czwartek, 27 marca 2014

O rzeczach względnie zajebistych

Wielu z zaglądających tu ludzisk z pewnością rozgryza teraz, jakie przesłanie niesie ze sobą ów genialny w swej tajemniczości tytuł. Szczerze powiedziawszy, to nie mam pojęcia. Ba, nie wiem nawet, o czym będzie ten post. Po prostu siedziałem sobie - wcale nie znudzony - na historii, sprawiając wrażenie pracowitego ucznia ( Taak, to moja główna zaleta. Nie, nie pracowitość. Robienie wrażenia. ) i nagle ten tytuł wpadł mi do łba. Nie roztrząsam, jakie nadprzyrodzone siły odpowiedzialne były za zaśmiecenie mojego i tak już - wedle kryteriów stawianych przez pewnych często wnerwiających ludzi sympatyzujących z różnorakimi zielonymi środowiskami - nadającego się do zutylizowania mózgu jeszcze jedną pozbawioną sensu myślą. Fakt faktem jednak, iż pod płaszczykiem teoretycznie skretyniałych słów ułożonych w jeszcze bardziej skretyniały ciąg dostrzegłem coś, co mogło je podciągnąć nawet do rangi tytułu właściwego największym filozoficznym dziełom. Mało tego! Po głębszej analizie doszedłem nawet do wniosku, że "sprawy względnie zajebiste" są istotną częścią życia każdego z nas! 
Weźmy na ten przykład szkołę. Dla jednych miejsce ucieczki przed depresyjną szarzyzną wolności, jaka roztacza się nad światem poza jej murami ( Z najnowszych podręczników do historii, ewentualnie religii bądź filozofii - mianem tym określa się współczesnych heretyków ), dla innych po prostu przymusowa konieczność, oczywisty atak na domagająca się dzikich imprez i jeszcze dzikszych zadym zbuntowaną nastoletnią młodość ( To ci z gatunku tych całkowicie normalnych. ). Jednakże, próbując jakoś przetrwać bezspornie arcytrudne i ciężkie dni naszej szkolnej egzystencji często nie zauważamy wokół siebie wielu rzeczy, które po dokładnym zastanowieniu uwydatniają się w zupełnie kształcie innym niż dotychczas. Przypuśćmy na ten przykład, iż jesteśmy sfrustrowaną antylogiczną jednostką, próbującą przegryźć się przez morderczy system edukacji matematycznej. Aby osiągnąć pełny sukces ( Czytaj: Prześlizgnąć się do następnej klasy bez sierpnia ), brakuje nam pięciu punktów. Wykazująca się niespotykanym wręcz aktem łaski belferka postanawia, iż uzyskać potrzebną liczbę będzie można jeszcze z pomocą dwóch kartkówek, każda za pięć punktów. No i sytuacja zdarzyła się taka, że z pierwszej dostaliśmy trzy punkty. Oznacza to, iż z drugiej będziemy musieli dostać dwa, a więc mniej niż połowę. Co znowu oznacza, iż jednak nie załatwiliśmy sprawy i będzie się jeszcze trzeba nieco pouczyć ( nie miałem pomysłu, jak obejść to "będzie" w tych dwóch zdaniach, tak po prawdzie ), ale mniej, niż gdybyśmy mieli pisać tylko jedną kartkówkę. Na taki stan rzeczy zazwyczaj reagujemy słowami: "Nie ma źle", "Jest dobrze" albo ( w skrajnie znerwicowanych przypadkach ) " Ku*wa, jest ok". Taka interpretacja jest zdecydowanie błędna. Mamy bowiem przed sobą klasyczny przykład "sytuacji względnie zajebistej"! Brakuje nam ledwo dwóch punktów do zdania, ale jednak będzie się trza trochę poduczyć, choć nie tak znów przesadnie dużo. Znaczy to, że jest względnie zajebiście. Zaczynacie powoli kminić etymologię zwrotu? To świetnie, ja też zaczynam.
Zdarzają się też sytuacje, w których nacisk na poszczególne słowa zwrotu rozchodzi się nierównomiernie. Mówiąc prościej: Tak jak w wypadku matmy w wyrażeniu "względnie zajebista" oba słowa są równie ważne i niezbędne, tak czasami zdarza się, iż "względnie" jest ważniejsze niż "zajebista" i na odwrót. W celu głębszej analizy zagadnienia posłużę się kolejnym przykładem. 
Wyobraźmy sobie parę młodych kochanków, którzy dowiadują się, iż będą mieli dziecko. Temat prosty do zobrazowania w umyśle, wszak wszyscy kochają kochających się ludzi, co potwierdza sukces wielu beznadziejnych romansideł ( nie tylko tych z kiosku ). No i powiedzmy, że kochankowie poważnie myślą o wspólnej przyszłości. Facet ma pracę - zarabia mniej więcej 3 tysiące złotych. Ona nie pracuje ( to wszystko ważne dane są, zresztą sami później zobaczycie ). Oboje mają mieszkanie, za które miesięcznie płacą łącznie pięćset złotych ( to, skąd je mają, to już ich sprawa. ). Tak więc teoretycznie spokojnie mogą sobie pozwolić na jedno dziecko. Wtedy sytuacja byłaby tylko zajebista ( idealna ), bo i dwójka kochających się ludzi jest, i owoc ich miłości, któremu można zapewnić w miarę godziwe utrzymanie. Co jednak, gdyby okazało się, iż dziewczyna ma urodzić pięcioraczki? Wtedy mamy do czynienia z przykładem sytuacji względnie zajebistej, gdzie słowo "względnie" jest dużo ważniejsze niż "zajebiste". Bo ogólnie rzecz biorąc sytuacja nadal jest zajebista, w końcu urodzą się im dzieci. Z drugiej jednak strony nie będzie ich za co porządnie utrzymać, a więc tylko względnie. I ta względność zajmuje tu wyższą pozycję z tego powodu, iż umysł rodziców chcących zapewnić swoim dzieciom godziwe warunki bytowania - po pierwszym napadzie zajebistości - skupi się właśnie na tej względności. Nadal nie kumacie? Prościej. Zajebistość wywołuje w rodzicach radość z narodzin dzieci, względność każe się nad tym wszystkim zastanowić i drżeć, z czego tę rodzinę utrzymać. Myślę więc, że ów strach dłużej i trwalej zapisze się w ich umysłach niż radość. Dostatecznie prosto? Kurde, nawet ja zrozumiałem, więc musi być prosto. 
Skoro mamy więc pokrótce przedstawione zagadnienie, chciałbym w tym momencie wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kategorii społecznej, w której pojęcie "względnie zajebiste" zajmuje kluczowe stanowisko, by nie rzecz że nie urasta do poziomu ucieczki przed destrukcyjnością egzystencjalnych rozważań. Mianowicie skoro blog z założenia miał kręcić się wokół tematów związanych z szeroko pojętym metalem - wspomnę jeszcze o subkulturze metalowej. Otóż - co wyraźnie pokazuje zarówno historia, jak i codzienne doświadczenia - pojęcie "względnie zajebiste" jest nieraz całym życiem takiego zbuntowanego osobnika. Nie trzeba tu przytaczać żadnych rozbudowanych przykładów, metafor, ani używać zbędnych technik wpływających na przyciągnięcie potencjalnych czytelników ( a takowe są ), wystarczy kilka prostych obrazków z życia wziętych. Ubzdryngolony metal wraca właśnie z koncertu Slayera, rozwalając po drodze jakiś znak. Zgarnia go policja. Niby wysoka grzywna jest, ale można pochwalić się kolegom. Pochwała ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Inny przykład. Pogo na koncercie. Metal wpada nie na tę osobę co trzeba i dostaje w mordę. Niby ból jest, ale uczestniczyło się w zadymie. Zadyma ważniejsza - sytuacja względnie zajebista. Tego typu historii jest miliony...

Wychodzi więc na to, że sytuacje "względnie zajebiste" są jedną z ważniejszych części naszego życia, mimo iż często ich nie zauważamy. A to źle, naprawdę źle... Kurde, wy też macie wrażenie, że to wszystko zrobiło się jakieś bardzo filozoficzne? A może czas skończyć z tymi wyświechtanymi, przemielonymi na tysiąc sposób hasłami dekadenckimi, egzystencjalistycznymi, idealistycznymi, dualistycznymi, rozumowymi, stoickimi i jeden Jackowski wie jeszcze jakimi, a zacząć z hasłami "względnie zajebistymi"? Może nawet przyszła pora na nowy nurt w filozofii - "względniezajebistocjonizm"? A czemu by nie! Jako zdeklarowany ( jeszcze ) nastoletni buntownik uważam, iż trzeba temu skostniałemu starszemu pokoleniu pokazać nowe ścieżki rozwoju i wytyczyć nowe szlaki.

P.S. Tak po prawdzie, ta Doro to całkiem gorąca dziewczyna jest.


poniedziałek, 24 marca 2014

Szkolne problemy natury maturalnej

Długo żem coś się nie odzywał, nie? Ale jakbyście byli na moim miejscu, to jest sfrustrowanego, wpędzonego w depresję mizernymi wynikami wszelakich ( często dziwnych i niezrozumiałych ) egzaminów licealnych przed maturą ( Taa, przygotować nas mają. Wykończyć chyba! ), to też byście nie pisali. No ja wam mówię, większe z tą maturą świrowanie niż z połową wprowadzonych w Polsce podatków ( Wiem, mi też to porównanie wydaje się cokolwiek bezsensu, ale nie mam czasu błyskotliwie wpadać na inne ). Ja rozumiem, że chcą z nas zrobić ludzi, porządnie wyedukować, wychować i w ogóle stworzyć gotowych do życia w dorosłym, demokratycznym (tfu!) społeczeństwie obywateli. Nie sądzę jednak, aby matura z matematyka pisana jako ostatni sprawdzian może mi pomóc stać się takowym człowiekiem ( Dla tych, którzy nigdy nie zetknęli się z ewidentnym, bijącym po oczach i uszach geniuszem systemu oceniania w mojej szkole: Każdy trymestr < w ostatniej klasie semestr > przeliczany jest na 100 punktów. I tak np. ze wspomnianej matmy mamy dwa sprawdziany na 30 pkt, cztery kartkówki po 5 pkt < razem 20 >, odp. na 5, zadanie na 10 i... coś tam na jeszcze na 5, co w sumie daje 100. Tak wiem, chociaż z matmy ten system powinien być logiczny, a nie jest ), tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki z ostatnie matury próbnej, które przyprawiły dyrektora jeśli nie o atak, to przynajmniej o porządne palpitacje serca. 
Wkurza również sam fakt, iż trzeba tę szkołę zdać. Niby tak wszystko jest ok, ale jak spojrzymy na całość sprawy, stajemy przed nie lada paradoksem. Otóż muszę zdać tę szkołę, aby móc napisać maturę. A teraz użyj swojego poetyckiego, metaforycznego zmysłu i przeczytaj: Najpierw muszę się nauczyć na to, co akurat jest z przedmiotu, żeby go zdać, a dopiero później mogę się zacząć uczyć na maturę. Mówią, że trza to wszystko pogodzić i zsyntetyzować ( bynajmniej nie chodzi tu o pojęcie z zakresu chemii ) oba toki wkuwania. Nie wzięli tylko pod uwagę, że maturę pisze się od początku podstawy programowej! Spójrzmy na ten przykład na historię. Jak ktoś mi powie, w jaki sposób uczyć się równocześnie ze starożytności i dwudziestego wieku, to jestem skłonny dać mu piwo. Że niby ja tę starożytność w małym palcu powinienem mieć? Ale przypomnieć sobie muszę, nie? O matmie nie wspominam, choć o tyle dobrze, że przez ostatnie dni przysiedliśmy do testów maturalnych, a nie nowych tematów. Szczerze wam więc powiem, że bardziej się obawiam, iż mnie do tej matury w ogóle nie dopuszczą niż tego, że jej nie zdam. Jak mnie dopuszczą, to będzie lajt, trzydzieści procent to pic na wodę przecież. Chyba. 
Wyobrażam sobie teraz pełne politowania ( albo nawet i niedowierzania ) wyrazy twarzy co poniektórych czytających to ludzi. Z pewnością oburza was lekkość, z jaką podchodzę do tego "egzaminu dojrzałości", z jaką ignorancją i wręcz obcesową arogancją ( brawo dla tych, którzy od razu wychwycili pleonazm ) odnoszę się do "jednego z najważniejszych testów mojego marnego życia". Cóż... Wystarczy, że mnie nie oburza, podobnie jak nie oburzała Steva Jobsa, Billa Gatesa czy Stephena Kinga ( to matka kazała mu iść do college'u, a on po prostu nie chciał jej zawieść ). Powiedzcie mi teraz: Skoro im żadne studia do osiągnięcia spektakularnego sukcesu nie były potrzebne, to czemu mają być potrzebne mi? Heh, i znowu te oburzone i prześmiewcze głosy... Że polska to kraj bez tego typu możliwości, że tu w ogóle pracę ciężko dostać, nie mówiąc już o osiągnięciu jakiegoś sukcesu. Powiedzcie to chociażby panu Zbigniewowi Hołdysowi, Andrzejowi Stasiukowi, Gunterowi Grassowi ( To zwykły kamieniarz! ) czy Stefanowi Banachowi ( Ten ostatni to w ogóle ciekawy przypadek. Nie ukończywszy studiów, za swoją pracę w dziedzinie matematyki otrzymał stopień doktora! ) .
Jednakże moim najulubieńszym z najulubieńszych przykładów jest jeden z najbardziej znanych wynalazców w historii, Thomas Alva Edison. Otóż w wieku siedmiu lat ( sic! ) usłyszał on od swojego nauczyciela, że jest tępym nieukiem który nigdy w życiu do niczego nie dojdzie i został z miejsca wywalony ze szkoły. A później wynalazł sobie te ( około ) 1000 gadżetów... I jak tu wierzyć w te wszystkie dyrdymały, które od lat wpajają nam nauczyciele? Ucz się, bo do niczego nie dojdziesz! Ależ dojdę, nauczyciele, dojdę, i to na sam koniec tęczy.
Podsumowując dzisiejsze - krótkie w zasadzie - rozważania, pozwólcie, że posłużę się znanym wszem i wobec numerem (nie)sławnej kapeli Farben Lehre, w którym to pada jakże trafny zwrot: "Nie matura, a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera"



P.S. Freedom Call w końcu, do jasnej cholery, nagrali od początku do końca równy album, bez jakichś gównianych wtrętów typ "Rockin' Radio". Warto sprawdzić, w Czechach płyta zaszła wyżej niż One Direction i Katy Perry. 


piątek, 17 stycznia 2014

Pomagajmy!

Nie żebym się skomercjalizował i szedł w "sprzedawczykowanie", niemniej jednak sporo osób chce się ostatnimi czasy na tym blogu wypromować albo załatwić jakieś sprawy. Z racji tego iż dobry ze mnie chłop, z chęcią przystępuję na tego typu propozycje, tym bardziej jeśli są one czegoś warte. Popatrzcie na przykład na tę sytuację.
Napisał do mnie sfrustrowany, zniesmaczony i najzwyczajniej w świecie załamany kumpel, którego od miesięcy marzeniem jest zobaczenie pewnej gwiazdy tzw. polskiego "hip-hopu", która to ostatnimi czasy stała się mocno słowiańska. Żeby być ścisłym, to jego wokalistki chyba. Co nie zmienia faktu, że apel człowieka jawił się jako skrajnie dramatyczny. Ileż emocji, pasji i potężnych ludzkich uczuć przelał chłopak w tę prośbę... Bo trzeba wam wiedzieć, że koleś jest w ostatnio w nieciekawej sytuacji i wygrana w konkursie mocno poprawiłaby jego byt życiowy. Dlatego też proszę was, nie pozostańcie obojętnie na ludzkie cierpienie...

Wchodzimy w link:

https://www.facebook.com/KlubFerre/posts/10200664754256290?comment_id=4852921&notif_t=like


I klikamy "Lubię to" pod komentarzem Paweł Płachetka. Pomagajmy ludziom! 


P.S. Nowy pościk wkrótce, myślę. 

:)

wtorek, 14 stycznia 2014

Wyczerpujący elaborat wyjaśniający.

Najsampierw zaznaczam, iż w żadnym zdaniu, słowie, literce ani nawet znaku interpunkcyjnym poniższego tekstu nie zawrę najmniejszej nawet krztyny sarkaźmiku. Wszystko napiszę teraz jak najbardziej poważnie... Żeby nie było. Znowu.

Ja naprawdę chcę już siedzieć cicho, oszczędzić sobie i innym cierpień, ale pewnych wydarzeń po prostu nie da się nie skomentować i przemilczeć. Dzisiejszy dzień dobitnie udowodnił, jak łatwo można jednym, dwoma słowami wpaść w spiralę nadinterpretacji, dopowiedzeń, własnych domysłów a w konsekwencji nawet i depresji. Tak, tak, dobrze czytacie. Depresji.

Wszyscy wiemy (kto zna, rzecz jasna), że Panna K (Cały czas miejcie na uwadze pierwsze trzy linijki tekstu) jest, jak to słusznie ktoś określił - "dziewczyną do rany przyłóż". Jej wszechobecna pozytywna energia, radość z możliwości przebywania na tym świecie i wręcz bijący po oczach blask uśmiechniętej twarzy nie jednemu człowiekowi poprawiły morale, przemieniając podkówkę w szczerzącego się banana. Słyszałem nawet, że koniec świata nie nastąpił, ponieważ Nostradamus w swoich przewidywaniach nie uwzględnił panny K. Koniec świata nastąpi, gdy Panna K przestanie zarażać wszystkich entuzjazmem i swoją horacjańską filozofią typu " Żyć w zgodzie z naturą, brać od świata tyle, ile potrzeba, osiągać, to co nam przynosi poczucie szczęścia i spełnienia oraz cieszyć się każdym dniem. ". No, z parę tysięcy lat ta planeta jeszcze przetrzyma. Jak nie więcej.  
Byłoby również swoistym nietaktem i najzwyklejszą ohydną hipokryzją odmówić pannie K urody, która jest z całą pewnością nieprzeciętna. Co prawda więcej odnajduję w niej rysów Bałkańskich niż typowo Słowiańskich, niemniej jednak godna jest wszelkiej uwagi zarówno ze strony rozmarzonych mężczyzn jak i zazdrosnych kobiet. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to mogę i cały poemat o tym napisać, serio... Taką epopeję walnę, że Zosia z "Pana Tadeusza" to przy tym będzie świnka Piggy.
I w tym momencie niestety, ale trzeba zahaczyć o tematy poruszone we wcześniejszych postach. Żeby nie było, że próbuję na siłę przywracać sobie dobre imię, które w pewnych kręgach zostało oplute, sprzeniewierzone i zakopane w skrzyni naznaczonej znakiem odstraszającym mary nieczyste, co by kolejne pokolenia nie dowiedziały się, iż kiedykolwiek istniał taki wypierdek Pumby. Pewne kwestie trzeba po prostu wyjaśnić Z racji jednak tego, że jest ich od groma, postanowiłem ująć je w formie wywiadu z samym sobą. Jako rozjuszonych agresorów przedstawiłem Pytania Agresorów Rozjuszonych i Społecznie Rozwścieczonych ( W skrócie PARIS. Taki romantyczny skrócik wyszedł, no. Tylko nie wiem gdzie się "R" końcowe podziało, ale mniejsza.)

PARIS: Dlaczego ty to wszystko napisałeś? Nie mogłeś ku*wa siedzieć cicho?!

METALURG: Nie mogłem. Wolność słowa panuje, to po pierwsze. Żyjemy w kraju - przynajmniej tak nam się wydaje - demokratycznym, gdzie każdy powinien mieć prawo do wolności swobodnej wypowiedzi i wyrażania własnych myśli. Po drugie, po prostu nie wytrzymałem. Musiałem - mówiąc mową regionu - larma narobić, bo bezsens tego tematu poharatał moje nerwy doszczętnie.

PARIS: Ale to nie trzeba zaraz o tym ku*wa na forum publicznym pisać! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ilu ludzi mogłeś tym zranić! Poza tym są granice pomiędzy wolnością słowa a pier*oleniem skretyniałych idiotyzmów.

METALURG: Ależ trzeba pisać. Podstawową zasadą funkcjonowania zintegrowanego i wolnego społeczeństwa powinien być dialog międzyludzki. Każdemu przysługuje prawo do krytykowania, chwalenia, zjeżdżania, hołdowania, własnego interpretowania i tryliarda innych przymiotników, a jednostka nie może tych praw ograniczać. Nie chcemy przecież cofać się znowu w czarcie odmęty socjalizmu, nie? Zdawałem sobie sprawę z tego, iż moje wystąpienie może wywołać sporo kontrowersji i to nade mną w pierwszej kolejności zbiorą się wszystkie możliwe słowne przekleństwa tego świata. Gdybym jednak zważał na tego typu szczegóły, nigdy bym nawet nie pomyślał, żeby blog założyć. Od początku jego głównym założeniem była możliwość swobodnego komentowania zaistniałych na nim sporów, zdarzeń czy innych rzeczy. Skoro jednak inni mogą mnie krytykować używając w dodatku wulgaryzmów i obscenicznych obelg, czy mi nie przysługuje nawet prawo do użycia słów "sarkaźmik mały"? Bo z tego wynika, że spór toczy się praktycznie w całości o te dwa słowa. Co do granic... Nie wydaje mi się, aby określenie "granica" miało cokolwiek wspólnego z wolnością.

PARIS: No co za, ku*wa, idiota, on nic nie kuma... To ty zacząłeś tę wojnę, ty pierwszy użyłeś określenia "sarkaźmik mały"! Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo zraniłeś tymi słowami Pannę K!

METALURG: Zacznijmy od tego, że żadnej wojny wywoływać nie zamierzałem. To, że sprawa odbiła się szerokim echem w tak wielu kręgach jest tylko i wyłącznie zasługą ludzi ją komentujących. To oni nakręcili machinę promującą, sprawiając, iż problem opuścił szkolne kręgi docierając do nierzadko najdalszych zakątków kraju. Fakt, nie miałem pojęcia jak bardzo ją zraniłem. Mało tego, byłem takim stanem rzeczy wręcz zszokowany. Zawsze przebojowa, pełna energii, powinna raczej zebrać jakąś powietrzną kompanię wojska polskiego czy coś i zrobić mi nalot na dom, aniżeli brać to wszystko tak do siebie i w tak poważny sposób. Tym bardziej, że nikt z grona jej znajomych/przyjaciół nie wziął tego na serio bo doskonale zdaje sobie sprawę, jak wartościową osobą jest panna K. Z resztą, spójrzcie teraz na mnie. Gdybym wszystkie te obraźliwe i negatywne komentarze wziął do siebie, powinienem teraz spisać testament ( Tak poza tematem; Nigdy nie zastanawiałem się jeszcze, komu przepiszę swój majątek. Ale to chyba normalne w wieku osiemnastu lat, nie? ), wziąć stryczek, wyjść na rynek i publicznie się powiesić, rzucając przy tym hasło typu "Marność nad marnościami i jeszcze większą marność poznałem, zostałem wyalienowany, wrzucony na dno społecznego marginesu, nie potrafiąc wygrzebać się z szamba wszechobecnej nagonki, więc odchodzę z godnością". Kurde, przecież ludzie mają próby samobójcze po jednym głupim komentarzu na facebooku, a co dopiero mówić o dziesiątkach czy nawet setkach? Czy ktoś z was o tym pomyślał? Czy chociaż przez sekundę liczył się ktoś z możliwością tak drastycznych konsekwencji? I jak tu nie wspominać o atawizmie? Osobiście nie znajdują w człowieku żadnych cech, które w jakikolwiek sposób odróżniały by go od zwierzęcia. Niemniej jednak ukorzę się publicznie i stwierdzę, że określenie "sarkaźmik mały" było ze wszech miar podłe i godzące w najczulsze punkty nie tylko panny K, ale i wszystkich wypowiadających się w tym temacie kobiet. Mało tego, winienem paść przed panną K na kolana z różą w zębach i z drżącymi rękoma wyseplenić coś, co chociaż w części będzie przypominać przeprosiny.

PARIS: A pomyślałeś o rodzicach? Masz pojęcie, jak oni również w tę studniówkę się zaangażowali?

METALURG: Nigdy nie twierdziłem, że rodzice nie angażują się w studniówkę. Zainteresowanych odsyłam do komentarza pani Kieraj pod postem "Czym jest studniówka?". To nie jest kolejna "obraza" i "płytkość myślenia", to po prostu kolejne wyrażanie własnego zdania. Jeszcze raz podkreślam, że wszyscy pragniemy żyć w wolnym kraju.

PARIS: A nauczyciele? Nie wpadłeś na to, że oni również mogą to przeczytać?

METALURG: No kto jak kto, ale nauczyciele powinni rozumieć, że są na tym świecie osoby nie zgadzające się z ogółem społeczeństwa w pewnych kwestiach. I - jak każdy - mają pełne prawo do wyrażania własnych myśli.

PARIS: Skoro tak ci się to wszystko nie podoba, czemu nie przyszedłeś we Wrześniu na zebranie w sprawie studniówki? Czemu twoich rodziców nie było?

METALURG: Co do rodziców, jeszcze raz odsyłam do komentarza pani Kieraj. Jeśli zaś chodzi o mnie, to śmiem wątpić, aby komukolwiek przypadły do gustu moje pomysły ( przynajmniej większości ). Wystarczy tylko spojrzeć na facebookowe komentarze. Inna sprawa, że ciężko było dojść do głosu.


No, to tyle w kwestii niewygodnych pytań. Jeśli któreś pominąłem, chętnie odpowiem.

Na sam koniec muszę powiedzieć, że zostałem mimo wszystko dzisiejszego dnia pozytywnie zaskoczony. Taka panna M przykładowo, nie odzywała się do mnie dwa i pół roku, a tu idzie korytarzem i wali: "Siema, frajerze". No, pierwszy krok na przełamanie lodów został poczyniony. Co prawda określenie "frajerze" może sugerować nie do końca pokojowe zamiary ( o czym za chwilę ), ale Rzymu też nie od razu zbudowano.
Kulminejszyn of te dej została jednak zdecydowanie długa przerwa podczas której to wszystkie dziewczęta przyszły do mnie i wygarnęły mi, jak wredną łajzą jestem, jaką szują, obszczymurem, kocopołem, padalcem i w ogóle niereformowalną zidiociałą jednostką nie nadająca się dożycia w jakimkolwiek społeczeństwie. Najlepiej jednak poszła po bandzie panna M. Chyba tylko jakaś nieznana, idealistyczna i poza bytowa siła powstrzymała ją od tego, aby posłać mnie do szpitala w stanie co najmniej krytycznym. A ta poezja! Przekleństwo w co drugim słowie, i to jeszcze każde możliwe znane i skatalogowane w słowniku języka polskiego oraz osobiście zatwierdzone przez profesora Miodka. Nie obrażam w tym momencie nikogo, niemniej jednak pragnę zauważyć że ja podczas swoich wypowiedzi trzymam podstawowe zasady kultury i nie rzucam obscenicznymi wulgaryzmami.

I - tak już na sam koniec - wystarczy słowo, Panno K. Napiszę taką książnicę, że Zośka odejdzie do lamusa a na scenę arcydzieł literatury polskiej wkroczy nowa, przebojowa, czarnowłosa postać, o której rolę w filmie za parę lat będą się biły wszystkie aktorki. I naprawdę nie ma w tym żadnego sarkazmu. Sorry, sis.

P.S Cała ta farsa utwierdza mnie w przekonaniu, że Joyce to jednak był geniusz. ko strasznie są te wypowiedzi przewidywalne. 


sobota, 11 stycznia 2014

Jak społeczny skandal wywołałem

Haa, jest dobrze. Wystarczył jeden krótki post ( ledwo czterdzieści minut rzucania wysublimowanie wyrafinowanym słownictwem )  i skandal społeczny jak się patrzy. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będzie inaczej. Myślałem tylko, że więcej ludzi z otoczenia mnie zrozumie... A tu jedynie pan Tomasz Suhs w komentarzu na facebooku wykazał się ponadprzeciętną inteligencją ( i tym razem nie ma w tym ani krzty sarkazmu ) i skminił, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło... Tak jest, nonkonformistyczna postawa to absolutny must be. Co nie znaczy, że moje stanowisko w sprawie studniówki jest inne...
W jednej kwestii ludzie na fejsie mają rację. Powinienem przeprosić. Przeprosić za to, że oznaczyłem tylko pannę K ... Serio, trza było zahaczyć o zdecydowanie większą liczbę osób.
O wiele jednak bardziej niż przepraszać powinienem wszystkim fejsbukowiczom kochanym pogratulować chęci i niezłomności w ostrym zjeżdżaniu studniówkowego wpisu, a nade wszystko podziękować. Pewnie do teraz nie zdają sobie sprawy, jak mocno nakręcili swoimi burzliwymi publicznymi wystąpieniami spiralę promocyjną bloga. W ciągu kilku godzin liczba wyświetleń wzrosła nawet o kilkaset procent w porównaniu do "standardowego" wpisu, a do mnie napływają kolejne wiadomości z Mazur, znad Morza czy nawet zza granicy gratulujące niezłomnej postawy. Innymi słowy, wypociny towarzysza Metalurga opuściły ciasne ramy jego wąskohoryzontowego ( To nowe słowo. Przed chwilą je wymyśliłem. ) otoczenia i dotarły nawet do rodaków bytujących w innych państwach. Nic, tylko się cieszyć. Aha, i jeszcze jedna uwaga co do środowisk, które burzyły się, że obrażam ich godność jako metalowców ( jakby byli jeszcze tzw. true, to bym nie polemizował ). Wy naprawdę czegoś nie zauważyliście? Wystarczy wpisać w google frazę "dziennik młodego", a pojawia się ponad sześć milionów linków/pozycji. Dziennik Młodego Metalowca bryluje na pierwszym miejscu. To już nie jest tylko buntowniczy, antyspołeczny zapis wypocin smarkatego szczyla. To wyrobiona marka, o którą trzeba dbać i rozszerzać. Między innymi takimi studniówkami postami, które prowokują społeczeństwo do dialogu. 
Jeśli zaś chodzi o pozytywne komentarze z mojego otoczenia to otrzymałem je dokładnie od tych osób, od których się spodziewałem. I chwała im za to, że w obliczu rozjuszonego tabunu wybitnie uszczypliwych uwag pozostali przy swoim. Część co prawda zamilkła, ale to zrozumiałe. Ciężko jest iść pod prąd, na przekór wszystkim. Sam nie wiem, jakbym się zachował na ich miejscu.   
Z racji tego, iż głupio byłoby zaprzepaścić tak ogromną promocyjną szansę ( dzięki jeszcze raz, fejsbukowiczki kochaniuteńkie ), będę uderzał z postem wszędzie gdzie się da. Nawet do środowisk politycznych, jeśli którejś zechce się wypowiedzieć. I stanowiska, cholera, nie zmieniam. Studniówka jest przereklamowana. Spytajcie pani z angielskiego.

A tymczasem idę skończyć kolejne opowiadanie, wysłać je gdzieś, opublikować. Skoro coraz więcej ludzi o blogu słyszy, to i na moje opowiadania łaskawszym ( i chętniejszym ) wzrokiem patrzą. Tak to się kręci, fejsbukowiczki drogie.
    

piątek, 10 stycznia 2014

Czym jest studniówka?

To jest kompletna porażka społeczeństwa młodzieżowego. Brak obiektywnego spojrzenia na całość sprawy, uleganie pierwotnym instynktom lokującym nas w szponach atawizmu. No bo jak inaczej nazwać to, że ludzie ( głównie jak zawsze piękne i inteligentne dziewczyny < Sarkaźmik mały > " ) z mojej szkoły - większość przynajmniej - nie dość, że chce wynająć kamerzystę na studniówkę ( sic! ), to jeszcze pragnie zasilić kieszeń szanownego pana kwotą czterech i pół tysiąca złotych polskich netto. Ogarnia to wasz łeb, czy piszę za szybko?
Najsampierw trzeba zacząć, że to nie tylko u mnie, ale w całym kraju wali młodym ludziom na łeb w temacie studniówek. Ewidentna w tym wina rodziców, którzy propagują wystawność, szykowność i w ogóle ponadprzeciętną zajebistość. I te problemy zauważalne są już w samych początkach! Weźmy na ten przykład mój komers po szóstej klasie podstawówki. Byłem wtedy wesołym dwunastolatkiem, który jarał się esemesem z zapytaniem "chciałabym z tobą chodzić" od dziewczyny i którego sensem życia było kopanie piłki pod blokiem, a tu mi każą wyjeżdżać na zabawę do jakiejś wystawnej sali parę kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. No idiotyzm, kompletny idiotyzm. A to, co się dzieje ze studniówkami, to już przechodzi ludzkie - by nie rzecz mojego ulubionego "kacze" - pojęcie. Kminicie, że na Narodowym w Warszawie zabukowanych jest już kilkanaście studniówek? Wszyscy chcą odtańczyć Poloneza na Narodowym lodowisku! Kuźwa, po co się liczyć z kosztami. 
Że niby na studniówce nie warto oszczędzać? Że niby jest jedną taką jedyną, niezapomnianą, wyrąbaną w kosmos imprezą? Panie, bujda na resorach. Czym niby różni się od przeciętnej osiemnastki, półmetku czy zakończenia studiów ( jeśli już mówimy o większych młodzieżowych okazjach )? To ja wam odpowiem: Niczym. Albo nie, jest jedna różnica: Na studniówkę wydasz w cholerę więcej kasy. Panie, to przecież niektóre wesela nie są tak wystawne!
W tym miejscu aż muszę pochwalić moją panią z angielskiego ( często lubię wymieniać z nią zdania ) która sama zauważyła komizm zaistniałej sytuacji i stwierdziła, że to wszystko jest po prostu śmieszne. Użyła - żeby być dokładnym - takich oto słów: "Studniówka jest przereklamowana". Brawo! Podejrzewam jednak, że będąc w naszym wieku też sądziła, że ta impreza musi być przepełniona najróżniejszymi dziwactwami, bo drugiej takiej nie będzie. Dopiero przeżycie party wyrobiło w niej trzeźwiejszy pogląd na sprawę... Mam nadzieję, że z ludźmi z mojej szkoły będzie podobnie.

Nie dziwi mnie wcale, że część osób nie zamierza nawet pojawić się na studniówce. Sam się nad tym zastanawiałem... Ale stwierdziłem, że mimo wszystko głupio byłoby się nie pojawić. Tym bardziej, że zaprosiłem już partnerkę i cokolwiek niestosownie wyglądałoby wycofanie się ze sprawy. Przemilczeć tego  jednak już nie mogłem... Oświadczam więc - kończąc przy okazji te krótkie rozważania - wszem i wobec: Nie zamierzam brać udziału w waszym chorym pędzie za studniówkowym przepychem, modą, "pokażmy że umiemy się bawić i bezsensownie wydajmy kupę forsy" i "to jest jedna taka jedyna impreza" i za Chiny Ludowe ( i Koreańską Republikę Ludowo - Demokratyczną też ) żadnego kamerzysty nie mam zamiaru sponsorować, a tym bardziej na niego zarabiać ( Bo trzeba wam wiedzieć, że oni chcą zorganizować kiermasz ciast żeby mieć z czego to wszystko opłacić. No czyste lewactwo. Właśnie przez takie myślenie mamy potem kryzysy gospodarcze na świecie. ) !

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Kolejne szalone osiemnaście...

Wolny dzionek mamy, za oknem przyjemnie grzeje słońce a z komputerowych głośników dobiegają mnie dźwięki hard rockowych ( i rockowych ) klasyków, które postanowiłem sobie właśnie zapuścić ( w momencie, gdy piszę te słowa Axl Rose krzyczy w mikrofon słowa, które 3/4 żeńskiej populacji tego globu wypaczają na chwilę racjonalne postrzeganie otaczającego nas świata, a stawiają jedynie wizję gorącej randki z blondwłosym wokalistą - "Don't Cry" ). No kurde, nic tylko siedzieć i pisać... Dlatego też piszę.

Ze dwa dni temu jakoś zaliczyłem kolejną gorącą imprezę, których - jak to w życiu nastolatka - bywa sporo ( Chyba, że twoja matka jest taka jak ta w "Carrie" Kinga. Wtedy masz przesrane, a nie sporo. ). Z racji tego, iż był to kolejny balet z gatunku tych, które można podpiąć pod udane - a czytelnicy tegoż blog lubią karmić umysły udanymi baletami - walnę wam kilka słów na jego temat.

Impreza rozpoczęła się w okolicach dziewiętnastej. Sądziłem, że przybywając pięć minut przed zaplanowaną godziną popiszę się punktualnością ( rzadko u mnie spotykaną, szczerze powiedziawszy ) i będę jednym z pierwszych, tymczasem prawie połowa gości już się bawiła. Widać każda dodatkowa sekunda imprezy jest im bardzo cenna. Co w sumie nie dziwi... Dziwiło tylko - tak na chłopski rozum - czemu z początku wszyscy wegetowali na dworze, zamiast siedzieć w ciepłej i całkiem wysmakowanie przygotowanej sali. Chociaż drewniane stołki na dworze też źle nie wyglądały, jak - na moje oko - dwugwiazdkową restaurację ( czyli taki przyjemny standardzik ). W każdym razie przywitałem się na początek z obecnymi, wszak kultura takiej postawy wymaga. Oprócz znajomego jubilata, jego dziewczyny oraz wiecznie ekspresyjnego i przepełnionego czasami nie przez wszystkich rozumianym humorem kumpla reszta imprezujących person była mi obca. Ale na party, jak to na party, wychylasz parę kielonów i wszyscy są twoimi braćmi.
 Ogół biesiadników zebrał się gdzieś koło wpół do ósmej. Nawet nie zadawano zbędnych pytań, tylko od razy przystąpiono do pierwszego ( a zaraz potem drugiego i trzeciego ) głębszego. I znowu, tak jak to na każdej podobnej balandze bywa bawili się ludzie o lepszej lub gorszej umysłowej tolerancji napoi wysokoprocentowych ( Chciałem napisać "wysokobiałkowych" w pierwszy momencie. Już mi te co niektóre prozdrowotne kampanie żywieniowe bokiem wychodzą. ) Co wcale nie znaczy, że ludzie ze słabszym łbem są gorszymi kompanami do picia, wręcz przeciwnie. Weźmy na ten przykład dziewczynę jubilata. Ledwo przyszła, a już wyglądała jakby była ciuciubabką, którą kręcono przez czterdzieści minut i zaraz potem posadzono na krześle. Panowie Paranienormalni w razie jakiejś kontuzji Igora powinni do niej zadzwonić, bo Mariolkę Crejzolkę zagrałaby jak nikt, serio.
Gdyby tam były jeszcze tylko same spirytualia, ale nie. Część osób obecnych bawiła się w ciągnięcie pary wodnej z tytoniem - nigdy nie wiem jak to się nazywa - i wypuszczania z ust kłębów białego dymu. Wszystko jest ok, dopóki ktoś nie zaczyna wmawiać sobie, że da radę wypuszczać statki jak Gandalf w "Władcy Pierścieni". Na chęciach się rzecz jasna skończyło... Ale dziewczynie jubilata po paru próbach udało się zrobić mleko ( Z tego, co widziałem, "mleko" oznacza wypuszczenie dymu w chustę czy coś, tak żeby dym tam pozostał i sprawiał wrażenia mleka właśnie ). Strasznie była z tego dumna. W ogóle z tą panną to jest dopiero historia... Kurde, bawiła się jak nikt. Na przykład jednym z celów jej egzystencji na biesiadzie stało się docieknięcie, dlaczego mój kumpel obok jest łysy ( No, prawie, jakieś włosy se jeszcze zostawił. Ale nie przyszedł w bluzie z kapturem i nie słucha hip - hopu.) Nie jestem przekonany, czy usatysfakcjonowała ją odpowiedź "On jest łysy, bo ja mam długie włosy", w każdym razie na jakiś czas odwiodła od kolejnych podobnych zapytań. Co nie znaczy, że odwiodła od gadki w ogóle. A gdzie tam! Bardzo ciekawe rozmowy prowadziła chociażby z owym ekspresyjnym kolesiem ze specyficznym, ale w gruncie rzeczy często śmiesznym i nieco sowizdrzalskim humorem. Facet ma talent plastyczny, zamierza uderzać na ASP. Mówię wam, ludzie, nigdy go o to nie pytajcie, tym bardziej po pijaku. Koleś ma kompletnego fioła na tym punkcie - co mu się chwali - ale w kontekście obszernego wysłuchiwania jego artystycznych wywodów niekoniecznie. Choć, jedna laska na imprezie na jego gadkę poleciała. Zostawmy jednak parkę w spokoju, w końcu niektóre sprawy leżą w sferze prywatnej. Nie będę przecież pisał, że z początku jedynie się całowali a skończyli na imitacji końskiego ujeżdżania. Nie jestem świnią.
Dobra, ale ja tu tak tylko o tej dziewczynie jubilata i artyście... A co z pozostałymi członkami biesiady? A no, też się bawili. Jedni bardziej kulturalnie, inni mniej. Weźmy na ten przykład panów z Krakowa, Wrocławia, czy skąd oni tam byli. Wespół z paroma ludźmi z lokalnej miejscowości postanowili porobić parę napojowych miszmaszów, wlewając na przykład komuś ocet z colą, albo do pustej 2 litrowej butelki oranżady wlewając całą połówkę towarzysza Vladimira i zalewając tylko tyle, żeby się kolor pojawił. Niby standard, nic śmiesznego. Przecież i tak nikt nie jest na tyle głupi, żeby to wypić. Haha... Błąd. Wypił jeden chłopak. Udało mu się to tak zręcznie podstawić, że ni w ząb nie podejrzewał żadnego chytrego podstępu. Nie jestem pewien, ale chyba zaczął coś podejrzewać w momencie gdy postanowił pojechać do Rygi ( Znalazłem kiedyś w necie takie właśnie określenie na wymioty. Nie mam pojęcia, skąd się wzięło. ). Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wrócić, powiedzieć "Ku*wa!" i bawić się dalej, a co.
W sumie zabawa mogłaby być nieco lepsza, gdyby ktoś pomyślał - jak to koleżanka z Krakowa określiła - o zarzuceniu "chamskiego popu". Disco Polo, mówiąc po młodzieżowemu. A tak z głośników waliły głównie rastamańskie kawałki ( Co, nawiasem mówiąc, przypadło do gustu jednemu kolesiowi, który poczuł się chyba jak na Jamajce w latach siedemdziesiątych ). Sytuację uratowała miła kelnerka, którą ładnie zagadaliśmy i która użyczyła nam zasobów swojej komórki ( Pozdrawiamy! ). Właśnie, nie można pominąć też roli gości nieproszonych, którzy wystarali się o bardziej taneczne dźwięki. Bowiem zaraz przy restauracji znajduje się bar, gdzie często egzystują ludzie o wspomnianym w part Second sylwestra statusie społecznym. Tym razem wbiła nam się na imprę grupka dwudziestoparolatków. Chłopaki mieli już mocno w czubie, co było widać szczególnie w postawie jednego z nich. Niemniej jednak też się chcieli zabawić... Kulturalnie wypalili z nami fajki na dworze ( Gdzie, nawiasem mówiąc, przeprowadziłem z Podwawelską koleżanką ciekawą rozmowę na temat palenia i rozstrzygnięcia kwestii, czy papierosy a te długopisy z parą wodną i tytoniem to podobne rzeczy. ), wypili po kielonie. Co prawda żaden z nich na parkiecie Johnem Travoltą nie był ( Mimo iż przecież mieliśmy Sobotę ), ale nikt też nie postulował wywalenia ich z imprezy, więc zostali.
Pominę w tym momencie kolejny opis kolejnych ekscesów przytaczanej gdzieś wyżej artystycznej parki i dziewczyny jubilata, bo centralnie mnie w budzie dopadną i będzie źle. A mogłaby być z tego jeszcze cała powieść... Albo cykl humorystycznych filmików na yt z wielomilionową oglądalnością.
Na koniec wspomnę jeszcze o tej podwawelskiej dziewczynie... (  Były dwie podwawelskie, psiapsióły takie ) Otóż okazało się, że też lubi metalu i rocka posłuchać, choć kompletnie nie wyglądała. A tu ziuuum, zapuszcza ci w głośnikach System of a Down i Three Days Grace. Choć w sumie nawet większości imprezowiczów muza przypadła do gustu.
Ach, i jeszcze jedno. Łysy kolesiu - jak to dziewczyna jubilata określiła - żal mi, że musiałeś wysłuchiwać całego burzliwego życiorysu jednego z tych dwudziestoparolatków. Ale zawsze to jakieś doświadczenie.

P.S.W tym miejscu miało być zdjęcie, ale nie wszyscy się zgodzili na jego publikację. Wolny kraj, mają prawo.


            
  

sobota, 4 stycznia 2014

Wywiad z Maciejem Krzywińskim!

Hej ho, chłopcy i dziewczęta! Dzisiaj mam dla was prawdziwą petardę, która bije na łeb wszystkie moje dotychczasowe "dokonania" w dziedzinie tekstów publicystycznych ( Hm, choć "publicystyczne" to chyba jednak za duże słowo... może lepiej zabrzmi: Wypocin, które próbują wyglądać profesjonalnie i wpisywać się w wyszukane gusta współczesnej masowej ludności. Taak, zdecydowanie. ). Udało mi się przeprowadzić - trzeci już na tym blogu - wywiad. Tym razem jednak z zupełnie innym człowiekiem, którego zasób słownictwa i wysublimowane pomysły zdają się być nieograniczone. Facet ów był dla mnie główną inspiracją ( należałoby rzec, że wręcz pierwotnym impulsem ), dzięki której postanowiłem bawić się w wymyślanie ekstrawaganckich opisów codziennych sytuacji, przeprowadzać wywiady i pisać o muzyce ( Tego ostatniego, mam nadzieję, z biegiem czasu będzie dużo więcej ). Jego nieszablonowy sposób prowadzenia deskrypcji tekstu oraz inteligentny ( a zarazem rozbrajająco śmieszny ) humor nieraz poprawiały mi nie całkiem udany dzień. Mowa tu o Macieju Krzywińskim, jednym z głównych tekściarzy ( Jak sami się przekonacie, w życiu nie powiedziałby o sobie per "dziennikarz" ) polskiego wydania miesięcznika "Metal Hammer", zapalonego miłośnika muzyki i swoistego maniaka Slayera. Uprzedzam jednak, że to nie są wypowiedzi dla zwykłych ludzi. Jeśli jednak jesteś nie-zwykłym człowiekiem, z pewnością będziesz leżał pod stołem ze śmiechu i pojmiesz, dlaczego akurat ten koleś przyczynił się do zorganizowania sobie przeze mnie takich, a nie innych zajęć pozalekcyjnych. Zapraszam do lektury!



Metalurg:Jak się czujesz, udzielając wywiadu takiemu małolatowi jak ja?
 
Maciej Krzywiński:Sobota jest, pogoda dopisuje, wczoraj pierwszy raz w życiu udało mi się zrobić kopytka… Jedyną rysą na obrazie cudownego dnia była obła baba, której członki zdawały się oplatać przestrzeń w promieniu przynajmniej siedmiu metrów. Spotkałem ją w kolejce u rzeźnika, gdzie pięciokrotnie dopytywała, czy aby rostbef naprawdę powinien być tak krwisty. Ale poza tym jest przepięknie, niezależnie od wieku interlokutora.
 

M:Wiem, że pochodzisz z Poznania. Jak oceniasz to miasto pod kątem studiowania? Wybacz że pytam. W maju matura i nie wiem jeszcze do końca, gdzie się wybrać.
 
MK:To, że uczęszczałem względnie regularnie na jakieś zajęcia, nie oznacza jeszcze, że studiowałem. Prawdę mówiąc, z perspektywy czasu żałuję, że nie spędziłem tych pięciu lat w innym mieście. Ale nie dlatego, że mam sprecyzowaną opinię o poziomie szkolnictwa wyższego w stolicy Wielkopolski, tylko dlatego, że studia to dobry pretekst do odmiany towarzysko-krajoznawczej, w ostatnich chwilach przed tym, jak głaz tak zwanej dorosłości zwali ci się na ciało i ducha. Przy okazji, polecam wykłady online faceta, który był promotorem mojej pracy magisterskiej: http://www.youtube.com/watch?v=HdhzqxnM0pA A studia? Jestem ostatnią osobą, której powinieneś pytać, bo wybrałem kierunek między innymi dlatego, że na uczelnię miałem bezpośrednie połączenie komunikacji miejskiej… Ostatecznie moja praca zawodowa nie ma wiele wspólnego z kierunkiem studiów, a wręcz leży na przeciwnym biegunie, ale to nie znaczy, że żałuję wyboru tego kierunku. Wręcz przeciwnie. Kulturoznawstwo to zajebisty kierunek, ale nie zawód.
 

M:No, a teraz przejdźmy do – mniej lub bardziej – konkretnych rzeczy. W tekście o Jeffie Hannemanie, który ukazał się łamach MH (6/2013), napisałeś, że twoją pierwszą w życiu recenzją albumu był opis „Diabolous in Musica” Slayer. Czy to właśnie wtedy pomyślałeś –  „Kurde, fajnie byłoby tak pisać o muzyce...” (no, może nie pomyślałeś akurat o słowie „fajnie”)?
 
MK:Trafiłeś w sedno – to był niestety opis płyty, a nie recenzja. To duża różnica. Ten tekst powstał na potrzeby zine’a, który miał być inicjatywą muzyków pewnego polskiego zespołu deathmetalowego, ale ostatecznie chyba nigdy się nie ukazał. Pamiętam, że słałem go jeszcze Pocztą Polską, a nie e-mailem, co mi uświadamia, jak zamierzchłe to dzieje. Ale nie załapałem się na legendarne w kręgach zinoróbców mydlenie znaczków, więc tak znów stary nie jestem.  O tym, że fajnie byłoby popisać o muzyce, musiałem pomyśleć nieco wcześniej, kiedy nałogowo czytywałem prasę muzyczną, której wybór wtedy był jeszcze całkiem spory.
 

M:Czy bycie dziennikarzem muzycznym może być ciężkie? Ten zawód zawsze kojarzył mi się z przedpremierową możliwością odsłuchania albumów, wojażami po najróżniejszych koncertach, rozmowami z muzycznymi idolami...
 
MK:Nie wiem, nie jestem dziennikarzem muzycznym, a tym bardziej nie traktuję hobbystycznej w zasadzie działalności jako zawodu. Ale przypuszczam, że jeśli dużo ważysz, to owszem, może być ciężkie. Pewnie powinieneś zapytać Wojciecha Manna. Wszystko, o czym wspominasz, jest integralną częścią, niewątpliwie przyjemną, tego hobby. Trzeba też jednak wiedzieć, że płyta przed premierą wcale nie jest fajniejsza niż po premierze, więc zwykle przedzierasz się przez oceany gówna, by natknąć się na jakąś perłę. A muzyczny idol czasem okazuje się burakiem o zasobie słów ograniczonym wieloletnią konsumpcją wódy lub, w najlepszym razie, wagin o przekroczonym terminie przydatności do spożycia. Ale nie, to nie czyni tego hobby ciężkim. Ciężko jest na kopalni.
 

M:W tym samym numerze, w którym napisałeś o Jeffie, stwierdziłeś także, że – cytuję – „Tylko, kurde, trzeba się było wziąć do jakiejś roboty”. Rozumiem więc, że egzystowanie na tym świecie jedynie jako metalowy dziennikarz kokosów nie przynosi? Cholera, zawalił mi się jeden z planów na życie. 

MK:Znakomicie, że zawalił się teraz, przed maturą, a nie za kilka lat. Wydaje mi się, że dziennikarstwo jako zawód od dłuższego czasu się krztusi – w sumie to wnioski zdecydowanie mądrzejszych ode mnie – a już dziedzina tak wąska, jak dziennikarstwo muzyczne, o wyborze zaledwie jednego gatunku jako specjalizacji nie wspominając, to domena fanatyków. Pożytecznych, napędzanych pasją i z reguły uroczych, ale zamkniętych w getcie. Co przecież nie znaczy, że nie należy pielęgnować swojego hobby. Mało znam aktywności nieabsorbujących narządów rodnych, które byłyby przyjemniejsze od obcowania z muzyką, pisania o niej, rozmawiania na jej temat.
 

M:Dużo dostajesz wiadomości od czytelników, którzy chcą podyskutować? Od fanek może jakichś też?
 
MK:Na pewno mniej niż The Beatles w okresie swojej największej chwały. Prawdę mówiąc, pewnie nawet mniej niż przeciętny czeski zespół gore-grind, choć ostatnio akurat zauważyłem wzrost aktywności. Dlaczego sugerujesz, że czytelniczka to od razu fanka? Fanki mieli Gene Simmons i jego język, ja dostawałem jedynie wiadomości od fanek Tarji Turunen, które chciały mi zakomunikować, że za mną nie przepadają, ewentualnie chcą mnie zajebać. A jedyną fankę w domu mam, na szczęście komunikujemy się drogą inną niż epistolarna.
 

M:Gdy napisałem do ciebie – kiedyś – pierwszy raz, stwierdziłeś, że nie warto się ograniczać jedynie do jednego gatunku (w tym wypadku metalu). Czego więc – poza metalem – lubisz słuchać na co dzień?
 
MK:Matko Boska, długo by można, więc powiem ci, czego poza metalem słuchałem w minionym tygodniu. Debiutu The Velvet Underground & Nico, „Berlin” Lou Reeda, „Vulcano” Sorry Boys, „Starless and Bible Black” King Crimson, „Dobranoc” Lecha Janerki, „It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back” Public Enemy.
 

M:Osobiście ciekawią mnie kulisy rozpadu – w wielu kręgach posiadającego status co najmniej tak kultowy, jak Burzum w Norwegii (choć to chyba nieco odmienne rodzaje muzycznej sztuki) – Zespołu Przedostatniej Strony Metal Hammer. Z twoich błyskotliwych i pełnych pasji opisów początkowo wynikało, że drzwi do światowej kariery stoją przed wami otworem...
 
MK:Owszem, stały otworem. Szybko okazało się jednak, że to ten otwór, którym światowa kariera wydala końcowe produkty przemiany materii. A tak na serio, to znudziły mi się już te brednie. Powtarzałem się i zamulałem, więc postanowiłem zaoszczędzić cierpienia zarówno sobie jak i – przede wszystkim – czytelnikom. Ile można pieprzyć kocopoły? To znaczy, każde moje kolejne zdanie dowodzi, że długo można, ale to akurat inna historia. Z drugiej strony, mam to wszystko skatalogowane i przez moment korciło mnie nawet, by całość w tej czy innej formie opublikować. Może kiedyś… 
 

M:Na koniec chciałbym ci podziękować za to, że zgodziłeś się udzielić tego wywiadu. Dla mnie osobiście jest ogromnym zaszczytem pisać z człowiekiem, który nie wahał się przeprowadzić wywiadu na temat metalu z Tercetem Egzotycznym. Rzuć jeszcze parę słów do czytelników bloga, tak w swoim stylu, co by wiedzieli, z jak nietuzinkowym przedstawicielem publicystycznej sztuki mają do czynienia.
 
MK:Posłużę się cytatem: „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”. Niestety nie mam czasu, by pokusić się o lepszą sentencję. Sam rozumiesz, te fanki same się nie zdobędą…

środa, 1 stycznia 2014

Wystrzałowo - Oskarżycielski Sylwester part Second

No, w końcu nadeszła pora na to, co misiaczki lubią najbardziej, że tak powiem. Kolejny rok walnął się do lamusa... Tak jak i sylwester. Myślę więc, że pierwszy post w nowym roku nie może być o niczym innym, jak o kolejnej zabójczej imprezie...

Mimo iż w porównaniu z zeszłym rokiem ( "Czamu ona je sebleczonoł?!" Ach, po prostu tekst mojego życia ) mniej padło w naszą stronę oskarżeń i nie zanotowano przypadków robienia z nieletnimi rzeczy których nieletnim w świetle prawa ( zarówno cywilnego jak i moralnego ) robić nie wolno, nie znaczy wcale że imprezowe balety były w jakiś sposób gorsze. Ba, może i nawet lepsze, w pewnych momentach. No, ale - jak zwykle - po kolei.
Impreza rozpoczęła się gdzieś koło dziewiątej. Na wstępie trzeba zaznaczyć, iż mieliśmy genialną wręcz miejscówkę: Schowana w gęstych zaroślach skanciapiała altana, znajdująca się na tyłach ogródka wujka jednego z imprezowiczów ( Wujek, notabene, nic o party nie wiedział. Na narty z rodzinką wyjechał. ). Tak że z idąc ulicy nijak nie dało się tego domku dostrzec, a i od potencjalnych wnerwionych sąsiadów też byliśmy dobrze odgrodzeni. Przerażała mnie jedynie z początku mnogość niebezpiecznych urządzeń na powietrzu, typu zardzewiała, rozpadająca się huśtawka czy oczko wodne. A bo to wiesz, co komu walnie do łba po pijaku? Na szczęście urządzenia nie przyczyniły się w żaden sposób do czyjegoś uszczerbku na zdrowiu...
Generalnie ( nie lubię używać tego słowa, no ale czasami trzeba ) było nas sześciu chłopa ( w innej niż zeszłoroczna konfiguracji ). I mieliśmy zdecydowanie za dużo alkoholu... No bo ja rozumiem sobie popić, rozwalić coś i nic nie pamiętać. Ale jak zobaczyłem ilość tych flaszek to aż mi we łbie na samą myśl zaszumiało ( I nie wliczam teraz szampana, który o 12 jest must be ). Wiedzieliście na przykład, że jest coś takiego jak arbuzówka? Kto to robi, ja się pytam?! Śliwowica, cytrynówka, orzechówka to jeszcze normalne - chyba - trunki, ale żeby wytwarzać arbuzowy alkohol? Kurde, za niedługo to już te smaki będą lecieć jak w tymbarku, czy innych koncernach i tylko patrzeć, kiedy w sklepie postawią kaktusówkę, granatówkę albo eukaliptusówkę. No ale nic, nie będziemy przecież picia marnować. 
Po wypiciu na początek jakichś trzech kolejek udaliśmy się po - żeby uniknąć kolejnych ocenzurowań - wyroby mogące kojarzyć się z nazwiskiem jednego z polskich bramkarzy, które po odpaleniu wprowadzają do człowieczego organizmu siwą substancję. Ja ich nie używam, żeby nie było. W życiu może dwa, trzy razy pociągnąłem, jakoś mi to nie podchodzi. Z resztą u nas też tylko symbolicznie - dwie osoby ledwo coś odpaliły. Taak, tylko że najpierw musieliśmy te wyroby dostać... 
Sklepy już były zamknięte, wskazówki mówiły, że jest gdzieś przed dziesiątą. Poszliśmy więc w sprawdzone miejsce, gdzie ów wyroby są droższe, ale miejsce to jest - prawie -  wiecznie otwarte. Tym razem mieliśmy kurna pecha... No nic, sprawdziliśmy kolejną knajpę. A, tam to była impreza. Grupka gorących imprezowiczów złożona z ludzi których status społeczny w rankingach naszego miasta oscyluje wokół " dzień dobry ci mogę powiedzieć, ale to nie znaczy że nie żywię do twojej żałosnej osoby pogardy" ( niektórzy to już z urodzenia za nazwisko nie mają lekko ) ostro brylowała na parkiecie. Chociaż nie, było też sporo osób o statusie wyższym niż u innych person. Co by jednak nie mówić, balet wspaniały. Jeden z tych od niższego statusu społecznego ( Ja tam nigdy do nich nic nie miałem, tak po prawdzie. To zawsze weseli ludzie są. ) miał nawet szykowny garniak na sobie i witał się ze mną jak ze starym przyjacielem. Miłe. Pożądany towar otrzymaliśmy i czym prędzej udaliśmy z powrotem do naszej kanciapy. Ach, nie, moment. Zdążyliśmy wstąpić jeszcze po pizzę. Dzięki błyskotliwemu poprowadzeniu rozmowy otrzymaliśmy nawet jedną gratis, ty. 
Po przyjściu do kanciapy znowu wychyliliśmy parę kolejek i... No, co niektórym zaczęło z leksza walić na łeb. Nie wiem, kto tam przyniósł tabakę - i to trzy paczki - ale fakt faktem, że nie był to pomysł z gatunku tych najlepszych. Tabaka niby nic. Chyba że wyskakujesz kozacko z tekstem " Dawaj to!" ( Jakie to typowe dla Polski ) i wysypujesz na talerz całą paczkę z przekonaniem, iż uda ci się wszystko na raz wciągnąć. Przyznaję, że nie zachowałem się jak przystało na przykładnego obywatela i zamiast odwodzić od szalonego pomysłu gorąco gościa dopingowałem. Nawet fajny filmik z tego powstał. Ale kurde, nie dał rady chłopak. Z czterech kresek wciągnął dwie i padł na kanapę z załzawionymi oczami. Niby fajnie, że ostatecznie nic mu się nie stało, ale niedosyt pozostał. Do dwunastej było już w miarę normalnie. Kolejne kolejki, potłuczona szklanka, chóralne zaśpiewy "O,o,o, o o,o,o,o" w rytm imprezowych hitów dudniących w głośnikach. Ale o dwunastej...
Cała bandą wyskoczyliśmy z kanciapy jak dziki z dziczy z normalnie. Pobiegliśmy prosto w stronę centrum miasteczka, gdzie odpaliliśmy całkiem pokaźną wyrzutnię rakiet i poskładaliśmy ludziom życzenia. Co tam poskładaliśmy... Naszła mnie myśl w tamtym momencie, że jednak wszyscy ludzie są moimi braćmi. To i też zrobiłem rundę po rynku i przytulałem każdego, kogo tylko spotkałem, składając mu życzenia. Kit, że połowy ludzi nie znałem. Gest się liczył! Spotkałem też rzecz jasna mnóstwo znajomych gęb. Jedna kumpela to mi nawet dobrotliwie pożyczyła, cytuję ( albo prawie cytuję ): "Żebyś nauczył się jeszcze lepiej grać na gitarze i nagrał płytę w końcu ". Phi! Przecież ja już dobrze gram, "Wlazł kotek na płotek" to tappingiem jadę ( dobra, może lekko się zapędziłem ). A, i jeszcze jedną ciekawą "kumpelę" spotkałem. Pamiętacie jeden z postów o letnim basenie, gdzie opisywałem pewne dziewczyny? No, to była jedn z nich, o ile się nie mylę. Nie wiem, czy wciąż żywi do mnie uraz po tamtym tekście czy też była mocno nachlana, fakt faktem że skomentowała moją osobę - bądź też rzuciła w mą stronę niekoniecznie miłe słowo. Nie odparłem, bo i po co. Choć może nawet nie wiedziała, że to ja? Nie wyglądała na taką, która wie co się w okół niej dzieje...
Chwilę później zeszliśmy z rynku i kontynuowaliśmy rajd po miasteczku. Kurde, w życiu nie wypiłem tylu bruderszaftów i innych.... szaftów. Co krok kogoś spotykałem, kto zawsze miał szampana i mówił "Pij!", nie chcąc usłyszeć z mych ust odmowy. Ach, no i jeszcze trza by wspomnieć o pewnej koleżance, co by się nie obraziła. Akurat przebywała na sylwka w tym mieście, to i zadzwoniła co słychać. Nie wiem, czy zabierze stąd dobre wspomnienia, zważywszy na to iż dostała potężną petardą pod nogi i musiała rozmawiać z moim nie do końca ogarniętym w tamtym momencie umysłem. Ale odprowadziłem ją szarmancko, pełna kulturka. 
Gdzieś przed pierwszą znaleźliśmy się znowu w naszej kanciapie, tym razem zasileni obecnością dwóch uroczych dziewcząt. Nie pamiętam do końca, kto je tam zaprosił i jak się tam znalazły ( chyba ktoś po prostu do nich napisał ), ale chciałbym temu komuś z tego miejsca serdecznie pogratulować świetnego pomysłu. Chociaż jedna z nich to była siostra obecnego z nami imprezowicza, więc to tak raczej rodzinnie przyszło, że tak powiem. Dziewczyny wypiły z nami niewielką ilość szampana ( kolejne mało pijące - plus dla nich ), zjadły pizzę ( której, kurna, trzy kartony jeszcze zostały! ) i ogólnie fajnie się pobawiły. Jedna z nich stwierdziła, że bardzo jej się podobał ubiegłoroczny post... Nie mogłem więc dziewczyny zawieść i dlatego tłukę teraz w tą klawiaturę, no. Niepokoił mnie tylko stan jednego kolesia. Odkąd wróciliśmy przed pierwszą do kanciapy nie odzywał się, tylko patrzył tępym wzrokiem przed siebie. Nikt nie wie, w którym momencie stracił się z imprezy ani jak tego dokonał. Gdy to sobie uświadomiliśmy, w pierwszym momencie przyszło nam nawet na myśl że leży w stawie. Ale na szczęście tam nie egzystował... Odezwał się rano. Stwierdził, że to najlepszy sylwester na jakim był. 
Koło trzeciej impreza zaczęła się zwijać... Odprowadziliśmy kulturalnie dziewczynki do domów, siebie też poodprowadzaliśmy nawzajem. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze lekką wjebkę na jakieś party. I na koniec z jednym kumplem przeprowadziliśmy czterdziesto minutową rozmowę o wszystkich naszych życiowych miłościach... I szlag jasny trafiły dobry humorek. 
Pocieszyła mnie tylko późniejsza wypowiedź jednego z kumpli, tego od tabaki. Opowiadał, że jak wrócił po imprezie i walnął się na swoje łóżko, to zdawało mu się żeśmy poszli z wszystkimi za nim i przenieśli party do jego pokoju. Podobno nawet mnie tam widział, choć w tamtym momencie byłem na drugim końcu miasta. Kurde, zaczynam zazdrościć, że sam se nie pociągnąłem tej tabaki... 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Sylwester, ludzie, sylwester!

Siemanko ludziska! W ten - jak zawsze z resztą - wyjątkowy ( obojętnie z jakiej strony by na to nie spojrzeć) okres nie mogło się rzecz jasna obejść bez naskrobania paru słów. Wybaczcie, że dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale... Chociaż nie. Głupio mi składać życzenia świąteczne tydzień po. Wiedzcie jednak wszyscy drodzy blogowicze iż o was pamiętałem i mentalnie składałem życzenia, których nie powstydziłby się sam K.K. Baczyński. 
Nie za późno jest jednak - a wręcz idealnie - na życzenia noworoczne. I znowu roku kolejnego nam przybyło... Roku, który na tym blogu, powiedzmy sobie szczerze, mógł być dużo bardziej obfitszy, gdybym więcej pisał. Ba, była nawet szansa na wyniesienie go z kulturowego undergroundu i osadzenie w rankingach popularności co najmniej obok tagów: "prawie największa niedoszła gwiazda blogowa roku" i podniesienie statystyk o co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Gdybym tylko więcej pisał, cholera. Ale nie ma tego złego... Na nowy rok postanawiam więcej pisać. Tym razem już naprawdę. Tylko czy mi się uda...? Będę musiał znaleźć wolne chwile pomiędzy pisaniem powieści (sic!), kolejnych opowiadań i przygotowaniami do matury. A jak zima przyjdzie, to i pewnie będzie trzeba odśnieżać. Sami widzicie, jak tu znaleźć czas na bloga? Ale damy radę ( przynajmniej się postaramy ). Tymczasem składam wszystkim najlepsze noworoczne życzenia! Ogólnie te same schematy: Radości z życia, miłości, itp., itd. Nie nudzi was rok rocznie słyszeć to samo? Mnie tak. A więc najlepsze chyba słowa na nowy rok będą takie: Żeby ten nowy rok był kompletnie inny od poprzedniego, obfitował w moc nowych i ciekawych doświadczeń, znajomości, przeżyć. A za rok - żebyście usłyszeli inne niż zazwyczaj życzenia! :) 

Ah tak, wiem... Sylwestrowa impreza. Ano, coś planujemy. Generalnie jest spontan - a spontany są najlepsze przecież - tylko nie ma pewności, czy będzie tak zakręcony jak ten w zeszłym roku. W zasadzie jest lepsza miejscówa, nawet dużo lepsza bo odseparowana od centrum miejscowości, tylko ludzi brak. Na razie co najwyżej kilku. Chciałbym zacząć nowy rok z kolejnym wystrzałowo - oskarżycielskim postem, nie jestem tylko pewien czy będzie co opisać. Ale spontany mają to do siebie, że zawsze jest co opisywać. Jeśli jednak jest ktoś, kto jeszcze nie ma skonkretyzowanych planów na tę jakże bombową noc to zapraszamy serdecznie. Piszcie na mojego mejla, na fanpage na fejsie albo też - kto ma - na mojego fejsa. Nieważne, czy jesteś chcącym napić się kolesiem, czy gorącą laską pragnącą niezapomnianej imprezy ( oferty tych drugich rozpatrujemy rzecz jasna dużo uważniej :) ). Ale uprzedzam - liczba miejsce ograniczona. I przyjmujemy zgłoszenia tylko od osób, których obecność nie zrobi nam wiochy, że tak powiem. Nie wpuszczamy meneli, znaczy się. A poza tym to wszyscy!

                                                                                                                      Z najlepszymi życzeniami!

piątek, 29 listopada 2013

Imprezowe możliwości współczesnej młodzieży

Hello! Miesięczna przerwa w pisaniu ( teraz już dłuższa, zacząłem posta parę - ładnych - dni temu ) postów nie była spowodowana bynajmniej lenistwem czy nagłym wstrętem do zacnej sztuki posługiwania się słowem pisanym. W ten sam dzień, kiedy opublikowałem tekst o polskich latach 90 napisałem też do managera bardzo popularnego ostatnimi czasy zespołu Amarante i poprosiłem o wywiad z którymś z członków zespołu. Odpisał, że mogę pogadać z perkusistą, bo reszta składu jest na urlopie i mam mu wysłać pytania, co czym prędzej uczyniłem. Nie wiem, czy zaskoczył gościa wyrafinowany i zagmatwany język pytań ( pamiętajcie, że nawalałem po angielsku, wspierając się słownikami i innymi translatorami ) czy też może poruszanie kwestii dotyczących słodkości brzmienia kapeli, niemniej jednak odpowiedzi nie otrzymałem  do dnia dzisiejszego z tą chwilą włącznie. Stwierdziłem w końcu że mam typa w du... ( haha, chcielibyście żebym używał takich brzydkich słów, co?  ) miejscu, o którym za dzieciaka zawsze była mowa w żarcie "Goniła cię matka z siekierą?..." i postanowiłem zasiąść do tego tekstu. Tę sobotę i tak mam już zrąbaną. Zdałem prawko jakiś czas temu i teraz nic tylko muszę wszystkich gdzieś wozić... Dzisiaj przypadło mi zawieźć rodziców na zabawę. Kurde, a dzisiaj w Pietni Mario Bischin i Macarena ( No co, czy obecność osobników mojego pokroju na dyskotece serio jest taka dziwna? Kurde, gdybyście widzieli ostatnią imprezę... )... I pewnie jakiś koncert w okolicy ( A, już wiem! Zacząłem to pisać w sobotę, dwa tygodnie temu. )
No właśnie... Jakie możliwości może mieć przeciętny nastolatek, aby móc się wyszaleć w sobotni wieczór? Właściwie mnie samego bardzo ten temat ciekawi. Bo musicie wiedzieć, że ja nigdy nie wiem, co napiszę. Wymyślam tylko temat - często już gotowy tytuł posta - i nawalam na poczekaniu. Wbrew pozorom to całkiem efektywny i twórczy sposób pracy.
Dzisiejsza młodzież... No, to w ogóle jakieś rozhasane plemię jest, przynajmniej według relacji co niektórych osobników pokolenia które uniknęło emerytury od 67 roku życia ( a więc starszego, mówiąc językiem prostym który nie wygląda tak fajnie jak ten pogmatwany ), w szczególności reprezentujących płeć żeńską, w moherach na głowie walczącą o wyzwolenie polski spod jarzma szatańskiego reżimu. Że to niby teraz same pijaki, ladacznice, ćpuny i w ogóle do kościoła nie chodzą. Tak? A to niby kiedyś tego nie było? Jakby tak spytać jedną z drugą, co one robiły zanim wdziały te swoje hełmy, to pewnie połowa by rumieńcem na samo wspomnienie spłonęła. Ale dobra tam, nie mamy tu przecież roztrząsać burzliwej przeszłości jedynych słusznych obrończyń tego kraju a skupić się na imprezowych możliwościach współczesnej młodzieży.
Pierwszą najbardziej oczywistą oczywistością jest oczywiście dyskoteka ( ależ oczywiście! ). Przeanalizujmy koszty pozwolenia sobie na tego typu przyjemność. Tak ten kraj jest ułożony, że aby dojechać do jakiegoś klubu w większości miejsc nie potrzeba więcej niż trzydziestu kilometrów. Jeśli więc chcemy się zabrać z kimś autem, musimy się liczyć z kosztami pokrycia paliwa w wysokości (+/-) 10 - 15 zł. Czyli nie tak wcale źle. Wstęp na imprezę zwykle obraca się w granicach 20 zł. Jedno piwo dostaniemy za 5 zł, a żeby mieć taką fajniejsiejszą imprezę, to musimy gdzieś z pięć co najmniej  wypić ( zależy, kto jak chce pobalować i jaką ma głowę ). Jeśli więc chodzi o ogólne koszty, przeciętnie jeden taki wypad to wydatek około 50 - 60 zł. A walory artystyczne i - przede wszystkim - imprezowe? No, całkiem sporo. Artystycznych może mniej, za to tych drugich mamy od groma. Są dziewczyny - chętne, niedostępne, dające za 10 groszy, które się tylko całują, które poderwiesz dopiero po sześciu dyskotekach - co kto lubi. Skakać też sobie poskaczesz, bo i muza jest tak zrobiona, że nic tylko machać rękami i hasać po parkiecie. Poza tym można i z dziewczyną w parze potańczyć, bo "Jesteś szalona" i inne dziewczyny które tańczą dla mnie niby spadające gwiazdy ( no cóż, nie będą udawał że nie znam tych wszystkich disco polowych numerów ) też w osobnej sali grają. Ogólnie można więc uznać, że dyskoteka jest całkiem ciekawą sobotnią propozycją na wieczór.
Drugą nasuwającą się na myśl opcją jest oczywiście wypad na koncert. Wbrew pozorom, mimo iż chciałbym w tym temacie brylować, to nie mogę. Przyszło mi przeżywać młodość w takim miejscu, w którym pojęcie nastoletniego buntu i powiedzenia " Patrz, ku*wa, jestem inny, wyglądam inaczej i jestem przez to mega zajebisty" ogranicza się właśnie do spożywania hektolitrowych ilości napoi alkoholowych 
( Słowianie, ogólnie rzecz ujmując z natury mają większą tolerancję organizmu dla tego typu mikstur. Ale, to co się dzieje na wsi... Obok "Nie dotyczy Słowian" w słowniku powinni jeszcze dopisać " A polska wieś to w ogóle osobna kategoria, której tolerancji nie udało się jeszcze zmierzyć nauce " ) i brylowania wśród disco polowej techniawy, ewentualnie zwrócenia się w kierunku hip - hopu. Siłą rzeczy moja działalność koncertowa wygląda dosyć ubogo. Niemniej jednak parę takich eventów się zdarzyło, jak np. występy Oberschlesien, Dżemu, Perfectu czy całkiem niezłej grupy coverującej Rammstein. Ale spokojnie, przyszłe wakacje tak sobie rozplanowałem, że nadrobię te stracone lata z nawiązką... Jeśli zdam maturę, rzecz jasna. W przeciwnym wypadku czarno to widzę A co do tych koncertów... Zachęcam do przeczytania posta o dniach Krapkowic, gdzie właśnie między innymi występował Oberschlesien. Jeśli każdy metalowy koncert tak wygląda, to nic tylko całe życie skakać pod sceną! W tym wypadku akurat koszta były zerowe - jechaliśmy rowerami, a imprezowa była plenerowa, sponsorowana przez miasto ( a więc i darmowa ). Zarówno wrażenia artystyczne jak i imprezowe zapewnione przez taki koncert biją na głowę to, co w tym temacie ma do powiedzenia dyskoteka. I cześć pieśni, jak to mówią. Nie wiem, jak to jest na typowych koncertach w klubach czy na stadionach, gdzie trzeba płacić za bilety ładną sumę - ale pewnie jeszcze lepiej. Stwierdzić więc mogę z całą odpowiedzialnością, że koncert - nie tylko metalowy - jest wyśmienitą propozycją dla spragnionych dzikiej imprezy nastolatków. 
Kolejną rzeczą, która w oczywisty sposób wpada do głowy każdemu przeciętnemu młodemu człowiekowi są rzecz jasna domówki. Kurde, te imprezy ciągną się już od początku ludzkości ( Tak, tak! Poczytajcie np. sobie, jakie to Neron w swoim pałacu urządzał rozpustne domówki, a raczej pałacówki. ), a nigdy się nie starzeją. Jedyne, co się zmienia, to muzyka, ale taka kolej rzeczy jest zupełnie naturalna. Moje doświadczenia w tego typu wydarzeniach kulturalnych mogę uznać za całkiem przyzwoite. Tym bardziej że sam byłem organizatorem największej niedoszłej domówki w południowo - wschodniej Polsce, według nieoficjalnych danych. Co, nie słyszeliście? Dziwne, na fejsie zaproszonych było prawie siedem tysięcy osób... Kurde, w ogóle grube balety się zapowiadały. Udało się załatwić cztery kapele rockowe chętne do zrobienia zadymy na imprezie, za niewielkie pieniądze udało nam się też uzyskać pomoc firmy zajmującej się organizacją wszelkiej maści eventów domowych ( ci sami ludzie, którzy poprowadzili swego czasu szeroko komentowaną w mediach "Domówkę u Andrzeja" w Markach ). Brak nam tylko było zgody burmistrza na zrobienie imprezy masowej ( powyżej 1000 osób ), ochrony, straży pożarnej i opieki medycznej, ale kto patrzy na takie szczegóły? Jak impreza, to impreza. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie dowiedzieli się rodzice... Bo w weekend, na który zaplanowano imprezę oni mieli wyjechać, wiecie jak jest. Ale cóż, tydzień przed się dowiedzieli, nie pojechali, a ja dostałem największą ( jakby to łagodnie powiedzieć ) burę w życiu. I tak miesiąc przygotowań poszedł się paść. Mimo lekkiej ulgi, którą odczułem ( bo gdy zdałem sobie sprawę z ogromu wydarzenia w pewnym momencie zacząłem się bać ), bardziej  żal mi było, że domówka się nie odbyła. No bo gdy człowiek dzień przed niedoszłą imprezą czyta sms typu "Hej, ten striptiz nadal aktualny?", to zawsze jest mu żal. Life is brutal, jak powiadają. Generalnie jednak większość domówek na których bywam - lub czasami robię - nie przekracza kilkunastu osób, czyli tak raczej standardowo. Zaletą takich eventów jest na pewno kameralność - łatwiej można nawiązać bliższe relacje z koleżanką, robić rzeczy, o których wieść nie wyjdzie poza obręb domowych murów ( nie żebym ja coś, broń Boże ). W kwestii finansów - na jedzenie i alkohol można się złożyć, więcej w zasadzie nie trzeba. Muzykę zazwyczaj puści się z wieży czy telewizora i już, hardy part start. Miła propozycja na sobotni wieczór. Dane statystyczne pokazują, że nawet najczęściej przez młodzież preferowana. 
Najlepszą jednak opcją, która pozostawia w głowie najpiękniejsze wspomnienia jest oczywiście totalny spontan. Kompletna improwizacja. Nagle wpadnie ci coś do głowy i postanawiasz to wykonać. Weźmy na ten przykład zeszły piątek. Siedzimy sobie o godzinie dwudziestej z kumplami w barze przy piwku i nagle jeden rzuca - walimy do klubu ( w piątek! ). Idea spoko, ale w najbliżej położonym od naszej miejscowości klubie bawią się często nieciekawi ludzie, więc szybko upadła. Zaraz jednak uświadomiliśmy sobie, że ledwie cztery - pięć kilometrów dalej mamy drugi klub, do którego można wpaść. Spoko. Kupiliśmy litra ( było nas trzech, jak śpiewał Markowski ) i wyruszyliśmy w jakąś ośmiokilometrową drogę ( z buta ). Po drodze napisałem do kumpeli, czy w piątki w ogóle jest coś tam czynne. Stwierdziła, że nie wie, ale przebywa właśnie na fajnej imprezie niedaleko tego klubu i że możemy wbijać. Czemu nie? Niezła myśl. Jednakże nie przewidzieliśmy, na jaki rodzaj party możemy się dostać. Przychodzimy, a tu kurde osiemnastka! Nawet nie mieliśmy pojęcia, jak jubilatka miała na imię, nie wspominając o gościach ( prócz rzeczonej kumpeli ). Ale co tam, sto lat odśpiewaliśmy, wódę dostaliśmy. A potem trochę - przynajmniej moja osoba - zabalowaliśmy. Hmm... Miejscami nawet dochodziło do całkiem romantycznych uniesień ( pozwólcie, że nie rozwinę tematu. Wiecie, są takie wspomnienia które warto zachować tylko dla siebie, nawet jeśli było się wtedy w stanie nietrzeźwym, zaburzającym zwyczajowy obraz postrzegano przez nas świata i wydarzeń z nim związanych ) z Dżemikiem w tle. Tylko później kurde nas - delikatnie, bo delikatnie, ale jednak - wypierdzieli z imprezy, bo infantylność jednego z kolegów w sposobie zarywania do dziewcząt nie stawiała go w dobrym świetle, przez co w końcu panie poczuły się zinfantylizowane ( ty, nie podkreślili mi tego słowa. A myślałem, że przed chwilą je wymyśliłem. Człowiek uczy się całe życie. ) i zapragnęły przerwać jałowe, a miejscami wręcz desperackie próby pokazania się przez niego z jak najlepszej strony. Co by jednak nie mówić, spontan po byku. A to śpiewanie "Autobiografii" i "Kryzysowej Narzeczonej", wracając z powrotem środkiem głównej drogi... No poezja po prostu. 

Pamiętajcie więc ludzie - tak już podsumowując po trochu - dyskoteki, koncerty i domówki są jak najbardziej ok, ale nie nic nie zastąpi dobrego spontanu. Jeśli kiedyś poczujesz impuls do zrobienia rzeczy głupiej, to - o ile w momencie wykonywania nie będzie czynnością prawnie zabronioną - zrób ją. Nieważne, jak to się skończy ( no, byleby nikt nie zginął. Resztę to tam walić. ). Wspomnienia pozostaną. 

"To mówiłem ja" - że tak sobie zakończę dzisiaj legendarnym ( skróconym nieco ) cytatem z legendarnej komedii. Nie znacie? Kurde, to wstyd przecież.  .        

środa, 16 października 2013

Polskie lata 90'

Ostatnimi czasy strasznie mnie wzięło na polskiego rocka lat dziewięćdziesiątych... Kurde, to też zarąbiste czasy były. Ciekawi mnie, czy ktoś z zaglądających tu jeszcze je pamięta? ( Pewnie nie, skoro według statystyk znaczna większość odwiedzających ten blog jest w przedziale wiekowym 13 - 17 lat ) Niemniej jednak pomyślałem sobie, że warto tamte lata wspomnieć. Okres, gdy polska powoli zbierała się po komunie a rynek muzyczny nie rządził się jeszcze mainstreamowymi prawami...

Pierwszą kapelą, która powiedzie nas dźwiękami z powrotem w lata dziewięćdziesiąte, będzie Proletaryat. Znacie? Ci panowie święcili kiedyś w Polsce niezłe tryumfy. Właściwie nadal grają, ale praktycznie już o nich nie słychać... Chyba że w branżowych gazetach, a to i tak nie często. Choć ostatnia ich płyta sprzed trzech lat sprzedała się całkiem nieźle, jak na polskie warunki.
Proletaryat powstał w roku 1987, a już dwa lata później dzięki wygranemu konkursowi zaliczył występ w Jarocinie ( no nie, jeśli ktoś nie wie co to za miejscowość to... Nawet nie mówię, żebym czym prędzej opuszczał to miejsce. Po prostu żal mi człowieka ). A potem to już poszło szybko...
Z oryginalnego składu do dziś ostało się dwóch członków: Wokalista Tomasz Olejnik i basista Darek Kacprzak.
Patrzajcie, jakie to dźwięki na początku lat dziewięćdziesiątych masowa ludność w Polsce słuchała!




Kolejnym bandem, który przywoła nam dziś dawne dni będzie IRA. No, ci akurat jeszcze na brak popularności narzekać nie muszą. Co prawdą to już nie to samo, co w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ale cieszmy się, że panowie chociaż jeszcze grają...
Podobnie jak Proletaryat kapela powstała w roku 1987. Mieli jednak więcej szczęścia, ponieważ szybko zostali wypatrzeni przez Kubę Wojewódzkiego ( wtedy jeszcze nie był naczelnym polskim krytykiem, czy jak go tam nazwać ), który wtedy pracował dla radiowej trójki. A że te radio miało wtedy dużo większą popularność niż teraz ( nie było RMF, ZET ani innych takich rzeczy ), to szybko się chłopaki wypromowali. Potem jeszcze parę festiwali, numer dla telewizji, Opole... No i zostali legendą. Choć, moim zdaniem, przez ostatnie dziesięć ( jak nie więcej ) lat mocno ten status nadszarpnęli.
Z oryginalnego składu trzymają się: Artur Gadowski na wokalu i Wojciech Owczarek na bębnach ( obaj z przerwami )





Teraz przedstawię wam kapelę, która ostatnio wciąż mi dudni w głośnikach... Shout. Kojarzycie? Esencja tego, czym był polski ciężki rock na początku lat dziewięćdziesiątych. Ludzie na forach czy w komentarzach na youtubie wspominają ten zespół z niesamowitą nostalgią... I ja im się nie dziwię. Zakochać się w tamtych czasach przy muzyce takiego zespołu to też bym chciał...
Sformowali się w 1985, ale pierwszy album wydali w roku 1992. Gdzieś zdaje się na początku nowego millenium przerwali działalność, ale podobno wznowili ją trzy lata temu. Podobno, bo na razie praktycznie nic o tym nie słychać.




Czwarty przytoczony dziś przeze mnie zespół to Republika. Wymaga komentarza? Podręcznikowy wręcz przykład pytania retorycznego. Co prawda zaczynali na początku lat osiemdziesiątych ( o ile mnie pamięć nie myli ), ale zgodzą się chyba wszyscy że najlepsze albumy wydali w latach dziewięćdziesiątych( a może nie? )
Gdyby na Polskim rynku muzycznym było więcej takich ludzi jak śp. Obywatel G.C... Ech.




Jako piąty band przedstawię wam dziś Sweet Noise. Kolejna legenda tamtych lat. Zespół założony został w roku 1990, ale ich debiut ukazał się dopiero pięć lat później ( choć w międzyczasie zdążyli już zaliczyć parę sukcesów ). Trzeba dodać, że to chyba jeden z najmocniejszych ( przynajmniej w początkowej fazie działalności ) prezentowanych tu kapel. Pod względem stylistyki muzycznej, rzecz jasna.
Z oryginalnego składu do dziś ostał się tylko lider, Piotr Mohamed.




Jako kolejną legendę minionych lat przytoczę Illusion. To - ale tylko według mnie - pod względem brzmieniowym i kompozycyjnym chyba najlepszy z przedstawianych tu zespołów ( nie chcę tym stwierdzeniem umniejszać dokonań Republiki, broń Boże ). Chłopaki sformowali się w roku 1992, a już rok później nagrali pierwszą płytę. Dla ówczesnej młodzieży podobno byli Bogami... Ale wiadomo, jak piszą o legendzie to zawsze przesadzają. Choć, słuchając ich muzy jestem skłonny w ten kult uwierzyć...





No... To były na tyle, przynajmniej jeśli chodzi o dziś. Wiem, mógłbym jeszcze sporo nazw tutaj przytoczyć i umieścić mnóstwo filmików, ale chciałem wam po prostu pokazać moich osobistych faworytów tamtych dni. Jak mówiłem setki razy, każdy ma swój gust... Który niekoniecznie musi być przecież taki jak mój. 
Tak więc ( kurde, znowu zacząłem tak nieładnie to zdanie, no ) posłuchajcie sobie numerów, poczytajcie ciekawostki i oczekujcie kolejnej dawki szalonych opisów z jeszcze bardziej szalonego życia, wywiadów, relacji... No, ogólnie wszystkiego co mi do tej mojej nie do końca zdrowej głowy wpadnie. :)

wtorek, 8 października 2013

Interpretacja rockowych tekstów, cz.2 - Stratovarius - "Destiny"

Przedwczorajszy post, a właściwie jeden z komentarzy do niego przypomniał mi dzisiaj o pewnym pomyśle, który kiedyś urzeczywistniłem... Mianowicie o interpretacji rockowych tekstów. Wciąż uważam to za świetny koncept, i mam nadzieję zrobić tego więcej części... Co by pokazać co niektórym, jak pan anonimowy na przykład, że rock i metal też swoje teksty mają, i to czasami wręcz poetycko wybitne.
Rozpoczynając " Interpretację rockowych tekstów " chciałem, aby analizowane przeze mnie teksty nie były klarowne i banalne ( przykładowo traktujące o dziewczynach, miłości albo rock'n'rollowym życiu, co jest dosyć częste ), tylko zmuszające do zastanowienia się nad nimi, a do tego znalazły swe miejsce w świetnej kompozycji ( coś mi w tym zdaniu wizualnie nie pasuje... Jestem kinestetykiem, zdaje się, i takie rzeczy czuję. No ale wiadomo o co mi chodzi chyba, nie? ). "Forever Failure" Paradise Lost świetnie się w takie założenia wpisywał. Dziś również postanowiłem więc wziąć na tapetę numer, który nie dość że jest genialnie skomponowany, to i posiada dobry, filozoficzny tekst. 
Kojarzy ktoś kapelę o nazwie Stratovarius? Mniejszym byłoby to grzechem, niż nie kojarzenie Paradise Lost, niemniej jednak każdemu szanującemu się metalowi nie powinna być ona obca ( chyba że w odtwarzaczu katujesz tylko thrash, death i black metalowe płyty ). Choć z drugiej strony dla ortodoksa użycie klawisza w muzyce i nazwanie tego "metalem" może być cokolwiek obraźliwe...Co by nie mówić, Stratovarius swoją markę już sobie wyrobił, a w wielu kręgach doczekał się statusu power metalowej legendy ( całkiem zasłużenie, myślę ). Z resztą świetne albumy i oryginalne ( kiedyś ) fińskie brzmienie tylko potwierdzają, że nie są to opinie wyssane z palca. Żal tylko trochę, że Mr. Tolkki parę lat temu pożegnał się z kapelą, wszak to on odpowiadał za większość ich klasycznych numerów. Choć, z drugiej strony, po jego odejściu chłopaki też radzą sobie całkiem nieźle. 
Dziś skupię się na utworze pochodzącym z ich najlepszego chyba albumu, "Destiny" o tym samym tytule ( z tej płyty pochodzą też takie numery jak "SOS" czy "Anthem of the World" ). Nie będzie to z pewnością łatwe, bo tekst naprawdę nakłania do głębszych przemyśleń... Chętnie się jednak tego podejmę, tym bardziej że parę lat temu miał on dla mnie duże znaczenie ( nadal ma, jakby nie patrzeć ).

Oryginalna wersja tekstu:

The times are changing so fast
I wonder how long it lasts
The clock is ticking time is running out
The hatred fills this Earth
And for what is worth
We're in the end before we know

Throughout the years
I have struggled to find the answer that
I never knew
It strucked me like a million lightnings
And here I am telling to you

Every second of day it is coming your way
Future unknown is here to stay
Got to open your mind
of you will be led to astray
There's a time to live
There`s a time to die
But no one can`t escape the Destiny

Look all these things we`ve done
Under the burning Sun
Is this the way to carry on?
So take a look at yourself
And tell me what do you see
A wolf in clothes of the Lamb?

Throughout the ....

Every second ...

Let your spirit free
Through Window of your Mind
Unchain your Soul from hate
All you need is Faith

I control my Life
I am the One
You control your Life
But don't forget Your Destiny....

It's time to say goodbye
I know it will make you cry
You make your Destiny
I know you'll find the way
And outside Sun is bright
The things will be alright
I will be back one day to you
So please Wait For ME 


Tekst w wersji polskiej:

Czasy zmieniają się tak szybko
Ciekaw jestem jak długo jeszcze
Zegar tyka, czas ucieka
Nienawiść wypełnia tą Ziemię
I czego jest warta
Kończymy nim zdążymy się obejrzeć

Poprzez lata
Walczyłem by znaleźć odpowiedź
Na to, czego nigdy nie wiedziałem
Uderzyła mnie jak milion błyskawic
I teraz mówię ją tobie

Każda sekunda dnia idzie twoją drogą
Przyszłość pozostanie nieznana
Musisz otworzyć swój umysł
Lub zbłądzisz
Jest czas by żyć
Jest czas, by umierać
Lecz nikt nie ucieknie Przeznaczeniu

Popatrz na to wszystko co zrobiliśmy
Pod płonącym Słońcem
Czy tak należy dalej postępować?
Popatrz na siebie
I powiedz, co widzisz
Wilka w owczej skórze?

Poprzez lata...

W każdej sekundzie...

Uwolnij swego ducha
Przez Okno swego Umysłu
Rozkuj łańcuchy nienawiści na swej Duszy
Wszystko, czego potrzebujesz to Wiara

Kontroluję swoje Życie
Jestem Jedynym
Kontrolujesz swe Życie
Lecz nie zapomnij o Przeznaczeniu...

Czas się pożegnać
Wiem, że będziesz płakać
Spełniasz swe Przeznaczenie
Wiem, że odnajdziesz właściwą drogę
Na zewnątrz jaśnieje Słońce
Wszystko będzie w porządku
Pewnego dnia wrócę do ciebie
Więc proszę, zaczekaj Na MNIE 


Nie wiem, jakie poglądy w kwestii wiary reprezentują muzycy, sądząc jednak z ich postawy i tekstów w coś chyba wierzą... W każdym razie tym przypadku nie będzie chyba powodu stosować żadnych rozgraniczeń. Napiszę po prostu, jak ja to wszystko widzę.
Jedźmy po kolei. Pierwsza zwrotka jest raczej prosta w interpretacji. I dość pesymistyczna. Czasy zmieniają się bardzo szybko. "Ciekawe jak długo jeszcze"... No, tu w zasadzie można pójść w dwa dokończenia. Albo ciekawi nas, jak długo jeszcze te czasy się będą zmieniać, albo ciekawi nas, kiedy w końcu tymi zmianami się wykończymy ( choć, w sumie można i użyć obu ). Czas ucieka, a z ziemią dzieje się coraz gorzej. "I czego jest warta"... Na to mam dwa koncepty - albo postawić tam pytajnik, albo odebrać to jako wyraz goryczy. Nasze życie skończy się, ani się obejrzymy.

O ile pierwsza zwrotka była raczej klarowna, o tyle w refrenie można już pójść w trochę konceptów. Dla mnie najtrafniejszą interpretacją jest skupienie się na życiu człowieka i powiązanie z pierwszą zwrotką. Przez lata szukałem odpowiedzi, dlaczego w życiu dzieje się tak źle ( patrz pierwsza zwrotka ), nie mogłem jednak jej znaleźć. Teraz, gdy w końcu ją poznałem, muszę ją ogłosić całemu światu! Mojemu życiu towarzyszy upływ czasu, ale nigdy nie poznam przyszłości. To ja za nią odpowiadam, kierując swój umysł na dobre lub złe tory. Muszę dobrze wykorzystać czas swojego życia. Mam świadomość, że kiedyś umrę. I że w tym życiu jest coś, co dopada każdego: Przeznaczenie. 

W kolejnej zwrotce początkowo nasuwa się - i pewnie nie tylko mi - ciekawa interpretacja. No bo co można robić pod palącym słońcem i zastanawiać się, czy to na pewno było dobre? Pewnie to jakaś ukryta metafora, ogólnie jednak przekaz jest ten sam - Zastanawiam się, czy rzeczy które robiłem w życiu były zgodne ze mną... Czy nie jestem czasem fałszywcem i sprzedawczykiem.

No i na zakończenie ostatnie trzy zwrotki. Muszę uwolnić ducha poprzez umysł. To jest w ogóle ciekawa koncepcja - dla mnie jest to przykład wyrażenia, że to ( wiem, za dużo "to" ), co nadprzyrodzone i nierealistyczne wcale nie musi kłócić się z tym, co mówi nauka. Można śmiało te rzeczy ze sobą łączyć. Idźmy dalej... Muszę pokonać swoją nienawiść, jeśli ją w sobie mam. Jedyne czego potrzebuję to wiara! Tu również można tę wiarę pojmować różnorako - dla katolika to będzie wiara w Boga, dla ateisty wiara w sens życia a dla innych jeszcze co innego. Dalej... Kontroluję swoje życie i jestem jedynym na tym świecie, który może je kontrolować. Nie wolno mi jednak zapomnieć o przeznaczeniu, które dopada każdego. 
Ostatnia zwrotka to już w ogóle jest mnogość znaczeń... Można to odebrać jako zwrot autora tekstu do słuchacza, jak również - chociażby - zwrot np. umierającego rodzica albo dziadka do nas. Z resztą i cały tekst można tak interpretować - jako wyznanie umierającego, który ukazuje nam życiową mądrość zdobytą poprzez wiele doświadczeń. Zauważcie, że ostatnia zwrotka stoi w totalnej opozycji do zwrotki pierwszej - z początku pesymizm aż kipiał, a teraz mówią nam, że mamy się nie martwić. Że wszystko będzie ok. Spełnimy swoje przeznaczenie, odnajdziemy właściwą drogę w życiu. I mamy nie płakać za tym, który te słowa wypowiada... Tak więc druga koncepcja na temat podmiotu lirycznego wydaje się teraz jeszcze bardziej trafiona. Pewnego dnia ten ktoś powróci - prawdopodobnie wtedy, gdy będziemy umierać - dlatego też mamy na niego czekać.  


Tak oto - z mojego punktu widzenia - zarysowuje się przekaz tego tekstu. Po raz kolejny podkreślam, że nie jest to interpretacja ostateczna, ale moja osobista. Każdy ma swoją, nawet ci, którzy to pisali ( Taka Szymborska nie trafiłaby na maturze w klucz z interpretacją własnego wiersza przecież ). Moja rozkmina jest sensowna, spójna i myślę że nie tak wcale daleka od rozkminy autora. Warto jednak samemu zgłębić ten tekst i posłuchać kompozycji, bo to sztuka na najwyższym poziomie.  Tym bardziej, że klimat numeru idealnie współgra ze słowami, i to w każdej chyba interpretacji.