sobota, 4 października 2014

Przemyślenia natury śniadaniowej

Jak żem obiecał ( Taak, wiem, często obiecywałem nawet i jabłka na modrzewiu, czy jak to się tam mówi i marnie mi to dość wychodziło. Tym razem mam nadzieję jednak być bardziej stanowczy w swym postanowieniu... chyba. ), częstotliwość publikacji kolejnych, okraszonych hektolitrami potowych kropli postów ulega czasowej poprawie i tak oto na przestrzeni dwóch dni jawi się przed wami następny tekścior. Z mojego punktu widzenia - to jest tzw. "autora" - wypełnianie postanowienia odnośnie przerzucania się na system dwu - trzy dniowy wymagać będzie ode mnie restrukturyzacji swoich narządów wennych ( Myślałem nad użyciem słowa "wenowych". Bez różnicy w zasadzie, i tak język polski nie przewiduje żadnego z nich. ), co by każde skrobnięcie pozostawiało was w co najmniej takim samym zachwycie, jak przy czytaniu najlepszych książek Agaty Christie ( Ależ tępe porównanie. Nawet jak na mnie. ). Dobra, kończąc ten wpisujący się w poczet tych najbardziej kretyńskich i niezrozumiałych początek, pozwólcie, że przejdę do właściwej części posta. Jest to chyba niezbędne do tego, aby móc cokolwiek więcej napisać, nie?
W każdym razie, jak zdążyliście się pewnie domyśleć po umieszczonym wyżej tytule ( Tak, wiem, tytuły z reguły są wyżej niż niżej. Po to jest chyba tytuł. ), w dniu dzisiejszym naszły mnie przemyślenia natury jedzeniowej, a konkretnie sposobów konsumpcji najważniejszego posiłku dnia, który nierzadko formuje człowiekowi cały jego, dwudziestoczterogodzinny obraz. Zastanawialiście się kiedyś, po co jest właściwie śniadanie? No, ja też nie. Sądzę, że nikt właściwie tego nie do końca nie wie. Mamy co prawda całe hordy różnego rodzaju doktorów, dietetyków, food profesorów albo blogerów kulinarnych, wpajających ludziom że nikt nie jest w stanie wpaść na tak genialne dania jak oni i że ich kluski w sosie własnym są własne jak żadne inne twierdzących, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, bez niego to ani rusz i zapominając o nim dążymy do nieuchronnej śmierci ( Dobra, być może nieco przesadziłem, aczkolwiek z co poniektórych elaboratów żywieniowych można takie wnioski wyciągnąć ), ale ci ludzie nigdy tak na dobrą sprawę nie wgłębili się w temat, bo nigdy bez śniadania dnia nie zaczynali ( Właśnie zaliczyłem chyba jedno z najdłuższych zdań w swej blogowej karierze. Zastanawia mnie, czy to aby zdrowy jest objaw... ). No pomyślmy. Cóż może się stać, jeśli nie zjesz śniadania? Właściwie nic. Co najwyżej nie będziesz miał energii na egzystowanie przez resztę dnia, wysłuchiwania dogłębnie durnowatych kazań nauczycieli, szefów i panów policjantów na skrzyżowaniu, którzy będą próbowali ci wlepić mandat za spowodowanie  kolizji, ponieważ nie jedząc śniadania nie wypiłeś także kawy i zasnąłeś przed kierownicą. No, ewentualnie może ci jeszcze burczeć w brzuchu, przez co skompromitujesz się pod tablicą i dostaniesz pałę, ewentualnie zszargasz dobre imię firmy na wybitnie ważnej konferencji i zostaniesz wylany z roboty z taką reputacją, że w swojej branży to już roboty nie znajdziesz. To nic takiego przecież.
Jeśli już jednak postanowisz uznać rady dietetyków za słuszne i zdecydować się na spożycie śniadania, warto zastanowić się, jaki dobór produktów będzie dla ciebie najodpowiedniejszy. Pominę w tym momencie uwarunkowania natury fizycznej, gdyż wtedy musiałbym stworzyć ze czterysta podkategorii uwzględniających wiek, masę ciała i wzrost petenta szykującego się do konsumpcji. Przeanalizuję jedynie kilka najpopularniejszych zestawów śniadaniowych i ich wady oraz zalety.
Na pierwszy ogień weźmy klasyczny klasyk ( Notatka w dzienniku: 04.10.2014 - zaliczyłem kolejny pleonazm. Wybitnie wręcz rzucający się w oczy nawet. ) - płatki z mlekiem. Danie o tyle smaczne, co bardzo niebezpieczne. Bardziej dla środowiska, niż dla samego siebie. Zastanawialiście się kiedyś, ile ta biedna krowa musiała wycierpieć, jak ją szarpali za to wymię, żebyś ty sobie mógł zjeść płatki z mlekiem? Nie, bo was nie obchodzi cierpienie zwierząt. Ale dobra, powiedzmy że to jednak ma marginalne znaczenie, bo nauczona krowa oddanie litra mleka traktuje raczej jak rytuał niż bolesną konieczność. Spójrzmy teraz na aspekty bardziej praktyczne. Robienie śniadania złożonego z mniej lub bardziej gęstego ( O procent chodzi, nieuki. Nie, nie taki alkoholowy... Mówiłem, żeby tu gimbów nie wpuszczać... ) białego płynu ( Nie, to też nie o to... Z resztą, co ja się będę produkował... ) i nafaszerowanie go płatkami nie mającymi żadnych właściwości antypoślizgowych, a nawet i zwiększających takowe zakrawa pod ogromne wręcz ryzyko. Postawisz sobie talerz z takim daniem na stole, potem niechcący strącisz go ręką i rzeka śmierci gotowa. Zauważ, że jeśli wziąłeś się za śniadanie, najprawdopodobniej wziąłeś się zań w kuchni. Płatki więc musiały się rozlać wokół setek przedmiotów, z którymi niewłaściwy kontakt doprowadzić może do trwałego uszczerbku na zdrowiu, a nawet i zgonu. Jeśli teraz poślizgniesz się na rozlanym mleku z zupełnie nie antypoślizgowymi płatkami, możesz wpaść w istną turbinę nieszczęśliwych wypadków. A to wpadasz na kuchenkę, na której gotowałeś mleko a której nie wyłączyłeś i doznajesz poparzeń trzeciego stopnia. Możesz również wylecieć przez okno, bo jak wstawałeś rano to chciałeś wpuścić do pomieszczenia wpuścić trochę świeżego powietrza, co - jak sobie w locie uświadomiłeś - nie było za dobrym pomysłem. Nie wspominając o wszelkiego rodzaju kantach stołu, kontaktach elektrycznych, krzesłach, lodówkach ( przecież możesz w nią uderzyć, drzwi się otworzą i przygniecie cię fala produktów spożywczych, z całą blachą ciasta truskawkowego twojej mamy włącznie ) czy parapetach. Sami widzicie, konsumując płatki z mlekiem trzeba być bardzo ostrożnym. Jeśli zaś chodzi o ekonomiczny punkt sprawy, to takie jedzenia może bardzo korzystnie wpłynąć na poprawę sytuacji politycznej w kraju, serio. Bo przecież kupując płatki - nieważne, czy to owsiane, czy to kukurydziane czy jakiekolwiek, które kończą się na -ane - wspierasz polskich rolników, tym samym zmniejszając ich straty w obrębie sprzedaży uprawianych zbóż i zapobiegasz potencjalnym protestom pod gmachem sejmu. Co prawda finansowo tracisz na tym wtedy ty, narzekając na horrendalne ceny i suma summarum wychodzi na zero, niemniej jednak sama świadomość wspomożenia zacnego grona rolników polskich ( Sarkazm, rzecz jasna. Tym razem mówię to z pełnym przekonaniem. ) może być budująca. No, a jeśli zaś sprawy tyczą się tylko i wyłącznie właściwości odżywczych płatków z mlekiem, to jeśli krowa nie była zarażona jakąś krowią grypą a zboża nie zżarte od środka przez różnego rodzaju robactwo, to są one całkiem spore. Minus tylko taki, że jednym talerzem się nie najesz. Tym bardziej, jeśli go wylałeś.
Na drugi ogień pójdzie następny klasyk, acz mniej chyba klasyczny niż rzeczone płatki ( Zależy, kto co lubi ). Jajecznica ( używając gwary śląskiej - smażonka ). Najczęściej podawana z chlebem i wkrojonym weń boczkiem, ewentualnie jakimś szczypiorkiem do smaku. Jeśli by spytać tylko - większości - kubków smakowych przeciętnego człeka uzyskalibyśmy zapewne odpowiedzi ze wszech miar pozytywne. Bo to dobra rzecz jest. Nikt jednak nie pomyślał, że przygotowanie jajecznicy wymaga wielu wyrzeczeń i stwarzać może większe problemy niż w wypadku wyżej opisywanych płatków. Aby przygotować jajecznicę, trzeba przecież wyciągnąć patelnię, najlepiej czystą, postawić ją na piecu i dodać jakiegoś oleju czy masła, co by się fajnie rozpuściło. Z pozoru niewinna czynność okazać się może dość problematyczna. Wszak często, idąc do kuchni nie orientujemy się za bardzo, co gdzie leży. Przygotowując więc tę patelnię tracimy mnóstwo czasu i nerwów. Dobra, ale wliczmy to wszystko w koszty. Teraz, aby zrobić jajecznicę - jak sama nazwa wskazuje - musimy użyć jajek. W tym miejscu dopuszczamy się jeszcze większego sadyzmu, niż w wypadku mleka. Przecież w przeliczeniu krowa oddaje więcej litrów mleka dziennie niż przeciętna kura sztuk jajek. Co prowadzi do oczywistej konkluzji, iż krowie przychodzi to wszystko łatwiej. Ale nikt o tym nie pomyśli. Po co myśleć o biednych kurach... Okey, powiedzmy, że jajecznica jest już gotowa. Jeśli ją wysypiemy, nic właściwie wielkiego się nie dzieje. Poślizgnąć się raczej nie poślizgniemy, acz zawsze jest taka możliwość, co najwyżej pies skonsumuje owoc naszych kilkunastominutowych, morderczych starań. Gorzej, jeśli wysypiemy ją na kogoś. Może się okazać, że ma wyjątkowo wrażliwą skórę i kolejne poparzenie gotowe. Może również okazać się człowiekiem o wyjątkowo gwałtownym charakterze, wskutek czego, widząc jajecznicę na swoich nowych, wyprasowanych spodniach podniesie się z kanapy i centralnie da ci w mordę, łamiąc nos w pięciu miejscach. Najgorzej jednak, jeśli zacznie to z siebie zjadać. Wtedy okaże się, że masz wśród rodziny albo znajomych kompletnych idiotów. Powiedzmy jednak, że udało ci się wszystko bezpiecznie donieść do stołu i zasiadłeś do jedzenia. No, teraz to dopiero musisz uważać. W wypadku jajecznicy bowiem ryzyko udławienia jest ze trzysta razy większe niż w wypadku płatków z mlekiem. A łyżka ( A czemu niby nóż? To takie banalne... ) wkroiłeś sobie za dużo boczku, stanie ci w gardle i zgon gotowy. Toż to wygląda jak jazda jednokołowcem na cienkiej linie rozwieszonej nad Wielkim Kanionem bez zabezpieczenia. Nie wspominając o tym, że znacznie bardziej prawdopodobne jest, iż kura będzie chora na ptasią grypę niż krowa na krowią ( Być może dlatego, że nikt jest krowiej grypy nie wymyślił. ). I weź tu człowieku normalnie skonsumuj śniadanie... Jeśli jednak wszystko przebiegnie bez większych zakłóceń, rzec trzeba, iż taka jajecznica dać może człowiekowi także dużo wartości odżywczych, a i nasyci bardziej niż jakieś tam płatki z mlekiem. Chyba nawet sobie pójdę zaraz zrobić. Mam nadzieję, że moje jajka są zdrowe ( Gimby... Ja wam już coś mówiłem o tych waszych skojarzeniach... )...
Dobra, kończę na dziś z tymi jedzeniowymi przykładami, bo zaraz bym tu każdemu obrzydził celebrację tego królewskiego posiłku, jakim jest śniadanie. Zapamiętajcie: Zabierając się za przygotowywania śniadania, zawsze pozamykajcie wszystkie okna, wyłączcie kuchenki, zbadajcie jajka, mleko, odkaźcie ręce, uważajcie na wszelkiego rodzaju wystające kanty stołu, krzeseł, parapety a wszystko powinno przejść bez zakłóceń. No, chyba że... Nie, naprawdę już dzisiaj skończę...

P.S. Pamiętacie jeszcze taki zespół? Właśnie sobie o nim przypomniałem. Całkiem energetyczne mieli przeboje.







piątek, 3 października 2014

Big City Nights

Siemandero, ludziska drogie! ( Właśnie skminiłem - zaskakująco szybko, nawet jak na mnie - że mimo iż napisałem dotąd około stu postów nigdy nie użyłem w żadnym wyrażenia "siemandero", które de facto jest kompletnie niepoprawne językowo, nawet jeśli spojrzymy na to od strony kolokwialnej. Ale zawsze musi być ten pierwszy raz, nie? ) Dni ostatnie nastręczyły w moim umyśle wybitnie dużo tematów, które za pomocą odpowiednich struktur nerwowych mogą dotrzeć do moich palców i znaleźć swoje słowne odzwierciedlenie w różnego rodzaju postach ( bo to, że na jednym poście się nie skończy, jest pewne jak pacierz w amenie. Czy jakoś tak. ). Otóż - nie wiem, czy wam, najszanowniejszym czytelnikom wpadającym na tegoż bloga wspominałem - ale mniej więcej od pięciu dni pełnymi garściami czerpię z uroków życia studenckiego. Mało tego, nawet kierunek wybrałem sobie taki, który wybitnie będzie sprzyjał moim działaniom zarówno od strony literackiej, jak i imprezowej, bo wydaje się być cokolwiek do ogarnięcia ( Aczkolwiek, jak życie zdążyło mnie nauczyć, tego typu założenia z reguły po pewnym czasie okazują się nieco błędne ). Publikowanie cyfrowe i sieciowe. Mówi wam to coś? Mnie też nie mówiło zupełnie. Postanowiłem jednak uderzyć w ten rejon, ponieważ pomyślałem sobie iż w jakiś sposób pomóc mi to może w rozwijaniu swej iście błyskotliwej kariery powiązanej ze słowem pisanym. Zanim jednak zabiorę się za poznawanie pierwszych rektorów, którzy na widok mojej skrzywionej, pozbawionej szlachetnych aktorskich rysów gęby z góry postanowią mnie uwalić, muszę jednak wiedzieć, kto będzie ze mną tę profesorską batalię prowadzić. Pomyślałem więc sobie, iż dobrze będzie ludzisk z roku ogarnąć.
Jednakże, jak to zwykle w przypadku studenckiej egzystencji bywa, dojście do person wegetujących na moim kierunku zajęło mi trochę więcej czasu, niż mogłem przypuszczać. Fakt ten wynikał z tego, iż przez pierwsze cztery dni nie miałem nawet chwili, aby wokół własnego wydziału się zakręcić. Weźmy na ten przykład niedzielę, to jest dzień mojej przeprowadzki do Wrocławia ( Ach, no tak, nie wspomniałem... te studia to wrocku są :) ). Postanowiliśmy walnąć się z kumplem do jakiegoś klubu. Nieważne gdzie, ważne aby poznać trochę miasto i ogarnąć nieco ogarnąć konkretne miejscówki. Jak już się pewnie domyślacie, nic z tych planów nie wyszło, bo wsiedliśmy w zły tramwaj, który wywiózł nas w kompletnie nieznane nam rejony. Szczęście, iż po drodze poznaliśmy pewne dwie blondynki. Tak się właściwie na początku nam wydawało. Jedna z nich była całkiem niczego sobie, toteż mój kumpel postanowił się wokół niej zakręcić. Jak się okazało, dziewczę należało do tego rodzaju niewiast, dla których początek znajomości nie ogranicza się tylko do "cześć", "skąd jesteś" i ewentualnie kulturalnych przytulanek, jeśli koleś się spodoba. Ma się rozumieć, iż kumpel był mocno zadowolony. Przez pierwszą godzinę przynajmniej. Potem okazało się, że kobita jest nie do końca dorosła, uciekła z domu dziecka i ściga ją policja. Czad, nie? W życiu jeszcze takiej nie poznałem, nie wiem jak wy. W każdym razie postanowiliśmy się dość szybko zmyć. Głupio byłoby chyba wylądować na komisariacie już pierwszej nocy w nowym mieście.
 Dzień drugi rozpoczęliśmy od obiadu, bo po co nam było wstawać na jakieś śniadanie. Student rzadko wstaje na śniadanie, chyba że ma wykład. A wykłady ma wtedy, kiedy chce. W każdym razie zegar dość szybko przemieścił wskazówki w rejony cyfer, które zwiastowały nadchodzący wieczór, a tym samym i nowe wyzwania, jeżeli chodzi o penetrację nieznanych nam jeszcze rejonów miasta ( A tych, nawet do dzisiaj, jest jeszcze ok. 99,9% ). Wiecie, jak tak sobie przypominam, co myśmy w tę noc robili, to nawet nie jestem pewien, czy aby kwalifikuje się to do umieszczania na blogu, bo niektóre rzeczy naprawdę mogą podkopać moją renomę grzecznego, ułożonego intelektualisty... Dobra, nie oszukujmy się. Nigdy takim nie byłem. W każdym razie druga noc była naprawdę szalona, że tak ją nieoryginalnie nazwę. Nie pamiętam do końca nawet, co robiłem, wiem jednak, że było ze wszech miar zajebiście.
Trzecia noc z kolei przyniosła nie tylko następne znajomości, ale i potyczki z organami odpowiadającymi za pilnowanie porządku publicznego w godzinach nocnych, karaoke z nieznanymi mi zupełnie osobami, całkiem sporo litrów najróżniejszego rodzaju trunków z kategorii procentów wyższych oraz zgubienie bluzy. Bo wiecie, kumpel ode mnie z mieszkania walnął się na politologię. I w ten dzień akurat postanowił się z tą politologią zintegrować i zabrać mnie ze sobą Ludzie naprawdę spoko. Była nawet jedna całkiem miła Ukrainka. Jednakże, impreza z początku mająca być tylko kulturalną popijawką, przerodziła w naprawdę regularną... integracją. W każdym razie, jak wspomniałem wyżej, w pewnym momencie doszliśmy nawet do spotkania przedstawicielami władzy publicznej. Chłopaki mieli bardzo dobry kamuflaż. Wyglądali jak typowi menele spod sklepu, ale oznaki posiadali przednie. Cud właściwie, że nie dosolili nikomu mandatem... Sprawdzili tylko latarką, czy aby nikt nie postanowił zabawić się w Kurta Cobaina, po czym stwierdzili że możemy sobie spożywać i sobie poszli. Miło.
Impreza jako taka była ok. Gorzej jednak było z powrotem do mieszkania... Bo wiecie, ja i mój kumpel mieszkamy jakieś pół godziny drogi tramwajem od kulturalnych centrów Wrocławia, wskutek czego często mamy problemy z trafieniem do domu. Ale wtedy to już było wybitne... Znaczy ja to jeszcze ogarnąłem, bo wysiadłem na przystanku leżącym jakieś dwa kilosy od mieszkania, to dałem radę dojść, gorzej z tym drugim. Wrócił 2,5 gdz później ze 150 zł mandatu za brak biletu. A co tam. Jak się bawić to się bawić.
Tak oto mniej więcej wyglądały pierwsze Wrocławskie noce... Dzisiejsza - a właściwie wieczór - w końcu pozwoliła mi poznać bliżej ludzi z mojego kierunku. Co prawda przez cały dzień wciąż nie do końca ogarniałem po wcześniejszych przeżyciach, ale zdążyłem zauważyć, że ludzie są całkiem spoko. Serio. Nawet ci którzy wykonują różnego rodzaju czynności powiązane z oddawaniem pewnych rzeczy, ku uciesze studenckiej gawiedzi balującej na wyspie.

Wiecie, zdaję sobie sprawę, iż post ten jest bardzo chaotyczny i z pewnością można go zaliczyć w poczet najsłabszych moich wyziewów. Kurde, nawet sensownego podsumowanie nie potrafię z siebie wydobyć. Ale wiecie, nigdy nie pisałem z poziomu człowieka jednocześnie zmęczonego do cna i nieco wypitego. Będąc tylko tym ostatnim, post prawdopodobnie aż zalatywałby artystycznym polotem i językową wirtuozerią ( jakby którykolwiek taki był... ). Tymczasem jednak muszą wam wystarczyć te kretyńskie wypociny. Póki co. Teraz na pewno będzie tego więcej... Bo wiecie, studia codziennie dostarczają człowiekowi milionów tematów do opisywani :)

wtorek, 16 września 2014

O rzeczach relaksujących

Wiecie co? Właśnie siedzę sobie przed monitorem. Fakt o tyle zaskakujący, że zazwyczaj przed nim leżę, gdyż ostatnimi czasy stałem się mocno rozleniwionym gościem. Umysł mój stwierdził, iż codzienne wysłuchiwanie dziesiątek durnych ludzi, którzy nie potrafią skumać, że podpisywanie kolejnej umowy z pewną znaną w kraju siecią telekomunikacyjną opłaca im się bardziej niż u tańszej konkurencji ( Z różnych względów - marka... No, właściwie to główny powód, ale z pewnością powinien zachęcić kolejnych potencjalnych klientów do cieszenia się nieograniczoną ilością rozmów z ludźmi, nawet z tymi od sieci ojca Rydzyka ), wymaga odpowiedniej ilości konkretnie określonej regeneracji. Wiedzieć wam trzeba, że mój mózg jest tym z rodzaju bardziej specyficznych, toteż jego postulaty odnośnie sposobów przywracania optymalnej formy myślowej są nieco inne niż u zwyczajnych ludzi. W swoich przemyśleniach wysuwa on trzy główne rodzaje odpoczynku: Impreza, Dziewczyna ( kiedyś to często miało związek z imprezą), Nic. W to ostatnie pojęcie może się zmieścić dosłownie wszystko, co ma właściwie związek z szeroko pojmowaną definicją klasycznego lenistwa. Spanie, leżakowanie, okupowanie kanapy i jałowe gapienie się w telewizor, w którym po raz tysiąc pięćsetny widzisz Karola Krawczyka sfrustrowanego po całym dniu jazdy tym cholernym tramwajem albo przyjemna kąpiel w wypełnionej po brzegi wannie, z delikatnie muskającą skórę pianą powstałą z płynu o zapachu alg morskich z dodatkiem olejku róży zerwanej w ogrodach rumuńskiej królowej Marii ( Ale żem się rozmarzył... Chyba jednak podaruję sobie szybki prysznic. Najwyżej podniosę nieco rodzicielom opłaty za wodę. Tylko nie mam tego algowo - różanego płynu, psia mać. ). Jak widzicie, możliwości celebracji tego błogosławionego wręcz stanu, jakim z pewnością jest wypoczynek są praktycznie nieograniczone, szczególnie w formie nierobienia niczego.

Po głębszych analizach doszedłem jednak do wniosku, iż mój z reguły dość oryginalny w swym ekscentryzmie mózg ( Może lepiej byłoby użyć słowa "dziwactwie"? Zdaję się, że tylko bogaci ludzi bywają ekscentrycznie, a mnie do takich daleko. Przynajmniej na razie, oczywiście! ) tym razem okazał się jednak dość populistyczny. Wszak trzy wyżej wymienione przeze mnie rodzaje odbudowywania zestresowanych struktur nerwowych są w dzisiejszych czasach normą. Dobrze chyba prawię, nie?
Weźmy na ten przykład pierwszy postulat: impreza. Nie będę się tutaj rozwodził nad tym, jaką formę słowo to w praktycznym sensie może przybrać, nie będę też dywagował, jakiego rodzaju imprezy są najskuteczniejsze w zwalczaniu nadmiernych pokładów negatywnych emocji, gdyż, o ile sobie przypominam, wnikliwie dokonałem tego w którymś z poprzednich postów. Skupię się tylko na tym, w jaki sposób impreza może wpłynąć na likwidację końskich podków na twarzy i klasycznej zwichy z podkrążonymi oczami, a przywrócenie wesołych bananów i bijącej zewsząd radosnej empatii ( Wam też to tak jakoś dziecinnie zabrzmiało? ). Otóż, jak już pewnie zdążyliście się do tego przyzwyczaić, nie jest to wcale takie proste. Impreza bowiem, wbrew swoim podręcznikowym założeniom przyprawić może człeka o dawkę kompletnie innej energii, niż tylko ta pozytywna. Widzieliście kiedyś ochronę na dyskotece? Tych przerośniętych łysoli, będących żywym dowodem na potwierdzenie teorii Darwina, iż człowiek pochodzi od małpy ( w ich wypadku to właściwie od goryli )? Przecież już sam widok tej niekwalifikującej się do życia w normalnym społeczeństwie grupy osobników przyprawić może człowieka o palpitacje mięśnia sercowego, a weź tu jeszcze potańcz! Stoi ci taki ogolony Hagrid nad łbem, a ty zamiast zluzować i skupić się na powiększaniu kolekcji damskich zapachów w samochodzie, co by nowego Wunderbauma nie trzeba było kupować, co i rusz spoglądasz za siebie w obawie przed niespodziewanym atakiem napakowanego Quazimodo. A tacy to walą za wszystko: Za przeskakiwanie przez barierki, podczas gdy ty chciałeś tylko sprawdzić czy występująca artystka z bliska wygląda inaczej niż z dalsza, za wypicie zbyt dużej ilości napojów kwalifikowanych jako wyskokowe i konsekwentne odpieranie zarzutów innych ludzi "Nie, ku*wa, spie*dalać, nie jestem najebany! ", a nawet za zwykłe kulturalne bójki o dominację na parkiecie albo krzywy ryj, bo i spojrzenie w nieodpowiednim momencie możesz zrobić nieodpowiednie. Choć ochrona to tam w sumie małe piwo... Jeszcze gorzej robi się, gdy chodzi o duże piwo. Kolejny poziom stresu gwarantowany. Przykładowo dostrzegasz na sali ekstra laskę, zapraszasz ją do baru a tu jeb 0,3 Żubra za dychę. I weź tu człowieku nie irytuj się! Za co ty będziesz teraz z nią pił? Przecież na zegarku wybiła dopiero jedenasta, do piątej jeszcze daleko, a w twoim portfelu ledwo pięć dych. Walniesz z nią po dwa piwa i koniec! Nie dość, że laska cię opuści, to jeszcze nowego Wunderbauma trza będzie kupować. Oczywiście, zdarzają się takie, które bardziej łase są na zabójcze spojrzenia i teksty z Szekspira, niemniej jednak tak czy siak męska duma na tym cierpi, co rzecz jasna wiążę się z pogłębianiem różnego rodzaju psychicznych zaburzeń. Kurna, z resztą przecież już sam fakt, iż jakaś dziewczyna postanowiła okazać zainteresowanie twoją nędzną osobą, może wywołać stres. A bo to wiesz, kto to jest? A n należy do organizacji dziewczyn, których celem życia jest robienie sobie jaj z niczego nie podejrzewających napalonych samców, i w kulminacyjnym momencie banalne, aczkolwiek zawsze skuteczne wylewanie wiadra żółtek na łeb wśród rozbawionego tłumu imprezowiczów. Choć z reguły są to przypadki dość radykalne. Ogólnie rzecz biorąc impreza jednak wpływa na ludzi cokolwiek relaksująco. Źle mówię? Alkohol, muzyka, dziewczyny i zero kosztów związanych z zakupem nowego Wunderbauma. I więcej nie trzeba, żyć nie umierać... 
Co się zaś tyczy tezy drugiej, to jest dziewczyny jako osobnej jednostki, podobnie jak w wypadku imprezy sytuacja nie zawsze musi wyglądać jak samochód Barbie. Różowo, znaczy się. No, i tu akurat nie sądzę, aby to było jakieś specjalne zaskoczenie... Obcowanie z tą - według prastarych greckich mitów - piękniejszą płcią wiązać się może z trwałym rozstrojem narządów mózgowych odpowiedzialnych za tłumienie niekontrolowanych napadów szału, podsyconych obfitą ilością słów niekwalifikującą się do wypowiadania w towarzystwie ( choć to właściwie zależy od towarzystwa ).  ( cięcie )

( Scena kolejna - a właściwie powrót do pisania tegoż tekstu po kilkunastu dniach zawiesin... Kolejnych, rzec trzeba, co chyba nie jestem pozytywnym omenem. )

Dobra tam, utnijmy kolejne bezsensowne wstępy, które tym razem mają w sobie jeszcze mniej sensu, gdyż zostały zaczęte w środku, co w samo w sobie jest bez sensu ( Po raz trzydziesty ósmy - według danych z mojego osobistego dzienniczka, którego nie prowadzę - zauważyłem, iż chyba za dużo razy użyłem jakiegoś słowa w zdaniu, przez co stało się ono trochę... No kurde, ty. Bez sensu. ). O czym to ja tam waliłem... Ach no tak, o dziewczynach. Otóż dziewczę samo w sobie złe jeszcze nie jest, choć - powtórzę się - bytowanie z przedstawicielką tej niezbadanej przez wszelkiej maści naukowców płci skutkować może... No, tym wszystkim, o czym napisałem ze dwa akapity wyżej. Znając życie, w pewnych kręgach ( szczególnie tych skupiających ludzi uważających siebie za prawdziwych mężczyzn ) podniosą się znów głosy, iż po raz kolejny uderzam w szaleńcze wręcz tony, by nie rzec opętańcze. Wszak takie dziewczę to przecież sama radość - i na randkę zaprosisz, i pogadasz, możesz nawet wziąć do kuchni żeby ci gary pozmywała, o szpanowaniu przed kolesiami z dzielni nie wspominając ( W tym ostatnim wypadku warto by było, aby panna prezentowała te minimum urody, albo figury przynajmniej ). Mylicie się, ludziska drogie. Kto raz - nieważne, czy to w wieku przedszkolnym, podstawowym, gimnazjalnym albo jakimkolwiek innym kończącym się na ym ( Taka uwaga na marginesie: Zauważyliście, że kończącym też się kończy na -ym? ) - był na randce ( Zwracam się teraz do panów, co by nieścisłości nie czynić ), ten wie, iż takie bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze z pozoru piękną niczym wschód słońca nad Bałtykiem w połowie lata i delikatną jak kropla rosy o poranku panną doprowadzić może jeśli nie do klekotów sercowych typu bass kick, to przynajmniej do rozstrojów żołądkowych. Wyobraźcie sobie taką rzecz: Poznajecie cudną wręcz dziewczynę, na której widok płoniecie niczym Johnny Storm z fantastycznej czwórki a wszystkie pięć włosów na nogach stają wam dęba i z miejsca pragniecie zaprosić ją na randkę. Dziewczę - o dziwo - postanawia okazać zainteresowanie twoją przepitą, w ogóle nie przypominająca Brada Pitta gębą i docenia ten heroiczny akt odwagi, przyjmując zaproszenie. Inteligentny człek winien w tym momencie wyczuć, iż coś jest nie na miejscu. Generalnie całe życie dziewczyny lały z ciebie i na ciebie a tu nagle bach! - któraś zechciała przejść się z tobą na spacer. Ty - jako istota ogarnięta chorobą objawiającą się obecnością różnorakich motyli w brzuchu - nie zważasz na takie niuanse i jak gdyby nigdy nic zaopatrujesz się w najnowszy krzyk mody od Armaniego oraz Bossowe perfumy i walisz na spotkanie, niesiony mocą uczuć ( Cóż za niesmaczna słodkawość z mej strony ). Tymczasem jednak twoja luba, która z pewnością spodziewa się po tobie przynajmniej rzeczonego krokodyla ( Wracać do gimnazjum, nieuki jedne, kulturę polską poznawać! Kto nie skumał, rzecz jasna ) traktuje sprawę dużo bardziej serio, mimo iż z zewnętrznej strony charakteru stara się raczej adoratora trzymać na dystans. A ty... No cóż. Docierając na spotkanie, dobitnie przekonujesz się, iż życie to jednak nie bajka i potwory nie przemieniają się w księżniczki... Właściwie to jest dokładnie na odwrót. Zaprosiłeś na randkę ekstra laskę, a na niej pojawił się jakiś wymalowany farbą akrylową klauno-potwór, ubrany w dodatku w totalnie zbyt kusą spódniczkę. Właściwie to ostatnie nie powinno być nawet minusem, z tym że teraz dopiero dostrzegasz że your girlfriend ma jednak nieco bardziej kształtne nogi, niż pierwotnie zakładałeś. No ale nic. Robisz dobrą minę do złej gry i walisz dalej. Kumple na dzielni, pamiętaj, kumpel na dzielni... Z resztą przecież w takiej schadzce nie o wrażenia estetyczno - zewnętrzne chodzi, a o te głębsze bardziej. Nawiązujesz więc z nią dialog. Początkowo jedziesz standardowo po dość płytkich tematach - jak się masz, fajna pogoda, czy masz psa, czy malujesz paznokcie u stóp, czy lubisz damski wrestling w budyniu itp. Dziewczę jest zachwycone - tym bardziej, jak dochodzi do tematu budyniu. Ty jednak, spoglądając ponownie na jej nogi ucinasz temat budyniu, stwierdzając iż czas przejść w bardziej smaczne rejony. Ostatecznie, po dwóch godzinach pierdzielenia o niczym stwierdzasz, iż nie jesteś już taki pewny, czy aby dobrym pomysłem było rozpoczynanie całej tej znajomości. Dziewczę wręcz przeciwnie! Dostrzegło w tobie stonowanego, skrytego w sobie romantyka i wpada po uszy, krzycząc za tobą na każdej przerwie w szkole, po szkole, a nawet przed szkołą. Generalnie, przejebane. 
Rzecz jasna jest to tylko jeden, jak zdążyliście zauważyć, z tych bardziej czarnych scenariuszy. Co nie znaczy, że są jakiekolwiek sytuacje, w których nie narażasz się ze strony dziewczęcia na jakiekolwiek ubytki w twej psychice. Wiecie, czasu mi trochę brak, bo siedzę na urodzinach sobie właśnie i lata wokół mnie stado rozkrzyczanych kuzynów którym wydaje się, iż właśnie pokonali całe narzecze Komanczów i zostali królami dzikiego zachodu, więc ograniczę się jeszcze tylko do jednej sytuacji. Zaświecę teraz własnym przykładem. Ostatnio poznałem pewne granatowowłose dziewczę, które z pozoru wydawało się całkiem fajną babką. I rocka posłucha, i pogadać sobie pogadasz. Ale, jak już wspominałem, kobieta zawsze będzie ci walić na psychę, choćby w najbardziej zawoalowany sposób. Otóż ta granatowa kobita na każdym kroku - choć z początku tego nie zauważałem - próbuje umniejszyć moją wartość jako faceta, sugerując iż jestem pozbawiony wewnętrznego poczucia sarkazmu, jednocześnie porównując mnie do pewnej postaci z "Teorii Wielkiego Podrywu". Ja, którym napisał tyle sarkastycznych postów! Powiedzielibyście coś takiego o mnie? No widzicie, a ona oddaje się tym czynnościom z wyraźną lubością. O innych aspektach, które we mnie punktuje na każdym kroku, już nawet nie wspomnę... Sami widzicie, kobieta jako taka zawsze ci będzie walić na psychę.
Ogólnie rzecz biorąc jednak - podobnie jak i w wypadku dyskoteki - czasami z tą dziewczyną jednak może być różowo... Tylko wiecie, panowie, to już od was zależy, jak do tematu podejdziecie.

O czym to tam jeszcze miało być? Ah, o niczym. Kurna, to chyba najbardziej rozległy z poruszanych tu tematów. Ale, jak już mówiłem niestety, czasu mi trochę brak, więc na dziś już sobie odpuszczę. Poruszę przy okazji innych wypocin. Niech moc będzie z wami, że się tak po raz pierwszy chyba w swej karierze nieoryginalnie wyrażę.

P.S ( dla ludzi wtajemniczonych... ) 

Jedziem, jedziem, jutro ze dwie aktywki na łebka trza jeszcze zrobić... :)




niedziela, 6 lipca 2014

Wakacje! Lub: wakacje...



Wakacje rozkwitły pełną piersią ( Nie ma to jak bezsensowne i pozbawione krzty logiki stwierdzenie na początek tekstu ), spragnione egzystowania na krystalicznie czystym niebie słońce z każdym dniem coraz skuteczniej rozprasza deszczowe chmury, podejmując nierówną walkę z nienapawającymi optymizmem przewidywaniami meteorologicznymi. No, jak już się domyślacie, nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób zacząć ten post. Ogólnie rzecz biorąc chciałem zabłysnąć inteligentnym humorem w klimacie wakacyjnym, co by wprowadzić szanownych ludzisk we właściwy nastrój posta. Z moich odczuć wynika jednak, że poniosłem dotkliwą porażkę, przejdźmy więc może dalej...



Jak pewnie zdążyliście zauważyć, ostatnimi czasy naszły mnie pewne refleksje natury letnio - wypoczynkowej. Co prawda ja wypoczywam ( nie licząc tych durnowatych ludzi ze słuchawki ) już od półtorej miesiąca, korzystając z uroków okupowania łóżka do południa i jedzenia na śniadanie obiadu, ale właściwe wakacje tak na dobrą sprawę zaczęły się w ubiegły piątek. Zmęczone katorżniczym bytowaniem w pozbawionej jakichkolwiek szans na lepsze, uwzględniające podstawowe potrzeby współczesnych nastolatków ( imprezy minimum raz w tygodniu, dostęp do zażyłych kontaktów między płciowych również na lekcjach < mam na myśli szczeniackie pocałunki, obłudniki jedne! >, zwiększenie limitu przerw przynajmniej do czterech godzin dziennie, wydawanie darmowych posiłków sygnowanych przez pięciogwiazdkowe restauracje od 10:00 do 12:00, możliwość poprawy każdej poprawy < nawet tej poprawionej > oraz kategoryczny zakaz nauczania przedmiotów mogących wpłynąć na podwyższony poziom stresu uczniaków. To naprawdę nie są wielkie wymagania, serio. ) jutro rzuciły się na dyplomy jak Suarez na Chielliniego, chcąc czym prędzej opuścić mury - tfu! - szkoły. Ich zaśmiecone bezsensownymi informacjami umysły w jednej chwili wyzuły z siebie ciążące zestawy danych, umieszczając w ich miejsce jasne, wizjonerskie, a przede wszystkim kreatywne plany wakacyjnych wojaży. Dzikie imprezy, rowerowe rajdy, prezentacje wyrabianego przez zimę kaloryfera tudzież niesamowicie smukłych nóg na osiedlowym basenie ( Stary, stary, kurna, ta śliczna Jolka spod dwójki tam dzisiaj będzie/ Anka, Jezu, ty widzisz to ciacho? < tekst wypowiedziany głosem rozmarzonym > ), cudowne ogniska w blasku księżyca nad otoczonymi wiekowymi drzewami jeziorami ( zdarza mi się bywać romantycznym ), nowe miłostki... Ogólnie rzecz biorąc, normalne Hawaje na hamaku. Pozornie, ludziska, pozornie.



Wierzcie mi ( lub nie, ale lepiej wierzcie ), że wakacje to jeden z najbardziej niebezpiecznych i traumatycznych przeżyć w życiu nastolatka. Serio. Taki osobnik, stając co roku przed możliwością rozleniwienia swoich skostniałych siedzeniem w szkolnych ławach członków i podjęcia czynności wypoczynkowych nie zdaje sobie sprawy, że takież działania w zasadzie zawsze niosą ze sobą zagrożenie życia i zdrowia, zarówno psychicznego jak i fizycznego. Weźmy na ten przykład moją ( hmm... prawie? Relacja dopiero się rozwija, ale jest dobrze ) pannę. Wyjechała ostatnio z koleżankami nad jezioro, właśnie w celu zażycia odświeżającego urlopu wolnego od wszelkiego rodzaju nauczycielskich gadanin. No więc, jako troskliwy chłopak zatelefonowałem do niej, chcąc sprawdzić jak się miewa i czy jej się tam w ogóle podoba... Takie tam standardowe pierdoły ( he, he ). Spodziewałem się - jak zwykle - ucieszonego głosu roześmianej dziewczyny, jaką zwykła ta panna bywać. Owszem, jakieś roześmiane dziewczę odebrało, nie była to jednak ona, a któraś z jej ładnie już wstawionych koleżanek. Zastrzeliła mnie informacją, że panna obecnie wegetuje na podłodze w stanie niezdatnym do podjęcia jakiejkolwiek konwersacji nawet na poziomie neandertalskich odzewów przerywanych śmiechem pustynnych hien. Właściwie to spodziewałem się takiej możliwości. Chciały się dziewczęta zabawić w babskim gronie ( mam nadzieję, przynajmniej... ), to i popiły trochę... Jednakże, gdy następnego dnia drogą sms-ową skontaktowałem się z panną ( miałem pewne obawy co do kolejnego kontaktu telefonicznego ), odpisała mi dziewczyna... zawstydzona. Co tam zawstydzona, przepełniona poczuciem infamii i całkowicie świadoma swego haniebnego blamażu. Wątpliwe, czy kiedykolwiek podniesie się z tego traumatycznego doznania. Chciała się chłopakowi pokazać z jak najlepszej strony, udowodnić, że babski wypad nad jezioro niekoniecznie równa się serii klasycznych zgonów... Niestety, została z myślą, że splamiła swój nieskazitelny wizerunek i już nigdy nie odzyska w "oczach chłopca" takiego szacunku, jak kiedyś. Sami widzicie, jeden wypad i całe życie uczuciowe spierdzielone.



Dobra, uderzmy teraz w jeszcze bardziej powszechny przykład. Basen. Czy przypominacie sobie ( bo znać z tego roku, zważywszy na pogodę, raczej nie możecie ), jak to zwykle przechadzaliście się po mokrych kafelkach, chcąc jak najlepiej zaprezentować walory swojego ciała płci przeciwnej? Jak prężyliście muskuły, podkreślaliście własne atuty odpowiednim doborem odzieży kąpielowej ( Wam też to tak jakoś dziwnie zabrzmiało? )? Standard. Ale czy zdawaliście sobie sprawę z tego, jak wielkie konsekwencje taka postawa może ze sobą nieść?! Szczególnie w dzisiejszych czasach.



Wyobraźmy sobie, że basenową aleją przechadza się Dawid Kwiatkowski, albo poczwara jemu podobna. Takiż ludź ( bo człowiekiem go nazwać nie sposób, wszak nie ludzkie jest to! ) przemierza krawędzie niecek z jakże naiwnym przekonaniem, że ulizane włosy i włusztowa prezencja zapewni mu podziw u spragnionych gorących książąt z bajki dziewcząt. Nie uwzględnia on jednak, że na dniach ( właściwie to z sekundy na sekundę ) w kraj nasz - jak i na szczęście całą Europę - z prawej strony wkracza ideologia nie kwalifikująca części rowerowych odpowiedzialnych za napędzanie kół jako osób, co najwyżej jako wybryki natury ( bo nazywając ich zwierzętami, możemy obrazić zwierzęta ). Działalność nacjonalistycznych ideologii zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, pozyskując nowych zwolenników wyższości swojego narodu ( W tych względach - przynajmniej w skrajnych wypadkach - rzecz jasna ich nie popieram ), wolnego od wszelkiego rodzaju zmór czasów współczesnych. Takiż więc Kwiatkowski liczyć się musi z tym, że gdzieś w krzakach czai się nań dżentelmen pokroju JE Krzysztofa Bosaka z pepeszą... tfu! borem w ręku i właśnie celuje mu w łeb. Sami widzicie, w świecie pozbawionym idiotycznych, sprzecznych z naturą ideologii już samo bycie może być niebezpieczne. Nie wspominając o jakichkolwiek próbach egzystowania... ( Wiecie, byt niekoniecznie musi egzystować, przynajmniej według ostatnich przemyśleń pewnego zacnego filozofa, w którego niezbadany łeb wdarł się istny huragan arcyciekawych zagadnień myślowych, które jednak nikogo nie obchodzą. Mnie, znaczy się. ) Toż to w ryj można dostać za samo zwleczenie członków z ręcznika. Ruchy głowy - nawet te najdelikatniejsze - również nie są wskazane, gdyż nawet chwilowe zawieszenie wzroku na przedstawicielce tej - według niektórych - piękniejszej płci skutkować może błędną interpretacją jej napakowanego narodowca i klasyczną bombą za "na h*j się gapisz, pedale!" ( właściwie to nawet płeć piękna nie musi być... ). Na pomysł z gatunku tych nie najwłaściwszych zakrawa także wkładanie rąk do plecaka ( czy co tam Kwiatkowscy na te baseny przynoszą ). Nieważne w jakim celu - wszak w takim plecaku znajdować się może różowa koszulka, żel do włosów albo - o zgrozo! - żurawinowego Reddsa. Nie muszą chyba obrazować, co "zwykli obywatele opowiadający się za silną polską" o tego rodzaju napojach... wyskokowych ( Zawsze lubiłem walić sucharami ). Generalnie więc, jeśli jesteś Dawidem Kwiatkowskim, to najlepiej w wakacje nie wychodź z domu, bo dopaść cię może gniew ludzi walczących o normalność. Jeśli jest inaczej, to nie znaczy wcale, że możesz czuć się bezpieczniej...



W dniu dzisiejszym walnęliśmy się z kumplami nad jezioro. Wiadomo, jakieś piwko ( Po jednym, po jednym, trochę rozumu jednak nad wodą trza zachować... ), chipsy, paluszki, mały pokerek ( Ciekawym, czy za ujawnianie takich rewelacji przyjdzie mi przeżyć najazd CBA na chałupę ). I tylko dziewcząt brak, ale pomińmy ten aspekt naszego żywota. Rzecz muszę ogólnie, że wypad nasz wywołał w moim zbezczeszczonym marnością tego świata mózgu myśli zupełnie niejasne. Czarne, znaczy się. Bo wiecie... doznałem wizji śmierci masowej. Serio. Zdałem sobie sprawę, że glob ten zaopatrzony jest w broń dużo groźniejszą niż jakieś bomby atomowe, wodorowe, bronie chemiczne czy biologiczne. To bujdy, i to na resorach eliptycznych. Reżimowe media próbują nam wmówić, że wskutek trwającego wyścigu zbrojeń, udoskonalania technologii wojskowych, modyfikacji genetycznych a nawet nalotu ciał niebieskich o nieregularnych kształtach, których nikt nie poinformował, że zapowiadanie wizyty u nas na rok 2036 wywołać może falę kolejnych powołań do masowego znachorstwa i krzewienia płatnych idei pobudzających do zreformowania swego grzesznego życia w obliczu końca świata możemy czuć się zagrożeni. Pic na wodę, sodową, gazowaną, może być nawet ze studni artezyjskich. Prawdziwe zagrożenie siedzi gdzie indziej. Mało tego, ta tykająca bomba wciąż rozmieszcza swoje kolejne ośrodki na terenie całej planety, a tendencji spadkowych nie widać ni w cholerę...



Wyobraźcie teraz sobie, że nad takim jeziorem stawiają wam McDonalda. Tłum - jak to tłum - spragniony pożywnych śmieci po całym dniu robienia tysięcy czynności, których nazwy współcześnie zmieniły końcówkę na -ing rzuca się na... właściwie nie wiadomo, co oni tam dodają, ale w każdym razie rzucają się na to coś jak kury na ślepe ziarno ( Nigdy nie miałem dobrej pamięci do przysłów. ). Lecą hamburgery, szejki, lody, cole, fanty i rzecz jasna w kieszeń zarządców tej terrorystycznej sieci knajp kolejne pieniądze. Oni doskonale zdają sobie sprawę z masowego zagrożenia, jakie niesie ze sobą budowanie kolejnych takich lokali. Ale co z tego, skoro - jak wszyscy w tym świecie - liczą tylko forsę!



Spójrzmy, co dzieje się po skonsumowaniu tych wszystkich szybkich jedzeń przez zdziczałe masy. Zachowując podstawowe prawa odnośnie BHW ( Bezpieczeństwo Higienia Wody. Jak to nie ma takiego skrótu?! Napisałem go. A jak ktoś coś napisał, to znaczy, że tak jest. ), odczekują symboliczną godzinę, a potem rzucają się w niezgłębione odmęty nie najczystszego zbiornika wodnego niczym hordy Tatarów pod Legnicą i podejmują kolejne ingowe czynności. Nie przewidują jednak ( a raczej zapominają ) że jedzenie serwowane w McDonaldzie nie jest jedzeniem z krwi kości, a z chemii i jak najtańszych kosztów. Wszystkich łapie skurcz, kolka, ataki serca i klątwa kamienia wystającego w jednym miejscu dna jeziora, o który wszyscy się potykają ( To akurat mało ma wspólnego z McDonaldem... chyba. ) i następuje masowy zgon. A to wszystko przez niezbadane produkty które próbuje podpinać się pod żywność! Albert Einstein rzekł: "Jeśli dojdzie do trzeciej wojny światowej, to w czwartej będziemy się okładać maczugami" ( czy coś w ten deseń ). Nie przewidział jednak, że ktoś wymyśli bary szybkiej obsługi. Wszystko zacznie się od jezior. Potem padną biurowce ( Zbudujemy bar na dole, żeby ci z góry biegali po schodach, a jak padną, to przeniesiemy go na górę. ). Dalej wymrą szkoły ze stołówkami, w których uczniowie zawsze biegają. Nieważne co robią, ale zawsze biegają. I tak dalej, aż przetrwają tylko weganie, jarosze i ludzie którzy proponują frytki do tego. I jak tu czuć się bezpiecznie?! Amerykanie już podobno montują pierwsze bary w okolicach Soczi. Nazwali to "Wódka" i podpisali, że działają z ramienia z Organizacji ludzi do dziś niepogodzonych ze sprzedażą Alaski. Na pewno to łykną. Nie dość, że się kasy nachapią, to jeszcze żadnych bomb używać nie muszą...



Zagrożenia mogą być również bardziej przyziemne, szczególnie w przypadku naszym i naszych słowiańskich pobratymców. Wystarczy jedna buteleczka napoju który być może czystą wodę przypomina, ale różni się jedną literką i wszyscy wokół winni się obawiać o stałość swego żywota. Wyobraźcie sobie takiegoż nawalonego osobnika, który pogrążony w depresji rzuca się pod pociąg pełen wyjeżdżających na wczasy urlopowiczów. W tym wypadku nie chodzi o zdrowie fizyczne, a psychiczne właśnie. Jasna cholera, jakby się nie mógł facet powiesić, tylko ludziom życie uprzykrza. Lud - dotychczas rozluźniony - zaczyna narzekać na wielogodzinne opóźnienia i przerwanie zasłużonego odpoczynku po miesiącach groszowej harówki. Na kogo idą bluzgi? Na koleje państwowe rzecz jasna! Rozdzwaniają się telefony, padają umizgi, obrazy ( w sensie te niemiłe słowa, nie dzieła artystyczne ), przekleństwa a ludzie w PKP muszą tego wszystkiego wysłuchiwać. Co ponosi za sobą kolejną konsekwencje: Ludziska z kolejowej infolinii wracają do domu i wyładowują swój gniew na rodzinie. Mąż nie dostaje tego, co zazwyczaj dostaje. Idzie więc do innej, a potem dochodzi do rozwodu. Dziecko, które nie może znieść rozwodu opiekunów zamyka się w sobie i trafia do domu dziecka, a jego stan psychiczny już nigdy nie wróci do normalności. Wyjdzie z bidula, ożeni się, problemy psychiczne przejdą na jego potomka ( to jest dziedziczne ) i kolejne potencjalnie samobójstwo gotowe. A wszystko zaczęło się od jednej wódki.



Sami widzicie, w wakacje to lepiej z domu nie wychodzić. Kurde, nawet w domu może być niebezpiecznie. Przechodzisz koło okna, za którym właśnie leci jaskółka z jakąś błyskotką, promień słońca się odbija, trafia cię w oczy i ślepniesz. Dobra, na tym może zakończmy, bo dojdę do konkluzji, że jutro wszyscy zginą...







Macie jeszcze ode mnie taki przykład na pocieszenie, że wakacje mogą być jednak całkiem fajną sprawą. :)

środa, 18 czerwca 2014

Jak dostałem pracę nową

Dobra więc, ludziska, mimo iż mózg mój na chwilę obecną pozostaje w stanie utrudniającym jakiekolwiek przestrzenno - kreatywne myślenie właściwe wszelkiego rodzaju literackim wyziewom, stwierdziłem, że jednak w końcu trza by znów coś skrobnąć. Dobrze stwierdziłem, nie?
Sporo się ostatnimi czasy działo. Właściwie to zawsze sporo się dzieje, ale ostatnio działo się tyle, że to działanie uporczywie łupało mi w czachę i zmusiło do zadziałania na blogu ( Też macie wrażenie, że "działanie" zostało tu użyte cokolwiek za gęsto? ). Ostatnimi czasem bowiem... Kurde, nie sądziłem że kiedykolwiek wyjdzie to spod moich palców. Dostałem... ( No nie mogę, no nie mogę.... ) pracę. Ogólnie rzecz biorąc powinienem w tym miejscu napisać coś na kształt "czad, nie?", wszak robota to zwykł być powód do dumy. Z reguły tak. W moim wypadku jednak sprawa wygląda inaczej niż powinna... No bo w chwili, gdy do rąk moich przyszłych przełożonych bądź sekretarek trafiła podpisana kopia umowy - zlecenia ( z pewnością lepsze to niż stała umowa o pracę ) załamała mi się Cobainowska wizja śpiącego pod mostem wyrzutka społeczeństwa, który okrada sklep, za "zarobione" pieniądze nagrywa w studiu płytę, zostaje międzynarodową legendą rocka o której przyszłe pokolenia będą mówić "Wiesz, wnusiu, nikt tak nie potrafił rozjebać na scenie gitary jak on", po ośmiu latach zostaje w końcu oskarżony o dawną kradzież i na znak protestu przeciwko niesprawiedliwemu reżymowi w wieku 27 lat popełnia samobójstwo, dołączając do Jimmy'ego, Janis, Kurta i innych wielkich tego świata, który notabene ten świat opuścili. Teraz prawdopodobnie czeka mnie bardziej klasyczne życie. Praca, studia ( czyt. Jedna, wielka impreza ), ślub w wieku czterdziestu lat, zaraz po studiach, piątka dzieci ( Dziwne? Nie dziwne. Ja tam zawsze wielodzietną rodzinkę chciałem mieć. Z resztą trzeba podnieść ten kraj z marazmów demograficznych kopalń ), brak emerytury, nierefundowane leki na choroby typu przeziębienie czy kaszel i przyglądanie się, jak socjalistyczna Unia walczy o dominację nad światem podczas kolejnej wojny światowej. Czułem, że ten podpis może mi załamać karierę. Skusiła mnie wizja przyzwoitych zarobków, psia mać.
Z drugiej jednak strony, jak się okazało, ta praca przyniosła mi wiele arcyciekawych doświadczeń, mocno pogłębiając moją wiedzą na temat ludzkich zachowań w momencie odbierania kolejnego cholernego telefonu od jebanego konsultanta z pieprzonej sieci komórkowej. Bo wiecie, zostałem, że to tak ładnie ujmę "Ekspertem do spraw klienta biznesowego" pewnej znanej w Polsce telefonii. Prościej rzecz ujmując, siedzę na słuchawkach i dzwonię do ludzi, proponując im przedłużenie obecnej umowy i " w ramach prezentu za wieloletnią współpracę" nowy tablet z mobilnym internetem  w zatrważająco niskim abonamencie oraz, coby jeszcze bardziej uszczęśliwić klienta zestaw obejmujący ładowarkę samochodową i słuchawkę bluetooth. Na pierwszy słuch ucha zdawać by się mogło, że to całkiem przyjemna robota. Siedzisz na fotelu, wesoło gawędzisz z ludźmi i od czasu do czasu podpisujesz umowy, załatwiając sobie premię do zarobku. Cud, miód i orzeszki normalnie. Tyle tylko, że ta praca ma jeden, poważny mankament - ludzie, do których wykonujesz połączenia. Ostatnio dzwonię do gościa, kulturalnie się przedstawiam a ten mi grozi prokuraturą i konkretnymi paragrafami. "Panie, spokojnie, ta rozmowa jest nagrywana" - mówię mu. Stwierdził, że to przestępstwo, że sobie nie życzy i na bank stanę przed sądem rejonowym, uwydatniając przekaz swojej wypowiedzi kilkoma niecenzuralnymi hasłami. Jako dobrze wychowany konsultant grzecznie powstrzymałem się od nawciskania gościowi jakiejś ohydnej wiązanki która uciszałyby te jego oskarżycielskie zapędy i rzuciłem tylko krótkie "do widzenia", rozłączając się. Co się będę z kolesiem sprzeczał... Inna rzecz miała się z facetem, który chciał zlikwidować jeden z numerów, a który mogłem mu przedłużyć. Zapytałem go więc, dlaczego to robi, jeśli jest w jakiś sposób niezadowolony z naszych usług, to szybko te błędy naprawimy. Stwierdził, że nie chce o tym rozmawiać. Naciskałem, drążyłem, aż w końcu się chłopak otworzył... Zaczął mi się żalić do słuchawki, że to numer jego żony, a on się właśnie rozwodzi i ogólnie strasznie ciężkie ma teraz życie. No, tym to mnie zastrzelił. Nie wiedziałem, czy próbować go przekonywać do pozostania u nas, czy pocieszać. Ostatecznie stwierdziłem, że "bardzo panu współczuję i przepraszam" i zakończyłem rozmowę... Niech się wiedzie kolesiowi jak najlepiej, może trafi na inną kobietę i wrócą do naszej telefonii... Tak, wtedy to byłby klasyczny happy end.
Generalnie takich wkurzonych bądź skorych do zwierzeń ludzi codziennie trafia się co najmniej kilku. Nie tylko mi, rzecz jasna. Na zmianie u nas zawsze siedzi po kilkunastu ludzi. Musielibyście tak raz stanąć w tym biurze i posłuchać, jak te wszystkie gardła na raz zaczynają trajkotać i przekonywać tych durnych ludzi, że jednak warto obniżyć ten rachunek o te kilkadziesiąt złotych i dostać nowy, wypasiony telefon ( Hm... za dużo "ten", "tych" chyba, nie? )... Ale na nie ma źle. Wiecie dlaczego? A no... bo te gardła w ostatnich wyborach głosowały na Korwina, ha, ha! Wczoraj wyszło na jaw, że na całe szczęście tylko jeden wyrzutek społeczeństwa oddał głos na te haniebne, zbrodnicze ugrupowanie PO. Reszta brygady jak jeden mąż stanęła za Korwinem! W takim teamie to od razu się lepiej pracuje. Tym bardziej, że ci ludzie konkretnie swoje stanowisko uzasadniali, dziewczyny też. Co dowodzi, że młodzi ludzie nie głosują na Korwina z powodu niedojrzałości politycznej, ale właśnie inteligencji, roztropności i chęci zmienienia socjalistycznego reżymu w tym kraju! 

Dobra, generalnie miałem jeszcze zamiar walnąć kilka (set, tysięcy) słów w tym poście, ale muszę właśnie lecieć do roboty. Odezwę się znowu z paroma rewelacjami. Trzymajta się, ludzie!


środa, 21 maja 2014

Belle Co - Back on Tour

Tak jest, panie, panowie i Conchito Wurst, w wielu kręgach ( co wielokrotnie było już przeze mnie podkreślane ) legendarny chrześcijański band Belle Co, konsekwentnie budujący swoją markę w kraju i stanowiący coraz większą konkurencję dla takich tuzów religijnego grania jak TGD czy New Life M znowu wziął się za intensywną promocję koncertową. Taki stan rzeczy sugerować może, iż popularność kapeli wzrasta z miesiąca na miesiąc, a nawet z sekundy na sekundę. Bo myśmy tak na dobrą sprawę nie planowali aż tylu koncertów ( chyba ). My nie jesteśmy tego rodzaju ludźmi, że wpychamy się na każde rekolekcje, przesłuchania, festiwale czy czuwania, choćby to miało być czuwanie dla seniorów 90+. Jakoś tak nam się dzieje, że to inni dzwonią, pytają, szukają, a w konsekwencji i zapraszają, abyśmy uświetniali swoją niewątpliwie interesującą prezencją wizerunkową i nieszablonowym podejściem do chrześcijańskich dźwięków wszelakie imprezy o charakterze religijno - kulturalnym. Reakcje publiki na koncertach jak dotąd były ze wszach miar pozytywne. Nikt nas nie wygwizdał, nie rzucił żadnym pomidorem ani nawet taktownie ( lub ostentacyjnie ) nie wstał i nie wyszedł. Co prawda fakt, iż imprezy z gatunku tych religijniejszych mają to do siebie, że ludzie tam egzystujący zazwyczaj odebrali dosyć kulturalne wychowanie i wszczynanie jakichkolwiek aktów protestu uważają za nie na miejscu wypaczyć może nieco takie pozytywne postrzeganie naszych koncertowych wojaży, niemniej jednak warto wierzyć, że te pozytywy są. To zawsze daje kopa do działania. 
Coby nie być gołosłownym, walnę ( że tak powiem ) w tym miejscu przykład z zeszłej niedzieli. Otóż zaproszeni zostaliśmy na "Festiwal piosenki wartościowej" odbywający się we wsi Szymiszów na Opolszczyźnie, w powiecie Strzeleckim ( a niech się wypromują. Sołtys się ucieszy pewnie. ). Tak jest, na ten sam festiwal, o którym rok temu w tak rozanielony sposób się rozpisywałem. Tym razem jednak zostaliśmy przez kapitułę tegoż wydarzenia potraktowani zgoła inaczej. W ubiegłym roku, jak pamiętacie ( pewnie nie, ale wmawianie sobie, że czytelnicy pamiętają wszystkie posty jak gimnazjaliści inwokację naprawdę podbudowuje morale ) ów konkurs wygraliśmy. Teraz nawet w nim nie startowaliśmy. Dlaczego? A no dlatego, że zostaliśmy zaproszeni jako gwiazda imprezy! Ileż ja lat musiałem czekać, aby ktoś w końcu wyszedł na środek wypełnionej tłumem sali ( Co prawda gimnastycznej, gdzie akustyka była gorsza w niż w Wielkim Kanionie ) i powiedział: "A teraz zapraszamy na występ gwiazdy dzisiejszego dnia!" ( Czy jakoś tak. ). Nie był to co prawda ustępujący miejsca nowej metalowej sile Tom Araya przed pół milionem ludzi na Wembley, jak to zawsze sobie wyobrażałem, ale i tak uczucie było całkiem niezgorsze. Wychodząc na tę scenę ( coś na kształt sceny właściwie ) normalnie miałem poczucie, że w końcu do czegoś w życiu doszedłem. Tak, tak, też uważam, że to jedno z tych głupszych poczuć, które człowieka w życiu nachodzą. W każdym razie koncercik się udał. Ludziska zgodnie prezentowali przemiłe banany na twarzy, co żywsi klaskali a pęczniejący z dumy sołtys z zadowoleniem spoglądał na świetnie bawiącego się proboszcza. Nawet operator tego całego scenicznego czegoś sprawiał wrażenie, jakby był mocno naszym wystąpieniem zainteresowany. Miło, naprawdę miło. 
Potwierdzenie tego, iż koncert okazał się kolosalnym wręcz sukcesem, otrzymaliśmy właściwie zaraz po zejściu ze sceny. No, nie zbiegli się może od razu dziennikarze z TVP w celu nakręcenia reportażu, nie zjawili się także pismaki z Życia na Gorąco żeby rozdmuchać nasz sukces i walnąć kalumnie odnośnie po koncertowych ekscesów klawiszowca czy basisty, niemniej jednak zainteresowanie było. Wywiad z głównymi Merami naszego zespołu przeprowadziło radio Doxa FM, a sam materiał ukazał się chyba w wieczornym wydaniu wiadomości ( w którymś na pewno ). Także i NTO ( Nowa Trybuna Opolska ) machnęła zdaje się jakiś reportażyk o nas i całym festiwalu. Poza zakotwiczyliśmy jeszcze w paru. lokalnych mediach. Ale co tam media, nie to było najważniejsze! Na każdym koncercie, jak wiadomo, najważniejsza jest późniejsza impreza na backstage'u. A nasza, jak zawsze z resztą, obfitowała w spore ilości pysznego ciasta, kawy i herbaty. Po raz kolejny rzecz trzeba: Miło, naprawdę miło.
I tak to leci, ludziska kochani. W najbliższy piątek na ten przykład również zapowiedziany mamy kolejny koncert, tym razem powiązany z czuwaniem odnośnie kleryków. Naprawdę rozumiem, że nie wszystkich tu zaglądających tego typu imprezy muszą kręcić, niemniej jednak serdecznie zapraszam. Może to być jedna z ostatnich okazji, w których zobaczycie Belle Co na żywo. Serio. Jak trafimy do TRWAM TV to o. Rydzyk z pewnością za darmo nas nie odda.

Poniżej macie taką jedną fotkę z festiwalu:
                                                                                                

Więcej znajdziecie tu: http://gszymiszow.wodip.opole.pl/festiwal/index.php?option=com_expose&Itemid=53

I nagranie reportażu z radia DOXA FM: http://doxa.fm/aktualnosci/region/szukalem-was/

No i, co by nie było, że nie zapraszałem na ten jeden z ostatnich naszych darmowych koncertów ( Nie, to żart, żart oczywiście. Lubię żartować, really. ): 
                   
Prawdopodobnie straciłem tym wystąpieniem zaufanie ortodoksyjnych wielbicieli Marduk czy Mayhem, niemniej jednak pragnę zauważyć, iż nawet coś takiego jak chrześcijański black metal istnieje ( co prawda chłopaki nie mają łatwo, bo to przeczy prawdziwym ideologicznym założeniom tej muzy, ale szacun, że mimo przeciwności wciąż walą do przodu. ). Zwie się to Unblack metalem, ludziska! Takie Frost Like Ashes to ja nawet sobie czasem lubię posłuchać. 




"Tyś jest Przedwieczny
Starszy od dni
Koniec i początek
Przedmiot mojego wychwalania
Tyś Gwiazda Zaranna
Tyś Słońce Północy
Jestem, który Jestem
Ty jesteś odniesionym Zwycięstwem
Ty jesteś Panem Zastępów
Ojcze, Synu, tajemniczy Duchu
Niegodziwi drżą ze strachu
Przed Twoim niezliczonym wojskiem ..."


Można po chrześcijańsku łupnąć black metal? Ano, jak widać, można :)  I nawet corpse paintingu z twarzyczki zmywać nie trzeba, ty.

piątek, 16 maja 2014

Elvenking - "The Pagan Manifesto"


W dniu dzisiejszym postanowiłem wziąć się za coś, czego dawno - a właściwie nigdy - na tymże blogu nie było. Otóż, z racji tego, iż tematy ostatnich postów obracały się w kręgach raczej mało zbliżonych do tych stricte metalowych, na myśl mi przyszło, aby skrobnąć recenzję któregoś z najnowszych metalowych albumów. Nie wiem, czy pomysł trafiony, w każdym razie spróbujemy coś z tej idei przelać na elektroniczny papier.

Szczerze powiedziawszy, długo myślałem, jakiż to album winienem zrecenzować. Bo w ostatnim czasie nastąpił istny wysyp całkiem smacznie zapowiadających się nowości; A to Sabaton z "Heroes", a to Stratovarius z "Nemesis Day", czy chociażby drugi album wywołującego ogromne ( co zrozumiałe ) emocje Vallenfyre - "Splinters" ( Wszak to band JE Grega Macintosha jest ). Ta. Tyle cudnych melodyjek wytwórnie na świat wypuszczają, a ja rzecz jasna musiałem się wziąć za coś... no, może nie jakoś katastrofalnie słabego, ale mimo wszystko, przeciętnego. Przynajmniej pod względem oryginalności.




Zespół: Elvenking
Kraj pochodzenia: Włochy
Album: The Pagan Manifesto
Styl: Power/heavy metal
Rok wydania: 2014
Wytwórnia: AFM Records



Elvenking to band z gatunku tych, które od lat łupią jedno i to samo i cepem ze łba im ten koncepcji nie wybijesz. Jeśli na przykład robiliby to w taki sposób, jak panowie z Exodus, którzy na każdym kolejnym albumie walą podobnymi patentami, a jednak wciąż chce się tego słuchać,  nie miałbym żadnych pretensji. Tymczasem Aydan i spółka nie dość, że w swej muzyce nie poważają thrashu pod żadną postacią ( no dobra, może coś tam lizną od czasu do czasu ), to jeszcze postanowili babrać się w odmętach słodkawego power/heavy metalu, z folkowymi wtrętami z resztą. Gatunek niby o zacnych tradycjach ( wyłączając folkowe naleciałości ), wystarczy wspomnieć takie bandy jak chociażby Helloween, Sonata Arctica, Edguy czy wymieniany wyżej Stratovarius. Z tą tylko różnicą, że przemielono go już na wszystkie możliwe sposoby i naprawdę ciężko jest w tym temacie powiedzieć cokolwiek odkrywczego. Dlatego też na najnowszym albumie - bez zaskoczeń z resztą - Elfi Królowie nie przedstawili niczego, czego już ktoś kiedyś - w takim czy innym wydaniu - nie zapodał. 
Rzec jednak trzeba, że "The Pagan Manifesto" to mimo wszystko jedno z lepszych ich dokonań. Bo mi tam  muzyka Elvenking nigdy jakoś specjalnie do gustu nie przypadała; ot, klasyczny do bólu,em miejscami przesłodzony power/heavy metal, zagrany raz lepiej, raz gorzej. Jednakże w porównaniu chociażby do takiego "Wyrd", to najnowszy album Włochów jawi się miejscami jako dzieło co najmniej bardzo dobre. Na uwagę zasługuje już pierwsza ( pomijając intro ), rozbudowana, trwająca prawie trzynaście minut kompozycja. Co prawda miejscami można odnieść wrażenie, że niektóre patenty posklecano trochę na siłę, przez co całość utworu wydaje się nieco niespójna, niemniej jednak jest całkiem w porządku. Plus za klasyczną, przyjemną akustyczną wstawkę pod koniec. Kolejny numer - "Elvenlegions" - wybrany został jako singiel promujący całą płytę. Taki wybór utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że power metalowe kapele prawie nigdy nie potrafiły lansować dobrych singli. Bo przecież, jeśli się nie mylę, to numery promujące powinny być z gatunku tych lepszych na płycie, nie? Tymczasem "Elvenlegions" jest po prostu... słabe. Żadnych dobrych riffów, żadnej porywającej melodyki. Lepiej robi się w przypadku trzech kolejnych, pędzących do przodu utworów. Sprawnie zagrane, podane z klasyczną, power metalowa motoryką. Przyczepiłbym się jedynie do dwóch rzeczy: po pierwsze, panie wokalisto, to, że krzyczysz pan "Let's go!" w utworze nie znaczy, iż numer ten zyska większe poważanie na koncertach czy coś. W tym wypadku efekt może być nawet odwrotny od zamierzonego. Po drugie "Moonbeam Stone Circle" miejscami ( szczególnie w refrenie ) brzmi jak żywcem zerżnięty z Blind Guardian. 
Dalsza część płyty poziomem oryginalności również nie wybiega ponad przeciętną. Nadzieję na choć odrobinę powiewu świeżości daje bębnowy, doprawiony chórkiem wstęp w "The Solitaire", ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich. Dalej utworek wali w standardowym, pół szybkim tempie. Choć z drugiej strony całkiem niezgorszy refrenik chłopakom tutaj wyszedł. "Towards the Shore" to z kolei przyjemna, acz całkowicie przewidywalna ballada z orkiestracjami w tle. Kolejny raz widać, iż Hansi i spółka stanowili dla Włochów całkiem pokaźne źródło inspiracji. W kontekście kolejnych numerów "Towards..." traktować można jako swego rodzaju przerywnik ( przerywnik, nie wypełniacz. To ogromna różnica. ) pomiędzy kolejnymi galopadami ( no, choć może to za duże słowo. ). "Pagan's Revolution", "Grandier's Funeral Prayer", "Twilight of Magic" i "Black Roses For the Whicked One " to kolejne mniej lub bardziej pędzące do przodu numerki. Najlepiej z tego zestawu zdaje się wypadać "Twilight..." z niezłą motoryką, całkiem dobrze skonstruowaną solówką i akustyczną końcówką. Całość wieńczy prawie dziewięciominutowy "Witches Gather". I rzecz trzeba, że jest to zwieńczenie przemyślane. Dobry klimat ( choć jak dla mnie za dużo niepotrzebnych, chóralnych zawołań ), w miarę znośna melodyka i mała nowość w postaci lekkiego growlu wokalisty. W poprzednich numerach ten rodzaj śpiewu również miał swoje krótkie epizody, ale dopiero w tym ostatnim został zastosowany na szerszą skalę. Czy był to dobry pomysł? No, konceptu albumu raczej nie zepsuł, więc nie ma źle. A, i miło, że w ostatnich sekundach płyty panowie szarpnęli się jeszcze, aby wzbudzić czymś zainteresowanie słuchacza. Ciekawie podali liryki.

Podsumowując, "The Pagan Manifesto" to album niezły, choć, rzecz jasna, bez żadnych rewolucyjnych rozwiązań. Fani klasycznego power/heavy metalu spod znaku Blind Guardian, wczesnej Avantasii czy nawet Sonata Arctica będą wniebowzięci, inni - niekoniecznie. Pogratulować należy chłopakom, że nie potopili się całkowicie w bagnach słodkawych melodii, a potrafili czasami przyłożyć całkiem ostrym pazurem.
Aha, a co do okładki albumu, to też nie jest zła, choć jak dla mnie zbyt komputerowa. Ja tam wolę klasycznie robione obrazki. Nie wiem jak wy.

Ocena: 7,5/10

poniedziałek, 12 maja 2014

Conchita Wurst i Sku*wiel, który strzelał do delfina na maturze z angielskiego

Czymże byłby ten blog, gdyby nie podjął się skomentowania zaistniałych w ostatnich godzinach sensacyjnych doniesień od sąsiadów zza Bałtyku ( No jak nie sąsiad, jak sąsiad. Wsiadłbyś w statek to w końcu byś dopłynął. ), kraju który wydał na świat szlachetny ród Wikingów, w skrócie: Danii. Otóż, jak udało się ustalić współpracującym z tym blogiem tajnym agentom stacjonującym w Kopenhadze, na skądinąd osławionym konkursie Eurowizji pojawiła się pewna postać o nie do końca zidentyfikowanej płci. Mało tego, wyszła na scenę i jeszcze miała czelność wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Nie jest do końca jasnym, jakim cudem przeszła przez rygorystyczne procedury dotyczące określenia tożsamości seksualnej artysty reprezentującego dany kraj, niemniej jednak piosenkę dokończyła. Pierwszym szokiem, który zaszokował zszokowaną opinię publiczną był fakt, iż pan/pani wykonujący/wykonująca feniksową pieśń dostał/dostała się do finału. Rzecz jasna, ogół społeczeństwa odebrał ten jawny skandal jako ponury żart, który miał na celu zwiększenie oglądalności i wprowadzeniu do konkursu elementów - czarnego bo czarnego, ale jednak - humoru. Przestało być śmiesznie, gdy w internecie pojawiły się intymne zdjęta tego brodatego stwora o niezidentyfikowanej osobowości wewnętrznej, potocznie zwanej kretynizmem. Nie wiem, jaki miał ktoś w tym interes ( gra słów niezamierzona! ) i komu chciał obrzydzić celebrowanie konsumpcji posiłku obiadowego, ale fakt faktem, iż Kiełbasa zaczęła robić furorę. Jej/jego - jak twierdzi posłanka Anna Grodzka - seksowna broda, piękne ciało ( to z kolei opinia JE Romana Biedronia ) i ( no, tu akurat całkiem bezstronnie i bez sarkazmu ) niezły wokal okazały się przepustką do wywołania międzynarodowego skandalu. Czarę goryczy przelała wygrana tego totalnie niesmacznego Włuszta. Europa jak długa i szeroka podzieliła się na ludzi, którzy do teraz nie rozumieją, dlaczego żaden terrorysta nie dokonał zamachu w momencie wczorajszego wznoszenia feniksa i nie wybawił społeczeństwa ( Środowiska prawicowe, ludzi inteligentnych i unio sceptyków )  oraz na tych, których obecność tego rodzaju osobnika w żaden sposób nie krępowała by w łóżku ( Pedały i lewaki. ). Ale jakby się tak dobrze przypatrzeć, to to coś zbiło na tej farsie niezłą kasę. Prawdopodobnie zwietrzył ten Ogrognom swoją szansę i z premedytacją ją wykorzystał. Wątpię, czy obchodziło go, jak na jego prezencję zareaguje opinia publiczna. Pośpiewa sobie jeszcze parę miesięcy, ustawi się i wszyscy o kreaturze zapomną. A ona/ono/on wybuduje jakąś willę w Argentynie i do końca życia pić będzie drinki z palemką. Cała ta sytuacja po raz kolejny dowodzi tylko jednego: głupoty ludzkiej. Jeśli ludzie naprawdę chcą Kiełbasie zaszkodzić, to powinni się zamknąć i nie komentować. A oni z uporem maniaka wciąż na nią ku*wią, pojeżdżają, ryczą, kwiczą i hejtują. Im więcej grzmią, tym więcej kasy Włusztowi leci. Prosta logika. Jaki jest więc sens zabierać jakikolwiek głos w tej sprawie? Jakby nikt nie wypowiedział o tej Eurowizji jednego nawet słowa, to też potwór nie miałby z czego ciągnąć popularności i kasy. Ale powiedz to temu durnemu ludowi...

Dobra panowie, panie i osobniki pokroju Włuszta, skończmy jednak z tymi dywagacjami na temat debilizmu współczesnej Europy i przejdźmy do innego, równie bulwersującego tematu. Otóż w ubiegłą środę - o czym poniekąd już wspominałem - odbył się egzamin maturalny z języka angielskiego, który szerokim echem odbił się we wszelkiego rodzaju środowiskach wodnych. Stało się tak, gdyż jedno z czytań umieszczonych na tejże maturze podjęło, jak się okazało, temat bardzo kontrowersyjny. Dotyczyło ono bowiem pewnego cwanego osobnika, który niesiony przypływem niezrozumiałej frustracji zaczął strzelać do niewinnego delfina. Ta bezsprzecznie bulwersująca sytuacja wywołała w uczniowskim ( i nie tylko uczniowskim ) narodzie gigantyczne wręcz poruszenie. Lud młodzieżowy ostro zaprotestował przeciwko tak nieludzkiemu traktowaniu zwierząt i propagowaniu wartości anty delfinich i postanowił wszcząć bunt. W tym celu - między innymi - powstał fanpage na facebooku, gdzie społeczeństwo może dać wyraz swojej frustracji bezmyślnością CKE. Jako aktywny działacz ruchu "Pro-delfin-life" ( Że co? Nie istnieje? Istnieje, istnieje, przed chwilą go założyłem ) popierałem tę słuszną ideę, a nawet włączyłem się do promowania tej szlachetnej akcji. Nie jestem jednak pewien, czy wyszło mi to na dobre. Postanowiłem bowiem po raz kolejny chwycić za swoja tandetną, rozstrojoną gitarę i zabawić się w pierwszego barda społeczeństwa blogerskiego. Tym razem tematyka utworu - czyli delfinie problemy ze sku*wielem w tle - zmusiła mnie do użycia kilku niecenzuralnych słów. Ogólnie rzecz biorąc, to raczej jestem z tej pieśni dumny. Boję się tylko, że kraj postrzegać mnie teraz będzie jako ordynarnego, nie myślącego w racjonalny sposób osobnika ( Choć z drugiej strony wielu ma o mnie jeszcze gorsze zdanie, więc luz ), który potrafi tylko pojeżdżać po sku*wielu. Przecież on nie jest do końca takim sadystą, na jakiego wygląda... A może strzelał do delfina, bo nie miał co jeść? A może po prostu nie celował do delfina, tylko do tej kobiety? Chyba więc będę musiał przeprosić, że tak tego zacnego sku*wiela zjechałem... Aha, no i serio, ja nie mam w zwyczaju kląć... Ale nie mogłem się powstrzymać od napisania tego czegoś. No kurde, te słowa same mi się w głowie układały...

Po więcej delfinich newsów zapraszam na fanpage: https://www.facebook.com/delfinygino ( nie, nie mój )

I przedstawiam tę oto, obfitujące w tak niecharakterystyczne dla mnie, zatrważająco brzydkie słowa pieśń... Ale, z drugiej prawie dwa tysiące wyświetleń w dwa dni to dobry wynik, jak na zerową promocję. Chyba będzie trza nagrać coś o Włuszcie.


:)