta. Z moich odczuć wynika jednak, że poniosłem dotkliwą porażkę, przejdźmy więc może dalej...



Jak pewnie zdążyliście zauważyć, ostatnimi czasy naszły mnie pewne refleksje natury letnio - wypoczynkowej. Co prawda ja wypoczywam ( nie licząc tych durnowatych ludzi ze słuchawki ) już od półtorej miesiąca, korzystając z uroków okupowania łóżka do południa i jedzenia na śniadanie obiadu, ale właściwe wakacje tak na dobrą sprawę zaczęły się w ubiegły piątek. Zmęczone katorżniczym bytowaniem w pozbawionej jakichkolwiek szans na lepsze, uwzględniające podstawowe potrzeby współczesnych nastolatków ( imprezy minimum raz w tygodniu, dostęp do zażyłych kontaktów między płciowych również na lekcjach < mam na myśli szczeniackie pocałunki, obłudniki jedne! >, zwiększenie limitu przerw przynajmniej do czterech godzin dziennie, wydawanie darmowych posiłków sygnowanych przez pięciogwiazdkowe restauracje od 10:00 do 12:00, możliwość poprawy każdej poprawy < nawet tej poprawionej > oraz kategoryczny zakaz nauczania przedmiotów mogących wpłynąć na podwyższony poziom stresu uczniaków. To naprawdę nie są wielkie wymagania, serio. ) jutro rzuciły się na dyplomy jak Suarez na Chielliniego, chcąc czym prędzej opuścić mury - tfu! - szkoły. Ich zaśmiecone bezsensownymi informacjami umysły w jednej chwili wyzuły z siebie ciążące zestawy danych, umieszczając w ich miejsce jasne, wizjonerskie, a przede wszystkim kreatywne plany wakacyjnych wojaży. Dzikie imprezy, rowerowe rajdy, prezentacje wyrabianego przez zimę kaloryfera tudzież niesamowicie smukłych nóg na osiedlowym basenie ( Stary, stary, kurna, ta śliczna Jolka spod dwójki tam dzisiaj będzie/ Anka, Jezu, ty widzisz to ciacho? < tekst wypowiedziany głosem rozmarzonym > ), cudowne ogniska w blasku księżyca nad otoczonymi wiekowymi drzewami jeziorami ( zdarza mi się bywać romantycznym ), nowe miłostki... Ogólnie rzecz biorąc, normalne Hawaje na hamaku. Pozornie, ludziska, pozornie.



Wierzcie mi ( lub nie, ale lepiej wierzcie ), że wakacje to jeden z najbardziej niebezpiecznych i traumatycznych przeżyć w życiu nastolatka. Serio. Taki osobnik, stając co roku przed możliwością rozleniwienia swoich skostniałych siedzeniem w szkolnych ławach członków i podjęcia czynności wypoczynkowych nie zdaje sobie sprawy, że takież działania w zasadzie zawsze niosą ze sobą zagrożenie życia i zdrowia, zarówno psychicznego jak i fizycznego. Weźmy na ten przykład moją ( hmm... prawie? Relacja dopiero się rozwija, ale jest dobrze ) pannę. Wyjechała ostatnio z koleżankami nad jezioro, właśnie w celu zażycia odświeżającego urlopu wolnego od wszelkiego rodzaju nauczycielskich gadanin. No więc, jako troskliwy chłopak zatelefonowałem do niej, chcąc sprawdzić jak się miewa i czy jej się tam w ogóle podoba... Takie tam standardowe pierdoły ( he, he ). Spodziewałem się - jak zwykle - ucieszonego głosu roześmianej dziewczyny, jaką zwykła ta panna bywać. Owszem, jakieś roześmiane dziewczę odebrało, nie była to jednak ona, a któraś z jej ładnie już wstawionych koleżanek. Zastrzeliła mnie informacją, że panna obecnie wegetuje na podłodze w stanie niezdatnym do podjęcia jakiejkolwiek konwersacji nawet na poziomie neandertalskich odzewów przerywanych śmiechem pustynnych hien. Właściwie to spodziewałem się takiej możliwości. Chciały się dziewczęta zabawić w babskim gronie ( mam nadzieję, przynajmniej... ), to i popiły trochę... Jednakże, gdy następnego dnia drogą sms-ową skontaktowałem się z panną ( miałem pewne obawy co do kolejnego kontaktu telefonicznego ), odpisała mi dziewczyna... zawstydzona. Co tam zawstydzona, przepełniona poczuciem infamii i całkowicie świadoma swego haniebnego blamażu. Wątpliwe, czy kiedykolwiek podniesie się z tego traumatycznego doznania. Chciała się chłopakowi pokazać z jak najlepszej strony, udowodnić, że babski wypad nad jezioro niekoniecznie równa się serii klasycznych zgonów... Niestety, została z myślą, że splamiła swój nieskazitelny wizerunek i już nigdy nie odzyska w "oczach chłopca" takiego szacunku, jak kiedyś. Sami widzicie, jeden wypad i całe życie uczuciowe spierdzielone.



Dobra, uderzmy teraz w jeszcze bardziej powszechny przykład. Basen. Czy przypominacie sobie ( bo znać z tego roku, zważywszy na pogodę, raczej nie możecie ), jak to zwykle przechadzaliście się po mokrych kafelkach, chcąc jak najlepiej zaprezentować walory swojego ciała płci przeciwnej? Jak prężyliście muskuły, podkreślaliście własne atuty odpowiednim doborem odzieży kąpielowej ( Wam też to tak jakoś dziwnie zabrzmiało? )? Standard. Ale czy zdawaliście sobie sprawę z tego, jak wielkie konsekwencje taka postawa może ze sobą nieść?! Szczególnie w dzisiejszych czasach.



Wyobraźmy sobie, że basenową aleją przechadza się Dawid Kwiatkowski, albo poczwara jemu podobna. Takiż ludź ( bo człowiekiem go nazwać nie sposób, wszak nie ludzkie jest to! ) przemierza krawędzie niecek z jakże naiwnym przekonaniem, że ulizane włosy i włusztowa prezencja zapewni mu podziw u spragnionych gorących książąt z bajki dziewcząt. Nie uwzględnia on jednak, że na dniach ( właściwie to z sekundy na sekundę ) w kraj nasz - jak i na szczęście całą Europę - z prawej strony wkracza ideologia nie kwalifikująca części rowerowych odpowiedzialnych za napędzanie kół jako osób, co najwyżej jako wybryki natury ( bo nazywając ich zwierzętami, możemy obrazić zwierzęta ). Działalność nacjonalistycznych ideologii zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, pozyskując nowych zwolenników wyższości swojego narodu ( W tych względach - przynajmniej w skrajnych wypadkach - rzecz jasna ich nie popieram ), wolnego od wszelkiego rodzaju zmór czasów współczesnych. Takiż więc Kwiatkowski liczyć się musi z tym, że gdzieś w krzakach czai się nań dżentelmen pokroju JE Krzysztofa Bosaka z pepeszą... tfu! borem w ręku i właśnie celuje mu w łeb. Sami widzicie, w świecie pozbawionym idiotycznych, sprzecznych z naturą ideologii już samo bycie może być niebezpieczne. Nie wspominając o jakichkolwiek próbach egzystowania... ( Wiecie, byt niekoniecznie musi egzystować, przynajmniej według ostatnich przemyśleń pewnego zacnego filozofa, w którego niezbadany łeb wdarł się istny huragan arcyciekawych zagadnień myślowych, które jednak nikogo nie obchodzą. Mnie, znaczy się. ) Toż to w ryj można dostać za samo zwleczenie członków z ręcznika. Ruchy głowy - nawet te najdelikatniejsze - również nie są wskazane, gdyż nawet chwilowe zawieszenie wzroku na przedstawicielce tej - według niektórych - piękniejszej płci skutkować może błędną interpretacją jej napakowanego narodowca i klasyczną bombą za "na h*j się gapisz, pedale!" ( właściwie to nawet płeć piękna nie musi być... ). Na pomysł z gatunku tych nie najwłaściwszych zakrawa także wkładanie rąk do plecaka ( czy co tam Kwiatkowscy na te baseny przynoszą ). Nieważne w jakim celu - wszak w takim plecaku znajdować się może różowa koszulka, żel do włosów albo - o zgrozo! - żurawinowego Reddsa. Nie muszą chyba obrazować, co "zwykli obywatele opowiadający się za silną polską" o tego rodzaju napojach... wyskokowych ( Zawsze lubiłem walić sucharami ). Generalnie więc, jeśli jesteś Dawidem Kwiatkowskim, to najlepiej w wakacje nie wychodź z domu, bo dopaść cię może gniew ludzi walczących o normalność. Jeśli jest inaczej, to nie znaczy wcale, że możesz czuć się bezpieczniej...



W dniu dzisiejszym walnęliśmy się z kumplami nad jezioro. Wiadomo, jakieś piwko ( Po jednym, po jednym, trochę rozumu jednak nad wodą trza zachować... ), chipsy, paluszki, mały pokerek ( Ciekawym, czy za ujawnianie takich rewelacji przyjdzie mi przeżyć najazd CBA na chałupę ). I tylko dziewcząt brak, ale pomińmy ten aspekt naszego żywota. Rzecz muszę ogólnie, że wypad nasz wywołał w moim zbezczeszczonym marnością tego świata mózgu myśli zupełnie niejasne. Czarne, znaczy się. Bo wiecie... doznałem wizji śmierci masowej. Serio. Zdałem sobie sprawę, że glob ten zaopatrzony jest w broń dużo groźniejszą niż jakieś bomby atomowe, wodorowe, bronie chemiczne czy biologiczne. To bujdy, i to na resorach eliptycznych. Reżimowe media próbują nam wmówić, że wskutek trwającego wyścigu zbrojeń, udoskonalania technologii wojskowych, modyfikacji genetycznych a nawet nalotu ciał niebieskich o nieregularnych kształtach, których nikt nie poinformował, że zapowiadanie wizyty u nas na rok 2036 wywołać może falę kolejnych powołań do masowego znachorstwa i krzewienia płatnych idei pobudzających do zreformowania swego grzesznego życia w obliczu końca świata możemy czuć się zagrożeni. Pic na wodę, sodową, gazowaną, może być nawet ze studni artezyjskich. Prawdziwe zagrożenie siedzi gdzie indziej. Mało tego, ta tykająca bomba wciąż rozmieszcza swoje kolejne ośrodki na terenie całej planety, a tendencji spadkowych nie widać ni w cholerę...



Wyobraźcie teraz sobie, że nad takim jeziorem stawiają wam McDonalda. Tłum - jak to tłum - spragniony pożywnych śmieci po całym dniu robienia tysięcy czynności, których nazwy współcześnie zmieniły końcówkę na -ing rzuca się na... właściwie nie wiadomo, co oni tam dodają, ale w każdym razie rzucają się na to coś jak kury na ślepe ziarno ( Nigdy nie miałem dobrej pamięci do przysłów. ). Lecą hamburgery, szejki, lody, cole, fanty i rzecz jasna w kieszeń zarządców tej terrorystycznej sieci knajp kolejne pieniądze. Oni doskonale zdają sobie sprawę z masowego zagrożenia, jakie niesie ze sobą budowanie kolejnych takich lokali. Ale co z tego, skoro - jak wszyscy w tym świecie - liczą tylko forsę!



Spójrzmy, co dzieje się po skonsumowaniu tych wszystkich szybkich jedzeń przez zdziczałe masy. Zachowując podstawowe prawa odnośnie BHW ( Bezpieczeństwo Higienia Wody. Jak to nie ma takiego skrótu?! Napisałem go. A jak ktoś coś napisał, to znaczy, że tak jest. ), odczekują symboliczną godzinę, a potem rzucają się w niezgłębione odmęty nie najczystszego zbiornika wodnego niczym hordy Tatarów pod Legnicą i podejmują kolejne ingowe czynności. Nie przewidują jednak ( a raczej zapominają ) że jedzenie serwowane w McDonaldzie nie jest jedzeniem z krwi kości, a z chemii i jak najtańszych kosztów. Wszystkich łapie skurcz, kolka, ataki serca i klątwa kamienia wystającego w jednym miejscu dna jeziora, o który wszyscy się potykają ( To akurat mało ma wspólnego z McDonaldem... chyba. ) i następuje masowy zgon. A to wszystko przez niezbadane produkty które próbuje podpinać się pod żywność! Albert Einstein rzekł: "Jeśli dojdzie do trzeciej wojny światowej, to w czwartej będziemy się okładać maczugami" ( czy coś w ten deseń ). Nie przewidział jednak, że ktoś wymyśli bary szybkiej obsługi. Wszystko zacznie się od jezior. Potem padną biurowce ( Zbudujemy bar na dole, żeby ci z góry biegali po schodach, a jak padną, to przeniesiemy go na górę. ). Dalej wymrą szkoły ze stołówkami, w których uczniowie zawsze biegają. Nieważne co robią, ale zawsze biegają. I tak dalej, aż przetrwają tylko weganie, jarosze i ludzie którzy proponują frytki do tego. I jak tu czuć się bezpiecznie?! Amerykanie już podobno montują pierwsze bary w okolicach Soczi. Nazwali to "Wódka" i podpisali, że działają z ramienia z Organizacji ludzi do dziś niepogodzonych ze sprzedażą Alaski. Na pewno to łykną. Nie dość, że się kasy nachapią, to jeszcze żadnych bomb używać nie muszą...



Zagrożenia mogą być również bardziej przyziemne, szczególnie w przypadku naszym i naszych słowiańskich pobratymców. Wystarczy jedna buteleczka napoju który być może czystą wodę przypomina, ale różni się jedną literką i wszyscy wokół winni się obawiać o stałość swego żywota. Wyobraźcie sobie takiegoż nawalonego osobnika, który pogrążony w depresji rzuca się pod pociąg pełen wyjeżdżających na wczasy urlopowiczów. W tym wypadku nie chodzi o zdrowie fizyczne, a psychiczne właśnie. Jasna cholera, jakby się nie mógł facet powiesić, tylko ludziom życie uprzykrza. Lud - dotychczas rozluźniony - zaczyna narzekać na wielogodzinne opóźnienia i przerwanie zasłużonego odpoczynku po miesiącach groszowej harówki. Na kogo idą bluzgi? Na koleje państwowe rzecz jasna! Rozdzwaniają się telefony, padają umizgi, obrazy ( w sensie te niemiłe słowa, nie dzieła artystyczne ), przekleństwa a ludzie w PKP muszą tego wszystkiego wysłuchiwać. Co ponosi za sobą kolejną konsekwencje: Ludziska z kolejowej infolinii wracają do domu i wyładowują swój gniew na rodzinie. Mąż nie dostaje tego, co zazwyczaj dostaje. Idzie więc do innej, a potem dochodzi do rozwodu. Dziecko, które nie może znieść rozwodu opiekunów zamyka się w sobie i trafia do domu dziecka, a jego stan psychiczny już nigdy nie wróci do normalności. Wyjdzie z bidula, ożeni się, problemy psychiczne przejdą na jego potomka ( to jest dziedziczne ) i kolejne potencjalnie samobójstwo gotowe. A wszystko zaczęło się od jednej wódki.



Sami widzicie, w wakacje to lepiej z domu nie wychodzić. Kurde, nawet w domu może być niebezpiecznie. Przechodzisz koło okna, za którym właśnie leci jaskółka z jakąś błyskotką, promień słońca się odbija, trafia cię w oczy i ślepniesz. Dobra, na tym może zakończmy, bo dojdę do konkluzji, że jutro wszyscy zginą...







Macie jeszcze ode mnie taki przykład na pocieszenie, że wakacje mogą być jednak całkiem fajną sprawą. :)

środa, 18 czerwca 2014

Jak dostałem pracę nową

Dobra więc, ludziska, mimo iż mózg mój na chwilę obecną pozostaje w stanie utrudniającym jakiekolwiek przestrzenno - kreatywne myślenie właściwe wszelkiego rodzaju literackim wyziewom, stwierdziłem, że jednak w końcu trza by znów coś skrobnąć. Dobrze stwierdziłem, nie?
Sporo się ostatnimi czasy działo. Właściwie to zawsze sporo się dzieje, ale ostatnio działo się tyle, że to działanie uporczywie łupało mi w czachę i zmusiło do zadziałania na blogu ( Też macie wrażenie, że "działanie" zostało tu użyte cokolwiek za gęsto? ). Ostatnimi czasem bowiem... Kurde, nie sądziłem że kiedykolwiek wyjdzie to spod moich palców. Dostałem... ( No nie mogę, no nie mogę.... ) pracę. Ogólnie rzecz biorąc powinienem w tym miejscu napisać coś na kształt "czad, nie?", wszak robota to zwykł być powód do dumy. Z reguły tak. W moim wypadku jednak sprawa wygląda inaczej niż powinna... No bo w chwili, gdy do rąk moich przyszłych przełożonych bądź sekretarek trafiła podpisana kopia umowy - zlecenia ( z pewnością lepsze to niż stała umowa o pracę ) załamała mi się Cobainowska wizja śpiącego pod mostem wyrzutka społeczeństwa, który okrada sklep, za "zarobione" pieniądze nagrywa w studiu płytę, zostaje międzynarodową legendą rocka o której przyszłe pokolenia będą mówić "Wiesz, wnusiu, nikt tak nie potrafił rozjebać na scenie gitary jak on", po ośmiu latach zostaje w końcu oskarżony o dawną kradzież i na znak protestu przeciwko niesprawiedliwemu reżymowi w wieku 27 lat popełnia samobójstwo, dołączając do Jimmy'ego, Janis, Kurta i innych wielkich tego świata, który notabene ten świat opuścili. Teraz prawdopodobnie czeka mnie bardziej klasyczne życie. Praca, studia ( czyt. Jedna, wielka impreza ), ślub w wieku czterdziestu lat, zaraz po studiach, piątka dzieci ( Dziwne? Nie dziwne. Ja tam zawsze wielodzietną rodzinkę chciałem mieć. Z resztą trzeba podnieść ten kraj z marazmów demograficznych kopalń ), brak emerytury, nierefundowane leki na choroby typu przeziębienie czy kaszel i przyglądanie się, jak socjalistyczna Unia walczy o dominację nad światem podczas kolejnej wojny światowej. Czułem, że ten podpis może mi załamać karierę. Skusiła mnie wizja przyzwoitych zarobków, psia mać.
Z drugiej jednak strony, jak się okazało, ta praca przyniosła mi wiele arcyciekawych doświadczeń, mocno pogłębiając moją wiedzą na temat ludzkich zachowań w momencie odbierania kolejnego cholernego telefonu od jebanego konsultanta z pieprzonej sieci komórkowej. Bo wiecie, zostałem, że to tak ładnie ujmę "Ekspertem do spraw klienta biznesowego" pewnej znanej w Polsce telefonii. Prościej rzecz ujmując, siedzę na słuchawkach i dzwonię do ludzi, proponując im przedłużenie obecnej umowy i " w ramach prezentu za wieloletnią współpracę" nowy tablet z mobilnym internetem  w zatrważająco niskim abonamencie oraz, coby jeszcze bardziej uszczęśliwić klienta zestaw obejmujący ładowarkę samochodową i słuchawkę bluetooth. Na pierwszy słuch ucha zdawać by się mogło, że to całkiem przyjemna robota. Siedzisz na fotelu, wesoło gawędzisz z ludźmi i od czasu do czasu podpisujesz umowy, załatwiając sobie premię do zarobku. Cud, miód i orzeszki normalnie. Tyle tylko, że ta praca ma jeden, poważny mankament - ludzie, do których wykonujesz połączenia. Ostatnio dzwonię do gościa, kulturalnie się przedstawiam a ten mi grozi prokuraturą i konkretnymi paragrafami. "Panie, spokojnie, ta rozmowa jest nagrywana" - mówię mu. Stwierdził, że to przestępstwo, że sobie nie życzy i na bank stanę przed sądem rejonowym, uwydatniając przekaz swojej wypowiedzi kilkoma niecenzuralnymi hasłami. Jako dobrze wychowany konsultant grzecznie powstrzymałem się od nawciskania gościowi jakiejś ohydnej wiązanki która uciszałyby te jego oskarżycielskie zapędy i rzuciłem tylko krótkie "do widzenia", rozłączając się. Co się będę z kolesiem sprzeczał... Inna rzecz miała się z facetem, który chciał zlikwidować jeden z numerów, a który mogłem mu przedłużyć. Zapytałem go więc, dlaczego to robi, jeśli jest w jakiś sposób niezadowolony z naszych usług, to szybko te błędy naprawimy. Stwierdził, że nie chce o tym rozmawiać. Naciskałem, drążyłem, aż w końcu się chłopak otworzył... Zaczął mi się żalić do słuchawki, że to numer jego żony, a on się właśnie rozwodzi i ogólnie strasznie ciężkie ma teraz życie. No, tym to mnie zastrzelił. Nie wiedziałem, czy próbować go przekonywać do pozostania u nas, czy pocieszać. Ostatecznie stwierdziłem, że "bardzo panu współczuję i przepraszam" i zakończyłem rozmowę... Niech się wiedzie kolesiowi jak najlepiej, może trafi na inną kobietę i wrócą do naszej telefonii... Tak, wtedy to byłby klasyczny happy end.
Generalnie takich wkurzonych bądź skorych do zwierzeń ludzi codziennie trafia się co najmniej kilku. Nie tylko mi, rzecz jasna. Na zmianie u nas zawsze siedzi po kilkunastu ludzi. Musielibyście tak raz stanąć w tym biurze i posłuchać, jak te wszystkie gardła na raz zaczynają trajkotać i przekonywać tych durnych ludzi, że jednak warto obniżyć ten rachunek o te kilkadziesiąt złotych i dostać nowy, wypasiony telefon ( Hm... za dużo "ten", "tych" chyba, nie? )... Ale na nie ma źle. Wiecie dlaczego? A no... bo te gardła w ostatnich wyborach głosowały na Korwina, ha, ha! Wczoraj wyszło na jaw, że na całe szczęście tylko jeden wyrzutek społeczeństwa oddał głos na te haniebne, zbrodnicze ugrupowanie PO. Reszta brygady jak jeden mąż stanęła za Korwinem! W takim teamie to od razu się lepiej pracuje. Tym bardziej, że ci ludzie konkretnie swoje stanowisko uzasadniali, dziewczyny też. Co dowodzi, że młodzi ludzie nie głosują na Korwina z powodu niedojrzałości politycznej, ale właśnie inteligencji, roztropności i chęci zmienienia socjalistycznego reżymu w tym kraju! 

Dobra, generalnie miałem jeszcze zamiar walnąć kilka (set, tysięcy) słów w tym poście, ale muszę właśnie lecieć do roboty. Odezwę się znowu z paroma rewelacjami. Trzymajta się, ludzie!


środa, 21 maja 2014

Belle Co - Back on Tour

Tak jest, panie, panowie i Conchito Wurst, w wielu kręgach ( co wielokrotnie było już przeze mnie podkreślane ) legendarny chrześcijański band Belle Co, konsekwentnie budujący swoją markę w kraju i stanowiący coraz większą konkurencję dla takich tuzów religijnego grania jak TGD czy New Life M znowu wziął się za intensywną promocję koncertową. Taki stan rzeczy sugerować może, iż popularność kapeli wzrasta z miesiąca na miesiąc, a nawet z sekundy na sekundę. Bo myśmy tak na dobrą sprawę nie planowali aż tylu koncertów ( chyba ). My nie jesteśmy tego rodzaju ludźmi, że wpychamy się na każde rekolekcje, przesłuchania, festiwale czy czuwania, choćby to miało być czuwanie dla seniorów 90+. Jakoś tak nam się dzieje, że to inni dzwonią, pytają, szukają, a w konsekwencji i zapraszają, abyśmy uświetniali swoją niewątpliwie interesującą prezencją wizerunkową i nieszablonowym podejściem do chrześcijańskich dźwięków wszelakie imprezy o charakterze religijno - kulturalnym. Reakcje publiki na koncertach jak dotąd były ze wszach miar pozytywne. Nikt nas nie wygwizdał, nie rzucił żadnym pomidorem ani nawet taktownie ( lub ostentacyjnie ) nie wstał i nie wyszedł. Co prawda fakt, iż imprezy z gatunku tych religijniejszych mają to do siebie, że ludzie tam egzystujący zazwyczaj odebrali dosyć kulturalne wychowanie i wszczynanie jakichkolwiek aktów protestu uważają za nie na miejscu wypaczyć może nieco takie pozytywne postrzeganie naszych koncertowych wojaży, niemniej jednak warto wierzyć, że te pozytywy są. To zawsze daje kopa do działania. 
Coby nie być gołosłownym, walnę ( że tak powiem ) w tym miejscu przykład z zeszłej niedzieli. Otóż zaproszeni zostaliśmy na "Festiwal piosenki wartościowej" odbywający się we wsi Szymiszów na Opolszczyźnie, w powiecie Strzeleckim ( a niech się wypromują. Sołtys się ucieszy pewnie. ). Tak jest, na ten sam festiwal, o którym rok temu w tak rozanielony sposób się rozpisywałem. Tym razem jednak zostaliśmy przez kapitułę tegoż wydarzenia potraktowani zgoła inaczej. W ubiegłym roku, jak pamiętacie ( pewnie nie, ale wmawianie sobie, że czytelnicy pamiętają wszystkie posty jak gimnazjaliści inwokację naprawdę podbudowuje morale ) ów konkurs wygraliśmy. Teraz nawet w nim nie startowaliśmy. Dlaczego? A no dlatego, że zostaliśmy zaproszeni jako gwiazda imprezy! Ileż ja lat musiałem czekać, aby ktoś w końcu wyszedł na środek wypełnionej tłumem sali ( Co prawda gimnastycznej, gdzie akustyka była gorsza w niż w Wielkim Kanionie ) i powiedział: "A teraz zapraszamy na występ gwiazdy dzisiejszego dnia!" ( Czy jakoś tak. ). Nie był to co prawda ustępujący miejsca nowej metalowej sile Tom Araya przed pół milionem ludzi na Wembley, jak to zawsze sobie wyobrażałem, ale i tak uczucie było całkiem niezgorsze. Wychodząc na tę scenę ( coś na kształt sceny właściwie ) normalnie miałem poczucie, że w końcu do czegoś w życiu doszedłem. Tak, tak, też uważam, że to jedno z tych głupszych poczuć, które człowieka w życiu nachodzą. W każdym razie koncercik się udał. Ludziska zgodnie prezentowali przemiłe banany na twarzy, co żywsi klaskali a pęczniejący z dumy sołtys z zadowoleniem spoglądał na świetnie bawiącego się proboszcza. Nawet operator tego całego scenicznego czegoś sprawiał wrażenie, jakby był mocno naszym wystąpieniem zainteresowany. Miło, naprawdę miło. 
Potwierdzenie tego, iż koncert okazał się kolosalnym wręcz sukcesem, otrzymaliśmy właściwie zaraz po zejściu ze sceny. No, nie zbiegli się może od razu dziennikarze z TVP w celu nakręcenia reportażu, nie zjawili się także pismaki z Życia na Gorąco żeby rozdmuchać nasz sukces i walnąć kalumnie odnośnie po koncertowych ekscesów klawiszowca czy basisty, niemniej jednak zainteresowanie było. Wywiad z głównymi Merami naszego zespołu przeprowadziło radio Doxa FM, a sam materiał ukazał się chyba w wieczornym wydaniu wiadomości ( w którymś na pewno ). Także i NTO ( Nowa Trybuna Opolska ) machnęła zdaje się jakiś reportażyk o nas i całym festiwalu. Poza zakotwiczyliśmy jeszcze w paru. lokalnych mediach. Ale co tam media, nie to było najważniejsze! Na każdym koncercie, jak wiadomo, najważniejsza jest późniejsza impreza na backstage'u. A nasza, jak zawsze z resztą, obfitowała w spore ilości pysznego ciasta, kawy i herbaty. Po raz kolejny rzecz trzeba: Miło, naprawdę miło.
I tak to leci, ludziska kochani. W najbliższy piątek na ten przykład również zapowiedziany mamy kolejny koncert, tym razem powiązany z czuwaniem odnośnie kleryków. Naprawdę rozumiem, że nie wszystkich tu zaglądających tego typu imprezy muszą kręcić, niemniej jednak serdecznie zapraszam. Może to być jedna z ostatnich okazji, w których zobaczycie Belle Co na żywo. Serio. Jak trafimy do TRWAM TV to o. Rydzyk z pewnością za darmo nas nie odda.

Poniżej macie taką jedną fotkę z festiwalu:
                                                                                                

Więcej znajdziecie tu: http://gszymiszow.wodip.opole.pl/festiwal/index.php?option=com_expose&Itemid=53

I nagranie reportażu z radia DOXA FM: http://doxa.fm/aktualnosci/region/szukalem-was/

No i, co by nie było, że nie zapraszałem na ten jeden z ostatnich naszych darmowych koncertów ( Nie, to żart, żart oczywiście. Lubię żartować, really. ): 
                   
Prawdopodobnie straciłem tym wystąpieniem zaufanie ortodoksyjnych wielbicieli Marduk czy Mayhem, niemniej jednak pragnę zauważyć, iż nawet coś takiego jak chrześcijański black metal istnieje ( co prawda chłopaki nie mają łatwo, bo to przeczy prawdziwym ideologicznym założeniom tej muzy, ale szacun, że mimo przeciwności wciąż walą do przodu. ). Zwie się to Unblack metalem, ludziska! Takie Frost Like Ashes to ja nawet sobie czasem lubię posłuchać. 




"Tyś jest Przedwieczny
Starszy od dni
Koniec i początek
Przedmiot mojego wychwalania
Tyś Gwiazda Zaranna
Tyś Słońce Północy
Jestem, który Jestem
Ty jesteś odniesionym Zwycięstwem
Ty jesteś Panem Zastępów
Ojcze, Synu, tajemniczy Duchu
Niegodziwi drżą ze strachu
Przed Twoim niezliczonym wojskiem ..."


Można po chrześcijańsku łupnąć black metal? Ano, jak widać, można :)  I nawet corpse paintingu z twarzyczki zmywać nie trzeba, ty.

piątek, 16 maja 2014

Elvenking - "The Pagan Manifesto"


W dniu dzisiejszym postanowiłem wziąć się za coś, czego dawno - a właściwie nigdy - na tymże blogu nie było. Otóż, z racji tego, iż tematy ostatnich postów obracały się w kręgach raczej mało zbliżonych do tych stricte metalowych, na myśl mi przyszło, aby skrobnąć recenzję któregoś z najnowszych metalowych albumów. Nie wiem, czy pomysł trafiony, w każdym razie spróbujemy coś z tej idei przelać na elektroniczny papier.

Szczerze powiedziawszy, długo myślałem, jakiż to album winienem zrecenzować. Bo w ostatnim czasie nastąpił istny wysyp całkiem smacznie zapowiadających się nowości; A to Sabaton z "Heroes", a to Stratovarius z "Nemesis Day", czy chociażby drugi album wywołującego ogromne ( co zrozumiałe ) emocje Vallenfyre - "Splinters" ( Wszak to band JE Grega Macintosha jest ). Ta. Tyle cudnych melodyjek wytwórnie na świat wypuszczają, a ja rzecz jasna musiałem się wziąć za coś... no, może nie jakoś katastrofalnie słabego, ale mimo wszystko, przeciętnego. Przynajmniej pod względem oryginalności.




Zespół: Elvenking
Kraj pochodzenia: Włochy
Album: The Pagan Manifesto
Styl: Power/heavy metal
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: AFM Records



Elvenking to band z gatunku tych, które od lat łupią jedno i to samo i cepem ze łba im ten koncepcji nie wybijesz. Jeśli na przykład robiliby to w taki sposób, jak panowie z Exodus, którzy na każdym kolejnym albumie walą podobnymi patentami, a jednak wciąż chce się tego słuchać,  nie miałbym żadnych pretensji. Tymczasem Aydan i spółka nie dość, że w swej muzyce nie poważają thrashu pod żadną postacią ( no dobra, może coś tam lizną od czasu do czasu ), to jeszcze postanowili babrać się w odmętach słodkawego power/heavy metalu, z folkowymi wtrętami z resztą. Gatunek niby o zacnych tradycjach ( wyłączając folkowe naleciałości ), wystarczy wspomnieć takie bandy jak chociażby Helloween, Sonata Arctica, Edguy czy wymieniany wyżej Stratovarius. Z tą tylko różnicą, że przemielono go już na wszystkie możliwe sposoby i naprawdę ciężko jest w tym temacie powiedzieć cokolwiek odkrywczego. Dlatego też na najnowszym albumie - bez zaskoczeń z resztą - Elfi Królowie nie przedstawili niczego, czego już ktoś kiedyś - w takim czy innym wydaniu - nie zapodał. 
Rzec jednak trzeba, że "The Pagan Manifesto" to mimo wszystko jedno z lepszych ich dokonań. Bo mi tam  muzyka Elvenking nigdy jakoś specjalnie do gustu nie przypadała; ot, klasyczny do bólu,em miejscami przesłodzony power/heavy metal, zagrany raz lepiej, raz gorzej. Jednakże w porównaniu chociażby do takiego "Wyrd", to najnowszy album Włochów jawi się miejscami jako dzieło co najmniej bardzo dobre. Na uwagę zasługuje już pierwsza ( pomijając intro ), rozbudowana, trwająca prawie trzynaście minut kompozycja. Co prawda miejscami można odnieść wrażenie, że niektóre patenty posklecano trochę na siłę, przez co całość utworu wydaje się nieco niespójna, niemniej jednak jest całkiem w porządku. Plus za klasyczną, przyjemną akustyczną wstawkę pod koniec. Kolejny numer - "Elvenlegions" - wybrany został jako singiel promujący całą płytę. Taki wybór utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że power metalowe kapele prawie nigdy nie potrafiły lansować dobrych singli. Bo przecież, jeśli się nie mylę, to numery promujące powinny być z gatunku tych lepszych na płycie, nie? Tymczasem "Elvenlegions" jest po prostu... słabe. Żadnych dobrych riffów, żadnej porywającej melodyki. Lepiej robi się w przypadku trzech kolejnych, pędzących do przodu utworów. Sprawnie zagrane, podane z klasyczną, power metalowa motoryką. Przyczepiłbym się jedynie do dwóch rzeczy: po pierwsze, panie wokalisto, to, że krzyczysz pan "Let's go!" w utworze nie znaczy, iż numer ten zyska większe poważanie na koncertach czy coś. W tym wypadku efekt może być nawet odwrotny od zamierzonego. Po drugie "Moonbeam Stone Circle" miejscami ( szczególnie w refrenie ) brzmi jak żywcem zerżnięty z Blind Guardian. 
Dalsza część płyty poziomem oryginalności również nie wybiega ponad przeciętną. Nadzieję na choć odrobinę powiewu świeżości daje bębnowy, doprawiony chórkiem wstęp w "The Solitaire", ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich. Dalej utworek wali w standardowym, pół szybkim tempie. Choć z drugiej strony całkiem niezgorszy refrenik chłopakom tutaj wyszedł. "Towards the Shore" to z kolei przyjemna, acz całkowicie przewidywalna ballada z orkiestracjami w tle. Kolejny raz widać, iż Hansi i spółka stanowili dla Włochów całkiem pokaźne źródło inspiracji. W kontekście kolejnych numerów "Towards..." traktować można jako swego rodzaju przerywnik ( przerywnik, nie wypełniacz. To ogromna różnica. ) pomiędzy kolejnymi galopadami ( no, choć może to za duże słowo. ). "Pagan's Revolution", "Grandier's Funeral Prayer", "Twilight of Magic" i "Black Roses For the Whicked One " to kolejne mniej lub bardziej pędzące do przodu numerki. Najlepiej z tego zestawu zdaje się wypadać "Twilight..." z niezłą motoryką, całkiem dobrze skonstruowaną solówką i akustyczną końcówką. Całość wieńczy prawie dziewięciominutowy "Witches Gather". I rzecz trzeba, że jest to zwieńczenie przemyślane. Dobry klimat ( choć jak dla mnie za dużo niepotrzebnych, chóralnych zawołań ), w miarę znośna melodyka i mała nowość w postaci lekkiego growlu wokalisty. W poprzednich numerach ten rodzaj śpiewu również miał swoje krótkie epizody, ale dopiero w tym ostatnim został zastosowany na szerszą skalę. Czy był to dobry pomysł? No, konceptu albumu raczej nie zepsuł, więc nie ma źle. A, i miło, że w ostatnich sekundach płyty panowie szarpnęli się jeszcze, aby wzbudzić czymś zainteresowanie słuchacza. Ciekawie podali liryki.

Podsumowując, "The Pagan Manifesto" to album niezły, choć, rzecz jasna, bez żadnych rewolucyjnych rozwiązań. Fani klasycznego power/heavy metalu spod znaku Blind Guardian, wczesnej Avantasii czy nawet Sonata Arctica będą wniebowzięci, inni - niekoniecznie. Pogratulować należy chłopakom, że nie potopili się całkowicie w bagnach słodkawych melodii, a potrafili czasami przyłożyć całkiem ostrym pazurem.
Aha, a co do okładki albumu, to też nie jest zła, choć jak dla mnie zbyt komputerowa. Ja tam wolę klasycznie robione obrazki. Nie wiem jak wy.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 12 maja 2014

Conchita Wurst i Sku*wiel, który strzelał do delfina na maturze z angielskiego

Czymże byłby ten blog, gdyby nie podjął się skomentowania zaistniałych w ostatnich godzinach sensacyjnych doniesień od sąsiadów zza Bałtyku ( No jak nie sąsiad, jak sąsiad. Wsiadłbyś w statek to w końcu byś dopłynął. ), kraju który wydał na świat szlachetny ród Wikingów, w skrócie: Danii. Otóż, jak udało się ustalić współpracującym z tym blogiem tajnym agentom stacjonującym w Kopenhadze, na skądinąd osławionym konkursie Eurowizji pojawiła się pewna postać o nie do końca zidentyfikowanej płci. Mało tego, wyszła na scenę i jeszcze miała czelność wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Nie jest do końca jasnym, jakim cudem przeszła przez rygorystyczne procedury dotyczące określenia tożsamości seksualnej artysty reprezentującego dany kraj, niemniej jednak piosenkę dokończyła. Pierwszym szokiem, który zaszokował zszokowaną opinię publiczną był fakt, iż pan/pani wykonujący/wykonująca feniksową pieśń dostał/dostała się do finału. Rzecz jasna, ogół społeczeństwa odebrał ten jawny skandal jako ponury żart, który miał na celu zwiększenie oglądalności i wprowadzeniu do konkursu elementów - czarnego bo czarnego, ale jednak - humoru. Przestało być śmiesznie, gdy w internecie pojawiły się intymne zdjęta tego brodatego stwora o niezidentyfikowanej osobowości wewnętrznej, potocznie zwanej kretynizmem. Nie wiem, jaki miał ktoś w tym interes ( gra słów niezamierzona! ) i komu chciał obrzydzić celebrowanie konsumpcji posiłku obiadowego, ale fakt faktem, iż Kiełbasa zaczęła robić furorę. Jej/jego - jak twierdzi posłanka Anna Grodzka - seksowna broda, piękne ciało ( to z kolei opinia JE Romana Biedronia ) i ( no, tu akurat całkiem bezstronnie i bez sarkazmu ) niezły wokal okazały się przepustką do wywołania międzynarodowego skandalu. Czarę goryczy przelała wygrana tego totalnie niesmacznego Włuszta. Europa jak długa i szeroka podzieliła się na ludzi, którzy do teraz nie rozumieją, dlaczego żaden terrorysta nie dokonał zamachu w momencie wczorajszego wznoszenia feniksa i nie wybawił społeczeństwa ( Środowiska prawicowe, ludzi inteligentnych i unio sceptyków )  oraz na tych, których obecność tego rodzaju osobnika w żaden sposób nie krępowała by w łóżku ( Pedały i lewaki. ). Ale jakby się tak dobrze przypatrzeć, to to coś zbiło na tej farsie niezłą kasę. Prawdopodobnie zwietrzył ten Ogrognom swoją szansę i z premedytacją ją wykorzystał. Wątpię, czy obchodziło go, jak na jego prezencję zareaguje opinia publiczna. Pośpiewa sobie jeszcze parę miesięcy, ustawi się i wszyscy o kreaturze zapomną. A ona/ono/on wybuduje jakąś willę w Argentynie i do końca życia pić będzie drinki z palemką. Cała ta sytuacja po raz kolejny dowodzi tylko jednego: głupoty ludzkiej. Jeśli ludzie naprawdę chcą Kiełbasie zaszkodzić, to powinni się zamknąć i nie komentować. A oni z uporem maniaka wciąż na nią ku*wią, pojeżdżają, ryczą, kwiczą i hejtują. Im więcej grzmią, tym więcej kasy Włusztowi leci. Prosta logika. Jaki jest więc sens zabierać jakikolwiek głos w tej sprawie? Jakby nikt nie wypowiedział o tej Eurowizji jednego nawet słowa, to też potwór nie miałby z czego ciągnąć popularności i kasy. Ale powiedz to temu durnemu ludowi...

Dobra panowie, panie i osobniki pokroju Włuszta, skończmy jednak z tymi dywagacjami na temat debilizmu współczesnej Europy i przejdźmy do innego, równie bulwersującego tematu. Otóż w ubiegłą środę - o czym poniekąd już wspominałem - odbył się egzamin maturalny z języka angielskiego, który szerokim echem odbił się we wszelkiego rodzaju środowiskach wodnych. Stało się tak, gdyż jedno z czytań umieszczonych na tejże maturze podjęło, jak się okazało, temat bardzo kontrowersyjny. Dotyczyło ono bowiem pewnego cwanego osobnika, który niesiony przypływem niezrozumiałej frustracji zaczął strzelać do niewinnego delfina. Ta bezsprzecznie bulwersująca sytuacja wywołała w uczniowskim ( i nie tylko uczniowskim ) narodzie gigantyczne wręcz poruszenie. Lud młodzieżowy ostro zaprotestował przeciwko tak nieludzkiemu traktowaniu zwierząt i propagowaniu wartości anty delfinich i postanowił wszcząć bunt. W tym celu - między innymi - powstał fanpage na facebooku, gdzie społeczeństwo może dać wyraz swojej frustracji bezmyślnością CKE. Jako aktywny działacz ruchu "Pro-delfin-life" ( Że co? Nie istnieje? Istnieje, istnieje, przed chwilą go założyłem ) popierałem tę słuszną ideę, a nawet włączyłem się do promowania tej szlachetnej akcji. Nie jestem jednak pewien, czy wyszło mi to na dobre. Postanowiłem bowiem po raz kolejny chwycić za swoja tandetną, rozstrojoną gitarę i zabawić się w pierwszego barda społeczeństwa blogerskiego. Tym razem tematyka utworu - czyli delfinie problemy ze sku*wielem w tle - zmusiła mnie do użycia kilku niecenzuralnych słów. Ogólnie rzecz biorąc, to raczej jestem z tej pieśni dumny. Boję się tylko, że kraj postrzegać mnie teraz będzie jako ordynarnego, nie myślącego w racjonalny sposób osobnika ( Choć z drugiej strony wielu ma o mnie jeszcze gorsze zdanie, więc luz ), który potrafi tylko pojeżdżać po sku*wielu. Przecież on nie jest do końca takim sadystą, na jakiego wygląda... A może strzelał do delfina, bo nie miał co jeść? A może po prostu nie celował do delfina, tylko do tej kobiety? Chyba więc będę musiał przeprosić, że tak tego zacnego sku*wiela zjechałem... Aha, no i serio, ja nie mam w zwyczaju kląć... Ale nie mogłem się powstrzymać od napisania tego czegoś. No kurde, te słowa same mi się w głowie układały...

Po więcej delfinich newsów zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/delfinygino ( nie, nie mój )

I przedstawiam tę oto, obfitujące w tak niecharakterystyczne dla mnie, zatrważająco brzydkie słowa pieśń... Ale, z drugiej prawie dwa tysiące wyświetleń w dwa dni to dobry wynik, jak na zerową promocję. Chyba będzie trza nagrać coś o Włuszcie.


:)

środa, 7 maja 2014

Matura 2014 Live News: Another Afery i Skandale

Zachęcony kolejnym komentarzem podważającym mój ścisły związek z metalową kulturą... O, czekajcie chwilę, ktoś dzwoni ( Tutaj iście genialnym prozatorskim językiem zapisuję: " W tym momencie z wibrującej niczym ćpun na odwyku komórki rozległ się dźwięk popularnej dyskotekowej piosenki "Jesteś Szalona". Zaskoczony Paweł czym prędzej przycisnął zieloną słuchawkę..." )... Kurde. I właśnie mój nieskazitelny metalowy wizerunek został pogrzebany, psia mać! Zawiodłem tych wszystkich młodych adeptów metalowej sztuki, którzy widzieli we mnie autorytet...
W takim razie trzeba wizerunek poprawić, nie? A nic tak nie poprawia wizerunku jak kolejny ze wszech miar poważny post o kolejnych maturalnych skandalach. Ludzie lubią skandale.
Zastanawiacie się pewnie, czemuż to przemilczałem wczorajszą egzekucję z matematyki... Z bardzo prozaicznego powodu. Najzwyczajniej w świecie się wnerwiłem! Te oszołomy z ministerstwa kultury czy z jakiej dziury tam oni wypełzli postanowili pokazać zestresowanym uczniakom, do jakich okrucieństw są oni zdolni. Tu nie ma co się doszukiwać kolejnych afer, skandali, czy jakichś gangsterskich machlojek. Tu trzeba z pochodniami na Wiejską walić i grozić rozpętaniem wojny domowej, jeśli szybko tej matury nie zniosą! Co prawda zniesienie tego egzaminu jeszcze bardziej otępiłoby i tak zidiociałą współczesną młodzież ( I tu niestety nie ma żadnego sarkazmu... Serio. Znam przypadek, który na pół godziny przed maturą nie wiedział do końca, co to właściwie jest ta delta. ), niemniej jednak mogliby chociaż jakiegoś psychologa nam na salę dać, co by wspierał nasze skołatane nerwy. Albo odpowiedzi do pierwszych piętnastu pytań, żebyśmy się mniej stresowali następnymi. Ale czekajcie tylko... Jeszcze wam zrobimy rewolucję... 
Jakby na pocieszenie, dzisiejszy - wedle przewidywań - bardzo hard ( ależ ja dumny jestem ze swoich impossible umiejętności językowych! ) egzamin z angielskiego okazał się wybitnie prosty. Zreflektowali się za ten polski skandal. Stwierdzili, że przesadzili z imprezą i chociaż obcy język zrobili bardziej przyswajalny. Ale to i tak jest niedopuszczalne. Żeby matura z nienarodowego języka była łatwiejsza niż z ojczystego?! Gdzie się podział duch patriotyzmu?! I wszystko jasne. Lewica układała te matury. Oni do końca chcą nas pogrzebać w odmętach socjalistycznego szamba, a może nawet i anarchię wywołać, kto ich tam wie. I my się musimy na to wszystko godzić! Ciekawe, co walną tej garstce nielicznych zapaleńców z miłością do ojczyzny ( w tym i mnie, z tego wynika ) na rozszerzeniu z Polskiego. Pewnie jakąś "Władzę" Konwickiego albo nawet "Słowo o Stalinie" Władysława Broniewskiego, już ja ich tam znam!

Chętnie bym się właściwie po rozwodził nad innymi aferaszystmi aferami i skandalicznymi skandalami które wypłynęły na tegorocznej maturce, ale czeka na mnie ciepły obiadek. Dlatego pozwolę sobie tak krócej nieco dzisiaj. 

Aha, no i żeby wszystko było jasne ( Parabole tańczą... ): Wszystko co dzisiaj napisałem było jak najbardziej poważne ( A parabole wciąż tańczą, tańczą... ). Serio ( Monalizą byyyłaś mi... ). Co tam najbardziej, nawet w cholerę poważne ( ...marzyłem tylko o toobie! ).

O i wyczekujcie gdzieś w internetowych zakątkach NTO ( Nowej Trybuny Opolskiej ) mojej krzywej, w ogóle nie podobnej do Brada Pitta gęby. I kilku słów ode mnie. Zawsze to jakaś promocja bloga, nie?

Na koniec z cyklu "Czego najlepiej słuchać przed maturą" taka oto klasyczna piosnka:


No, u mnie w każdym razie przed polskim sprawdziła się idealnie :)

poniedziałek, 5 maja 2014

Matura 2014 Live News: Afery i Skandale

Live podany co prawda z nieznacznym przesunięciem obrazu, niemniej jednak skonstruowany wedle wszelkich - nie do końca zrozumiałych - reguł tegoż tu skromnego bloga. Jak zwykle w wypadku podejmowania tematów ważniejszych od ważnych ( a dla wielu z pewnością maturą takim jest; Niektórzy to podobno nawet w zeszłym tygodniu krzyżem do Częstochowy się czołgali, bo - słusznie z resztą - stwierdzili, że poleganie tylko na własnym umyśle jest zazwyczaj zawodne ) zacząć trzeba od skandalu. Co tam skandalu, międzynarodowej afery o charakterze korupcyjno - mafijnym! Pierwszym skandalem wynikającym z tegorocznej matury z polskiego jest fakt, iż w ogóle się odbyła. Mimo iż rozumiem, że poprzednie roczniki również tego nie przyjemnego doświadczenia doświadczyły ( Że co? Niepoprawnie stylistycznie jakoś? Matura się skończyła, to sobie piszę, jak chcę. A co! ), to stoję na stanowisku iż autorów tegorocznej edycji trzeba zamknąć w kryminale, ewentualnie eksmitować z tego kraju. W sposób jaki skonstruowali tę torturę ludzkich mózgów zakrawa pod zwyrodniałe, pozbawione skrupułów bestialstwo, w dodatku z demoralizującym przekazem. Zawarli w nim jawny, choć wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie do końca świadomy przekaz podprogowy. Ha, że głupio gadam? Odrzućmy w tym momencie dywagacje nad tym, czy "Potop" został wydany w średniowieczu czy w roku 1974 ( wrócę do tego jeszcze, bo po niektórych minach widzę że wydaje im się, że źle widzą. ) i spójrzmy na to wszystko zupełnie z innej strony...
Pierwszy szok: Ta matura układana była od tyłu! Nie przypadkowo padła taka, a nie inna kolejność zadań: Motyw miłości, "Potop", "Wesele". Otóż panowie/panie w czasie tworzenia tegoż egzaminu z pewnością siedziała na weselu. Naturalną więc ich myślą było, aby tenże utwór na maturkę przemycić. Dalej jednak skończył się im pomysły. A jak się kończą pomysły, to - rzecz oczywista - trzeba się iść napić. A już w ogóle jak się jest na weselu. Wyjątkowo pozbawieni weny "układacze" wlewali w siebie coraz więcej trunków, aż zrobiły się z tego całe morza, albo oceany nawet. Innymi słowy: Potop. No i drugi temat jak w mordę strzelił! Teraz brakowało tylko jakiegoś innowacyjnego pomysłu na pierwszy tekst, do którego można by walnąć jakieś głupie pytania. Zastanówmy się: O czym po pijaku myślą faceci? No wiadomo, o dziewczynach. A dziewczyny? No tak, o facetach! Łącząc te dwa elementy, otrzymujemy nowy czynnik: Miłość. Tak oto, w prosty i nieskomplikowany sposób twórcy postanowili skatować przyszłość tego narodu. Przestawili jedynie kolejność patentów, co by nikt się nie połapał. Ha, myśleliście że w tym kraju sami idioci są, co? Wszystkich was przejrzeliśmy.
Podobnie rzecz się miała z pytaniami, jakie nam zaserwowali. Przecież to oczywisty pijacki bełkot jest....
Pytanie pierwsze, o ile sobie przypominam brzmiało mniej więcej " Napisz, czym dla uczestników dialogu "Uczty" był pokarm duszy ( choć tu mogło być inne słowo )" ( no, taki sens był ) czy jakoś tak. No siedzieli sobie kochani twórcy, naprani, nie mogąc na nic wpaść. W końcu natrafili na rozsławioną ( nie gadać mi tu, ona istnieje! ) pewnym polskim komediowym z resztą filmem markę wina "platon" i już wiedzieli, w co uderzyć. Adekwatnie do swojej sytuacji wzięli się za "Ucztę". A że nic z niej nie rozumieli - po pijaku ciężko cokolwiek zrozumieć - ułożyli właśnie takie pytania. Wyglądało to jakoś tak:
- Ej, Józek, co to jest ku*wa ten pokarm duszy?!
- Ten z tego dialogu? Pierwsze ku*wa słyszę! Tomuś, masz pomysł?!
- Nie mam ku*wa pojęcia! Spytajmy się tych wyrostków, co to będą zdawać. Niech się męczą, fajansy jedne!

Na takiej zasadzie stworzona została większość pytań. Swoistym cudem okazał się dobór tekstu, z którego coś jakoś poniekąd w jakimś mniejszym stopniu można było wywnioskować, bo wpisali po prostu w googlach "artykuły o uczcie i Platonie" i wzięli pierwsze, co im wyskoczyło. To skandal, żeby tak traktować młodzieżową społeczność! Domagamy się przeprosin!
Większym skandalem okazały się jednak tematy wypracowań. O ile "Potop" nie zawierał żadnego ukrytego przekazu czy afery, to już zadanie postawione w "Weselu" to jawna gangsterka. Otóż nie podpadło wam, dlaczego akurat dali taki dialog? Czy ktoś z was cokolwiek z niego zrozumiał?! No właśnie! Na normalnym weselu, jak toczy się rozmowa między dwoma napranymi ludźmi też nikt nic nie rozumie. I na tej właśnie imprezie panowie układacze zasłyszeli rozmowę takich właśnie osobników. Przypadkowo sposób ich wypowiedzi idealnie wpasował się w niezrozumiałą Wyspiańską lirykę ( Nawet całkiem dosłownie! Podobno ów panowie kłócili się o poglądy Korwina i Tuska. Korwin domaga się narodowego zrywu - zupełnie jak romantyczny poeta z "Wesela", a Tusk takie zapędy ma w głębokim poważaniu i uważa je za śmieszne - tak jak pozytywistyczny Gospodarz. < W toku rozmowy wyszły socjalistyczne machlojki JE Donalda, ale nie ma to związku z maturą. A może ma? > ), a więc ostatni maturalny temat został załatwiony. Tyle tylko że tutaj dochodzi aspekt korupcyjny... Przecież trzeba było zapłacić panom za wykorzystanie ich wizerunku, nie? Co z tego, że Wyspiański był pierwszy. Prawo jest prawo, podobno Unia ma takie przepisy i nic na to nie poradzimy. I teraz rodzi się pytanie... ile panowie dostali?! He?! I to wszystko z kieszeni podatników! O tym nikt nie mówi, do jasnej cholery! Przecież to czysta zbrodniczość jest! 
Dlatego też, jako przykładny obywatel i tegoroczny maturzysta postuluję o zbadanie trzeźwości komisji egzaminacyjnej, która matury będzie sprawdzać. Chyba, że po pijaku wpisują więcej punktów.

Ah, i jak będzie mnie ktoś chciał ścigać czy pozywać za ujawnianie tajnych akt które nie miały trafić do wiadomości publicznej, to walić na mejla. Z chęcią odpiszę.

A, nie wyjaśniłem jeszcze kwestii roku wydania Potopu. Otóż pewien mój znajomy legitymujący się z współpracą z pewnym polskim magazynem muzycznym był mimowolnym świadkiem takiego oto monologu na przystanku: " "No więc jakby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że napiszę "Potop", to bym k**** wyśmiała! Ja nie czytałam "Potopu", ani filmu nie oglądałam. A dzisiaj wchodzę rano na fejsa i patrzę, że urodziny Sienkiewicza. No jakbym wcześniej wiedziała, to bym się obryła, bo było pewne, że w urodziny dadzą. A ta data pod tekstem, 1974, to, myślisz, data wydania? Aha, ok. Ja nie wiem jaki to wiek, epoki tylko znam! I odrzucałam: średniowiecze nie, Młoda Polska nie... Słuchaj to: ostatnio mówili, że maturę pisał jakiś koleś, co sam był autorem tekstu do interpretacji. I 80% tylko dostał! Pojebane tej!". 
Noo, niektórzy to się naprawdę przejęli, jak widać. Ach, dziewczę z pewnością nie jest niemądre i nie wyrośnie z niej zakała społeczeństwa, podobnie jak z większości młodych ludzi, zważywszy na tragiczny poziom polskiego szkolnictwa. To pewnie tylko chwilowy kryzys.

( Cholera jasna... nie lubię tutaj stawać na konkretnych politycznych stanowiskach, ale jak nie wybierzemy tego Korwina, to ten kraj dostatecznie pogrąży się w ruinie. Serio. )

A na koniec, dla rozluźnienia przed jutrzejszymi matematycznymi aferami Mr. Irek Krosny!


JUŻ JUTRO: JAKIE SKANDALE WYBUCHŁY NA MATURZE Z MATEMATYKI???

niedziela, 6 kwietnia 2014

Problem psychologiczny

Pod tym jakże tajemniczym w swej tajemniczości tytułem ukryłem zagadnienie skądinąd bardzo powszechne - mianowicie problem "braku weny", lub, jak kto woli, niemocy twórczej. Czemu określiłem je jako "problem psychologiczny"? Raz, że takowym problemem w istocie jest, a dwa, wyszło mi że na takiej frazie/tytule mogę zarobić parę wejść więcej. Zobaczymy, czy wierzyć tym wszystkim durnowatym internetowym poradnikom ( niby durne, ale ludzie czytają. Znaczy się, że ktoś zdaje sobie sprawę, że jest to durne i że durni ludzie będą to czytać, więc ten ktoś siada i pisze. Co w gruncie rzeczy czyni go człowiekiem inteligentnym. ). Zważcie na fakt, iż w przeciwieństwie do innych żerujących na ludzkiej głupocie i naturalnej uległości względem percepcji blogerów przynajmniej wam mówię, o co sprawa idzie. Jestem więc ( a przynajmniej staram się być ) uczciwy wobec swoich czytelników ( Jakby się tak zastanowić, to takie stwierdzenie stawia mnie mimo wszystko po stronie nieuczciwych. Bo przecież gnojąc innych blogerów jednocześnie chwaląc siebie, podpadam pod marnego oszusta, który wszelkimi środkami próbuje zdobyć zaufanie czytelników. Ech. I jak tu wyjść na równego gościa? ).
W każdym bądź razie temat ciemnoty pisarskiej zakrawa pod całkiem poważną i (nie)wdzięczną w kontekście rozważań kwestię. Czemu jednak postanowiłem zagadnienie podjąć? Ano, bo najzwyczajniej w świecie ostatnio mnie dopadło. I właściwie nadal trzyma. Zdajecie sobie sprawę, jakie to durne uczucie jest? Siedzisz przed monitorem, otwierasz worda, a w głowie bezgwiezdne niebo oglądane z punktu dna Rowu Mariańskiego wrzuconego w czarną dziurę. Myślisz, myślisz, myślisz... i tyle. Mogłem sobie myśleć, stawiać kolejne literki, tworzyć nawet zdania ale i tak wszystko co napisałem w ostatecznym rozrachunku wydało mi się warte jedynie wydrukowania i użycia w toalecie, w razie gdyby dopadł mnie pewien mało przyjemny ( no, może czasami nie jest tak źle nawet ) problem a zabrakłoby klasycznych środków mogących pozbyć się jego resztek. Matko jedyna, jak to wnerwia człowieka! Jest pomysł, jest idea, a brakuje psychologicznych warunków na to by ten pomysł czym prędzej wywalić ze łba. A lud spragniony dziwacznie pokręconych tekstów czeka...
Jednakże, po kilku dniach bezowocnych prób napisania kolejnego opowiadania doszedłem do wniosku, że cała ta sytuacja powinna mnie właściwie uszczęśliwić. Przeanalizujmy zagadnienie z czysto filozoficznej strony ( ostatnio się nauczyłem, że wszelkie rzeczy w taki sposób analizuje się najciekawiej i najefektywniej zarazem ). Po pierwsze, nie może dopaść niemoc twórcza tego, kto nie tworzy. Tak? Tak. Znaczy to więc że tworzę, a więc robię coś, żeby pomysły w mojej głowie nie zostały rzucone na pastwę bezdennej otchłani niepamięci i mogły przysłużyć się społeczeństwu. Co z kolei prowadzi do konkluzji iż się staram i ( choć zdecydowanie nie tyle, ile bym chciał ) pracuję, a więc nie marnuję talentu jaki ( być może, to się okaże ) został mi z góry narzucony. Po drugie, niemoc twórcza - w tym konkretnym okresie, w którym następuje - jest domeną ludzi w jakiś sposób wypalonych. A wypaleni mogą być tylko ci, którzy mnóstwo swojego czasu i pomysłów zużyli już na zbawienie ludzkości ( każdy młody twórca chce zbawić ludzkość, ja też. ). Z tego wychodzi, że ta kopalnia w mojej głowie wydobywała grudki kolejnych idei w całkiem sporych ilościach. Urlop się należy, to normalna rzecz. Po trzecie, twórca, aby dostał tej ciemnoty we łbie musi być też artystą. Artystów cechuje bowiem nieszablonowość myślenia i zdolność do stosowania niekonwencjonalnych rozwiązań, które w pierwszej kolejności mają przynieść przyjemność i korzyści samemu autorowi. Twórca nie będący artystą nie może dostać niemocy twórczej, bo pozbawiony jest wyobraźni i tego nieszablonowego myślenia. Przykładowo będąc robotnikiem malującym na zlecenie ścianę w pokoju nie mogę dostać niemocy twórczej, bo ktoś powiedział mi jakiego koloru mam użyć i jak to pomalować ( choć może się mylę i są osobniki potrafiące w takich sytuacjach sfiksować ). W takim wypadku jestem jedynie twórcą wyglądu ściany, a nie artystą. Gdyby ten zlecający ktoś powiedział mi: Pomaluj tę ścianę jak chcesz, wtedy byłbym już artystą - musiałbym użyć wyobraźni i własnej inwencji twórczej. I mógłbym dostać tego braku weny i nie wiedzieć, jak za tę ścianę się zabrać. Tak? Tak. Dążę do tego, iż jako że w moim łbie pojawiła się owa mroczna pustka, jestem artystą, co samo w sobie jest powodem do dumy ( Artysta - toż to w ogóle pięknie brzmi! ). Po czwarte i ostatnie uczucie niemocy twórczej daje ci pewne doświadczenie. Zaczynasz rozumieć, że jeśli będziesz chciał się w tych rejonach obracać jako istota zarabiająca na przetrwanie marnej egzystencji ( przynajmniej na tym świecie ), takie sytuacje mogą się zdarzać dosyć często. Wszak człowiek jest tylko człowiekiem i nic ponadto. Czyli tak na dobrą sprawę nikim, w obliczu złożoności wszechświata i tego wszystkiego co jest w nim i poza nim ( to taka moja refleksja osobista, no. Wiem, zaczynam zbytnio wpadać w durne - acz ciekawe - filozofowanie ).
Suma sumarum taka puszcza kampinoska nocą w głowie jest człowiekowi czasem potrzebna. Jak już przejdzie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa trochę odczeka, zanim znów zaatakuje, a wena wróci dwa razy silniejsza. Czekam z utęsknieniem. Bo tak na dobrą sprawę to ja wciąż tej weny nie odzyskałem. Posty na blogu to ja se mogę nawalać, cóż to za robota wziąć do kupy parę trudno wymawialnych i przez wielu niezrozumiałych słów i poskładać w miarę logiczną całość, ku uciesze czytającej gawiedzi. Z takim opowiadaniem to zdecydowanie gorzej jest. Odpowiednie dialogi, coby dobrze odzwierciedlały charakter postaci, koncept moralizatorski ( czasami ), adekwatny do danej sceny opis, odwołania do innych utworów ( to bardzo ciekawy i dający wiele interesujących rozwiązań fabularnych zabieg ), dobre stopniowanie poszczególnych, następujących po sobie punktów zawartych w fabule, do tego jakieś "coś", żeby czytelnik poczuł się tym cosiem zszokowany i oczarowany zarazem i z chęcią przeczytał kolejne opowiadanko. Kurde, to zdecydowanie nie jest takie łatwe. Ale wena wróci, to wszystko się stanie łatwe. Czekajcie tylko, jak już ten zbiór się napisze. A wtedy... Nie zdziwcie się, jak ujrzycie moją osobę w jednej z telewizji śniadaniowych. Wiem, nisko mierzę ( zatrważająco nisko nawet ), ale od czegoś trza zacząć. Nie od razu przecież zgłosi się Steven Spielberg z opcją podpisania lukratywnego kontraktu obejmującego sfilmowanie pięciu moich kolejnych nie napisanych jeszcze powieści, nie?

P.S
Podczas niemocy twórczej nawiedził mnie Peter ( ten Szwedzki ). Temu to się wena chyba nigdy nie kończy.


czwartek, 27 marca 2014

O rzeczach względnie zajebistych

Wielu z zaglądających tu ludzisk z pewnością rozgryza teraz, jakie przesłanie niesie ze sobą ów genialny w swej tajemniczości tytuł. Szczerze powiedziawszy, to nie mam pojęcia. Ba, nie wiem nawet, o czym będzie ten post. Po prostu siedziałem sobie - wcale nie znudzony - na historii, sprawiając wrażenie pracowitego ucznia ( Taak, to moja główna zaleta. Nie, nie pracowitość. Robienie wrażenia. ) i nagle ten tytuł wpadł mi do łba. Nie roztrząsam, jakie nadprzyrodzone siły odpowiedzialne były za zaśmiecenie mojego i tak już - wedle kryteriów stawianych przez pewnych często wnerwiających ludzi sympatyzujących z różnorakimi zielonymi środowiskami - nadającego się do zutylizowania mózgu jeszcze jedną pozbawioną sensu myślą. Fakt faktem jednak, iż pod płaszczykiem teoretycznie skretyniałych słów ułożonych w jeszcze bardziej skretyniały ciąg dostrzegłem coś, co mogło je podciągnąć nawet do rangi tytułu właściwego największym filozoficznym dziełom. Mało tego! Po głębszej analizie doszedłem nawet do wniosku, że "sprawy względnie zajebiste" są istotną częścią życia każdego z nas! 
Weźmy na ten przykład szkołę. Dla jednych miejsce ucieczki przed depresyjną szarzyzną wolności, jaka roztacza się nad światem poza jej murami ( Z najnowszych podręczników do historii, ewentualnie religii bądź filozofii - mianem tym określa się współczesnych heretyków ), dla innych po prostu przymusowa konieczność, oczywisty atak na domagająca się dzikich imprez i jeszcze dzikszych zadym zbuntowaną nastoletnią młodość ( To ci z gatunku tych całkowicie normalnych. ). Jednakże, próbując jakoś przetrwać bezspornie arcytrudne i ciężkie dni naszej szkolnej egzystencji często nie zauważamy wokół siebie wielu rzeczy, które po dokładnym zastanowieniu uwydatniają się w zupełnie kształcie innym niż dotychczas. Przypuśćmy na ten przykład, iż jesteśmy sfrustrowaną antylogiczną jednostką, próbującą przegryźć się przez morderczy system edukacji matematycznej. Aby osiągnąć pełny sukces ( Czytaj: Prześlizgnąć się do następnej klasy bez sierpnia ), brakuje nam pięciu punktów. Wykazująca się niespotykanym wręcz aktem łaski belferka postanawia, iż uzyskać potrzebną liczbę będzie można jeszcze z pomocą dwóch kartkówek, każda za pięć punktów. No i sytuacja zdarzyła się taka, że z pierwszej dostaliśmy trzy punkty. Oznacza to, iż z drugiej będziemy musieli dostać dwa, a więc mniej niż połowę. Co znowu oznacza, iż jednak nie załatwiliśmy sprawy i będzie się jeszcze trzeba nieco pouczyć ( nie miałem pomysłu, jak obejść to "będzie" w tych dwóch zdaniach, tak po prawdzie ), ale mniej, niż gdybyśmy mieli pisać tylko jedną kartkówkę. Na taki stan rzeczy zazwyczaj reagujemy słowami: "Nie ma źle", "Jest dobrze" albo ( w skrajnie znerwicowanych przypadkach ) " Ku*wa, jest ok". Taka interpretacja jest zdecydowanie błędna. Mamy bowiem przed sobą klasyczny przykład "sytuacji względnie zajebistej"! Brakuje nam ledwo dwóch punktów do zdania, ale jednak będzie się trza trochę poduczyć, choć nie tak znów przesadnie dużo. Znaczy to, że jest względnie zajebiście. Zaczynacie powoli kminić etymologię zwrotu? To świetnie, ja też zaczynam.
Zdarzają się też sytuacje, w których nacisk na poszczególne słowa zwrotu rozchodzi się nierównomiernie. Mówiąc prościej: Tak jak w wypadku matmy w wyrażeniu "względnie zajebista" oba słowa są równie ważne i niezbędne, tak czasami zdarza się, iż "względnie" jest ważniejsze niż "zajebista" i na odwrót. W celu głębszej analizy zagadnienia posłużę się kolejnym przykładem. 
Wyobraźmy sobie parę młodych kochanków, którzy dowiadują się, iż będą mieli dziecko. Temat prosty do zobrazowania w umyśle, wszak wszyscy kochają kochających się ludzi, co potwierdza sukces wielu beznadziejnych romansideł ( nie tylko tych z kiosku ). No i powiedzmy, że kochankowie poważnie myślą o wspólnej przyszłości. Facet ma pracę - zarabia mniej więcej 3 tysiące złotych. Ona nie pracuje ( to wszystko ważne dane są, zresztą sami później zobaczycie ). Oboje mają mieszkanie, za które miesięcznie płacą łącznie pięćset złotych ( to, skąd je mają, to już ich sprawa. ). Tak więc teoretycznie spokojnie mogą sobie pozwolić na jedno dziecko. Wtedy sytuacja byłaby tylko zajebista ( idealna ), bo i dwójka kochających się ludzi jest, i owoc ich miłości, któremu można zapewnić w miarę godziwe utrzymanie. Co jednak, gdyby okazało się, iż dziewczyna ma urodzić pięcioraczki? Wtedy mamy do czynienia z przykładem sytuacji względnie zajebistej, gdzie słowo "względnie" jest dużo ważniejsze niż "zajebiste". Bo ogólnie rzecz biorąc sytuacja nadal jest zajebista, w końcu urodzą się im dzieci. Z drugiej jednak strony nie będzie ich za co porządnie utrzymać, a więc tylko względnie. I ta względność zajmuje tu wyższą pozycję z tego powodu, iż umysł rodziców chcących zapewnić swoim dzieciom godziwe warunki bytowania - po pierwszym napadzie zajebistości - skupi się właśnie na tej względności. Nadal nie kumacie? Prościej. Zajebistość wywołuje w rodzicach radość z narodzin dzieci, względność każe się nad tym wszystkim zastanowić i drżeć, z czego tę rodzinę utrzymać. Myślę więc, że ów strach dłużej i trwalej zapisze się w ich umysłach niż radość. Dostatecznie prosto? Kurde, nawet ja zrozumiałem, więc musi być prosto. 
Skoro mamy więc pokrótce przedstawione zagadnienie, chciałbym w tym momencie wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kategorii społecznej, w której pojęcie "względnie zajebiste" zajmuje kluczowe stanowisko, by nie rzecz że nie urasta do poziomu ucieczki przed destrukcyjnością egzystencjalnych rozważań. Mianowicie skoro blog z założenia miał kręcić się wokół tematów związanych z szeroko pojętym metalem - wspomnę jeszcze o subkulturze metalowej. Otóż - co wyraźnie pokazuje zarówno historia, jak i codzienne doświadczenia - pojęcie "względnie zajebiste" jest nieraz całym życiem takiego zbuntowanego osobnika. Nie trzeba tu przytaczać żadnych rozbudowanych przykładów, metafor, ani używać zbędnych technik wpływających na przyciągnięcie potencjalnych czytelników ( a takowe są ), wystarczy kilka prostych obrazków z życia wziętych. Ubzdryngolony metal wraca właśnie z koncertu Slayera, rozwalając po drodze jakiś znak. Zgarnia go policja. Niby wysoka grzywna jest, ale można pochwalić się kolegom. Pochwała ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Inny przykład. Pogo na koncercie. Metal wpada nie na tę osobę co trzeba i dostaje w mordę. Niby ból jest, ale uczestniczyło się w zadymie. Zadyma ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Tego typu historii jest miliony...

Wychodzi więc na to, że sytuacje "względnie zajebiste" są jedną z ważniejszych części naszego życia, mimo iż często ich nie zauważamy. A to źle, naprawdę źle... Kurde, wy też macie wrażenie, że to wszystko zrobiło się jakieś bardzo filozoficzne? A może czas skończyć z tymi wyświechtanymi, przemielonymi na tysiąc sposób hasłami dekadenckimi, egzystencjalistycznymi, idealistycznymi, dualistycznymi, rozumowymi, stoickimi i jeden Jackowski wie jeszcze jakimi, a zacząć z hasłami "względnie zajebistymi"? Może nawet przyszła pora na nowy nurt w filozofii - "względniezajebistocjonizm"? A czemu by nie! Jako zdeklarowany ( jeszcze ) nastoletni buntownik uważam, iż trzeba temu skostniałemu starszemu pokoleniu pokazać nowe ścieżki rozwoju i wytyczyć nowe szlaki.

P.S. Tak po prawdzie, ta Doro to całkiem gorąca dziewczyna jest.


poniedziałek, 24 marca 2014

Szkolne problemy natury maturalnej

Długo żem coś się nie odzywał, nie? Ale jakbyście byli na moim miejscu, to jest sfrustrowanego, wpędzonego w depresję mizernymi wynikami wszelakich ( często dziwnych i niezrozumiałych ) egzaminów licealnych przed maturą ( Taa, przygotować nas mają. Wykończyć chyba! ), to też byście nie pisali. No ja wam mówię, większe z tą maturą świrowanie niż z połową wprowadzonych w Polsce podatków ( Wiem, mi też to porównanie wydaje się cokolwiek bezsensu, ale nie mam czasu błyskotliwie wpadać na inne ). Ja rozumiem, że chcą z nas zrobić ludzi, porządnie wyedukować, wychować i w ogóle stworzyć gotowych do życia w dorosłym, demokratycznym (tfu!) społeczeństwie obywateli. Nie sądzę jednak, aby matura z matematyka pisana jako ostatni sprawdzian może mi pomóc stać się takowym człowiekiem ( Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z ewidentnym, bijącym po oczach i uszach geniuszem systemu oceniania w mojej szkole: Każdy trymestr < w ostatniej klasie semestr > przeliczany jest na 100 punktów. I tak np. ze wspomnianej matmy mamy dwa sprawdziany na 30 pkt, cztery kartkówki po 5 pkt < razem 20 >, odp. na 5, zadanie na 10 i... coś tam na jeszcze na 5, co w sumie daje 100. Tak wiem, chociaż z matmy ten system powinien być logiczny, a nie jest ), tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki z ostatnie matury próbnej, które przyprawiły dyrektora jeśli nie o atak, to przynajmniej o porządne palpitacje serca. 
Wkurza również sam fakt, iż trzeba tę szkołę zdać. Niby tak wszystko jest ok, ale jak spojrzymy na całość sprawy, stajemy przed nie lada paradoksem. Otóż muszę zdać tę szkołę, aby móc napisać maturę. A teraz użyj swojego poetyckiego, metaforycznego zmysłu i przeczytaj: Najpierw muszę się nauczyć na to, co akurat jest z przedmiotu, żeby go zdać, a dopiero później mogę się zacząć uczyć na maturę. Mówią, że trza to wszystko pogodzić i zsyntetyzować ( bynajmniej nie chodzi tu o pojęcie z zakresu chemii ) oba toki wkuwania. Nie wzięli tylko pod uwagę, że maturę pisze się od początku podstawy programowej! Spójrzmy na ten przykład na historię. Jak ktoś mi powie, w jaki sposób uczyć się równocześnie ze starożytności i dwudziestego wieku, to jestem skłonny dać mu piwo. Że niby ja tę starożytność w małym palcu powinienem mieć? Ale przypomnieć sobie muszę, nie? O matmie nie wspominam, choć o tyle dobrze, że przez ostatnie dni przysiedliśmy do testów maturalnych, a nie nowych tematów. Szczerze wam więc powiem, że bardziej się obawiam, iż mnie do tej matury w ogóle nie dopuszczą niż tego, że jej nie zdam. Jak mnie dopuszczą, to będzie lajt, trzydzieści procent to pic na wodę przecież. Chyba. 
Wyobrażam sobie teraz pełne politowania ( albo nawet i niedowierzania ) wyrazy twarzy co poniektórych czytających to ludzi. Z pewnością oburza was lekkość, z jaką podchodzę do tego "egzaminu dojrzałości", z jaką ignorancją i wręcz obcesową arogancją ( brawo dla tych, którzy od razu wychwycili pleonazm ) odnoszę się do "jednego z najważniejszych testów mojego marnego życia". Cóż... Wystarczy, że mnie nie oburza, podobnie jak nie oburzała Steva Jobsa, Billa Gatesa czy Stephena Kinga ( to matka kazała mu iść do college'u, a on po prostu nie chciał jej zawieść ). Powiedzcie mi teraz: Skoro im żadne studia do osiągnięcia spektakularnego sukcesu nie były potrzebne, to czemu mają być potrzebne mi? Heh, i znowu te oburzone i prześmiewcze głosy... Że polska to kraj bez tego typu możliwości, że tu w ogóle pracę ciężko dostać, nie mówiąc już o osiągnięciu jakiegoś sukcesu. Powiedzcie to chociażby panu Zbigniewowi Hołdysowi, Andrzejowi Stasiukowi, Gunterowi Grassowi ( To zwykły kamieniarz! ) czy Stefanowi Banachowi ( Ten ostatni to w ogóle ciekawy przypadek. Nie ukończywszy studiów, za swoją pracę w dziedzinie matematyki otrzymał stopień doktora! ) .
Jednakże moim najulubieńszym z najulubieńszych przykładów jest jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii, Thomas Alva Edison. Otóż w wieku siedmiu lat ( sic! ) usłyszał on od swojego nauczyciela, że jest tępym nieukiem który nigdy w życiu do niczego nie dojdzie i został z miejsca wywalony ze szkoły. A później wynalazł sobie te ( około ) 1000 gadżetów... I jak tu wierzyć w te wszystkie dyrdymały, które od lat wpajają nam nauczyciele? Ucz się, bo do niczego nie dojdziesz! Ależ dojdę, nauczyciele, dojdę, i to na sam koniec tęczy.
Podsumowując dzisiejsze - krótkie w zasadzie - rozważania, pozwólcie, że posłużę się znanym wszem i wobec numerem (nie)sławnej kapeli Farben Lehre, w którym to pada jakże trafny zwrot: "Nie matura, a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera"



P.S. Freedom Call w końcu, do jasnej cholery, nagrali od początku do końca równy album, bez jakichś gównianych wtrętów typ "Rockin' Radio". Warto sprawdzić, w Czechach płyta zaszła wyżej niż One Direction i Katy Perry.