wtorek, 30 kwietnia 2013

Zmiany, zmiany, zmiany...

Postanowiłem sobie, przed kolejnym tekstem, dokonać na blogu pewnych zmian w stylu... Nic lepiej nie odda idei tej stronki, jak zdjęcie tłumu na woodstocku w tle. Poza tym czerwona czcionka mogła być trochę zbyt ostra, jak dla mnie :) Oczywiście nie wszystko jest jeszcze wykończone, parę rzeczy muszę pousuwać i pozmieniać, ogólnie rzecz biorąc jednak całość będzie się prezentowała w taki sposób, jak widzicie :D

środa, 17 kwietnia 2013

Pierwsze poważne recenzje

Tak, ludziska... Wraz ze wzrostem zainteresowania moimi wypocinami przyszły pierwsze recenzje, i to od razu z wyższej półki. Ale, jak to z resztą słusznie zostało wyrażone w komentarzu poniżej, najpierw powinienem zapytać o zgodę na publikację tych opinii. Żeby nie było więc niepotrzebnych problemów, to usuwam. Wiedzcie jednak, że są, i to całkiem miłe ;)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wiocha

Szczerze muszę powiedzieć, że jestem zaskoczony tak szerokim zainteresowaniem moją publikacją... Nie jest to co prawda jakaś ogromna liczba pobrań, niemniej jednak uważam że jest aż nadspodziewanie duża. Nie mówiąc już o szokujących wręcz wiadomościach, które otrzymuję od ludzi związanych z pisaniem... Tak więc totalnie nakręcony, zachwycony i podpalony w jednym przystępuję do nowego posta. Poza tym, moje pierwsze pełnoprawne opowiadanie ( takie dłuższe ) ukaże się jeszcze dziś wieczorem, również na www.wydaje.pl Dodatkowo, kto kojarzy gazetę "Strzelec Opolski", niech jutro kupuje - będzie ze mną wywiad, ha ha !

No więc generalnie rzecz ujmując nie jest dobrze. Wybrałem na dzisiejszy tekst temat traktujący o polskiej wiejskiej młodzieżowej społeczności, ponieważ wpienia mnie to na maksa. Co takiego, zapytacie... Cóż.
Jakoś chyba w zeszły czwartek wracałem sobie do domu ze szkoły autobusem. Siedziałem z tyłu, wraz z jednym kumplem i kumpelą. Wiadomo, wszystko pięknie ładnie, śmichy - chichy, w ogóle nic nie znaczące uwagi względem koleżanki ( sarkazm ) i tak dalej. Normalnie można by powiedzieć że taki powrót do domu w gronie friends to miły jest. Owszem, jest. Zawsze jednak musi być coś, co ten miły stan musi spieprzyć... Tak po trochu, w tym wypadku.
Otóż powiedziałem tej kumpeli, że może w najbliższym czasie wybiorę się z kolegą na dysk, do klubu, gdzie zjeżdża się spora część okolicy. Jaką uzyskałem odpowiedzieć? " Wiochę będziecie robić ". No nie... Tak bezczelnego, chamskiego, podłego i kompletnie nietaktownego stwierdzenia się nie spodziewałem. Pomyślmy logicznie. Klub, który znajduje się we wsi. W promieniu kilkunastu kilometrów też żadnych widoków na jakieś większe miasto. Jaki jest z tego wniosek? 90 procent ludzi bawiących się w tym klubie, także moja kumpela, będzie ze wsi. I ona mówi do mnie żebym wiochy nie robił?! Ludzie, trzymajcie mnie! 

Dobra, ale pomińmy już to stwierdzenie. Uznajmy, że chciała się ze mną podroczyć czy coś, choć wiem że wcale tak nie było, bo powiedziała to z wyraźnym wyrzutem. Zastanówmy się nad jej ( jak i prawie wszystkich młodych ze wsi ) mentalnością i sposobem postrzegania muzyki oraz tzw. imprez, przecież oto głównie w klubach chodzi. Ona jara się, że może się bansować na parkiecie, wywijać tyłkiem, machać bez żadnego konkretnego celu rękami i jeszcze uznaje to za szczyt kultury wysokiej. Mało tego, sądzi, że tylko i wyłącznie jeżdżąc na dyskoteki może zyskać w młodzieżowym społeczeństwie należny jej status przebojowej i wesołej babki. Jeździsz na dysk, jesteś cool. No sami widzicie, jak to bezsensownie wygląda.
 To może teraz trochę o samej muzyce... Znowu. Ja naprawdę nie zabraniam nikomu słuchania house, electro, ambient, trance, breakbeat czy innych gatunków muzy klubowej ( Znając życie nawet nie wiedzą, że to, czego słuchają, nosi takie nazwy ), bo nic do niej nie mam. Przykładowo Swedish House Mafię zawsze uważałem za niezły twór ( Wiadomo, Szwecja; tam każdy gatunek muzy mają dobry ), nawet jak na moje antyklubowe ucho. Wkur...za mnie jednak, jeśli ktoś ( tak, cały czas mówimy o tych wsiokach ) zaczyna pociskać mi pierdoły o kochaniu muzyki, o tym, że to jest całe jego życie i że nikt nie pała do niej większą miłością niż on, a nie zna niczego poza muzą klubową. Ja pier... No kurde, mów sobie że kochasz muzę KLUBOWĄ, a nie MUZYKĘ, bo MUZYKI wcale nie znasz! Naprawdę, nie chodzi mi tu tylko o jakieś rockowe czy metalowe kapele. Nie można mówić o miłości do muzyki, nie znając np. Beethovena, Bacha, Vivaldiego, o Szopenie, Polacy patrioci drodzy nie wspominając ( te nazwiska to tylko przykłady, wiem, że to różne epoki są; Chodzi o zasadę - znajomość podstawowej klasycznej muzyki ). No ale dobra, są ludzie, którzy nigdy z czymś takim styczności nie mieli. I mieć nie będą, bo uznają to - tak, tak - za totalną wiochę. Spójrzmy w takim razie na muzę bliższą współczesności. Wierzcie mi lub nie, ale te wsioki nie mają kompletnie żadnego pojęcia o Elvisie, Beatlesach ani Chucku Berrym. Nie znają Led Zepplin. Nie wiedzą nawet, jeśli w komercyjne bardziej rejony pójdziemy, o takich rzeczach jak Roxette, Wham! ( czy samym Georgu Michaelu ), Alphaville czy nawet ABBA albo Depeche Mode. Nie mają też pojęcia o postaciach typu Stevie Wonder, Eric Clapton, Brian Adams, Jon Bon Jovi, Tina Turner albo Luciano Pavarotti. Wiem, rzucam tu stylistykami i gatunkami na prawo i lewo, ale chodzi mi o jak najdokładniejsze pokazanie wam, że oni nie znają praktycznie niczego. Dobra, to może z polski? Nie, gdzie tam. Czerwone gitary, Maanam, Republika, Breakout to również obco brzmiące nazwy. Cholera, ratujcie, to może chociaż artyści jacyś polscy?! Anna Jantar... Czesław Niemen... Andrzej Rybiński... Halina Frąckowiak... Marek Grechuta... Nie, nic mi to nie mówi... Ok. Postarajmy się pominąć te "drobne" mankamenty i braki w muzycznej edukacji ( dobra, ja wiem, przepraszam, bo to zasługuje na potępienie i ucisk a nie na ominięcie ). W swoich klimatach na pewno będą dobrzy. Kraftwerk. Prekursorzy wszelkiej muzyki elektronicznej, klubowej i ogólnie tego typu klimatów. To już muszą znać! A... Nie, jednak nie. O! Wiem! Cybotronic! Albo Kevin Saunderson? Dobra, przyznaję, ja osobiście tych dwóch ostatnich nie znam, ale to zdaje się prekursorzy house'owych brzmień. Daję głowę, że ci wszyscy wielcy klubowicze też nie znają. 
Patrzajcie, że wymieniłem tylko te naprawdę najbardziej popularne zespoły i wykonawców. Nie wspominałem o żadnych pojedynczych przebojach, bardziej niszowych tworzywach czy sezonowych modach. Nawet nie liznąłem metalu ani hard rocka. A ta wieś nadal będzie "zakochana" w muzyce... 

W tym miejscu czas przejść do ostatniej części tego jakże dołującego posta, ukazującego tragiczny stan rzeczy w obecnej Polskiej wsi. Wiejska myśl. Tam rzadko kto idzie do liceum. Ha... Dlaczego? No jakże to tak, do liceum?! Tam hadziaje łażą! Trza być głupim, żeby do liceum iść! Pójdę do technikum albo zawodówki, zrobię se zawód, wyjadę do Niemiec, wrócę, postawię chałupę, znajdę żonę, zrobię dwójkę dzieci i plan na życie wypełniony w stu procentach. Matko jedyna, proszę was znowu, trzymajcie mnie... Albo nie, to nie ma co się pieklić. To trzeba płakać. Ci ludzie ze wsi nie mają żadnych większych ambicji. Szczytem rozrywki jest dla nich wyjazd na dyskotekę. Nie przeszkadza im, ba, nawet i bardzo odpowiada, że całe ich życie związane będzie ze wsią albo wyjazdem to tzw "Reichu", gdzie oczywiście wszystko mlekiem i miodem płynie, gdzie będą zarabiać tysiące euro i żyć jak królowie. No cóż, pocieszające, że za parę lat oczka się powinny otworzyć...

Ale wtedy to już niestety nie będzie tak dyskotekowo :)       

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pierwsza książka

Tak oto ludziska "Młody metalowiec" wkracza na salony... Postanowiłem wyselekcjonować, poprawić i opatrzyć stosownym komentarzem dwadzieścia jeden najpopularniejszych postów z tego bloga. Dorzuciłem okładkę autorstwa Adama Soroskiego i całość w formie e-booka za darmo można pobrać stąd: http://wydaje.pl/e/dziennik-mlodego-metalowca. Jest to profesjonalna strona, która oferuje wydawanie własnoręcznie ( choć w tym kontekście to może trochę głupie słowo ) przygotowanych e-booków, ustalenie własnej ceny ( moja propozycja, jak już wspomniałem jest oczywiście za darmo ) i odpowiednią dystrybucję oraz promocję. Teraz priorytetem więc będzie dla mnie jak najszersze rozpropagowanie tej pozycji... Zachęcam więc każdego do pobierania, co by jeszcze raz ( tym razem w lepszej formie ) mógł się pośmiać i zamyślić nad tymi tekstami oraz do pokazywania innym. \m/!

sobota, 23 marca 2013

Płonie ognisko i szumią knieje

Nie żebym szedł w komercję czy coś, ale postanowiłem drugi raz w historii bloga zamieścić tabulatury gitarowe. Dlaczego? A no dlatego, że to zawsze zwiększa liczbę odwiedzin. Nie widzę sensu pociskania pierdół typu: "Może dzięki tym tabom narodzi się nowa gitarowa gwiazda?". Ludziska lubią sobie pogrywać na gitarce piosenki proste, a do tego znane i lubiane co by zaszpanować mogli. A nóż wśród tych, którzy zaglądną w tego posta znajdą się nowi stali czytelnicy? 

Możecie też potraktować posta jako przerywnik pomiędzy "właściwymi" tekstami :)

Tak więc na początek - po raz drugi - Dżem. Tym razem z czerwoną cegłą.


Dżem
Czerwony jak cegła
Intro:
E|--------------------------------0--------------0--------------|
H|-----0------0------0------------0--------------0--------------|
G|o--4---4--4---4--4---4--4--3-2--1--------------1-------------o|
D|o-------------------------------2--------------2-------------o|
A|---5------5------5------5--4-3--2---2--4---4---2---2--4---4---|
E|---0------0------0------0-------0---0--0---0---0---0--0---0---|

 H7
E|---|---|
H|---|---|
G|---|-o-|
D|-o-|---|
A|---|-o-|
E|---|---|

 cis
E|---|---|
H|---|-o-|
G|-o-|---|
D|---|-o-|
A|---|---|
E|---|---|
 
Tab pochodzi ze strony tabulatury-taby.pl
 
 
 
 
To teraz może coś bardziej z typowo rockowego
polskiego grania...
 Wilki - Son of the blue sky. 
Tak jakby ktoś nie wiedział - intro gra się jednym palcem na progach tylko.


intro(rowniez jako zwrotka i refren)
E|----------------------------------------------------------------0---
H|------0-------0-------0---------------0-------0-------0-------3-----
G|----0---0---0---0---0---0-----0-----0---0---0---0---0---0-----------
D|--5-------4-------2---------2---2-5-------4-------2---------2-------
A|--------------------------3-------------------------------3---------
E|--------------------------------------------------------------------

wstawka (bodajze miedzy zwrotkami)
E|----------------------
H|----------------------
G|---------1-------4----
D|-------0-------0------
A|-----2-------5--------
E|---3-------6----------

zwrotka:
G  a  e  C
G  a  e

refren
G  a  e  C

koncowka:
A  e  }x8
  
Powyższy tab pochodzi ze strony www.chords.pl




 
I na koniec totalny już akt desperackiego pójścia
 w mainstreamowe rejony... Klasyka muzy ogniskowej 
- Płonie ognisko w lesie i szumią knieje.
Z tekstem!
 
Płonie ognisko i szumią knieje,  a E a
Drużynowy jest wśród nas.        a E a (E)
Opowiada starodawne dzieje,      a E a
Bohaterski wskrzesza czas.       a E a (G)

    O rycerstwie spod kresowych stanic,    C G
    O obrońcach naszych polskich granic,   d E a (E)
    A ponad nami wiatr szumny wieje,       a E a
    I dębowy huczy las                     a E a

Płonie ogień jak serca gorący,
Rzuca w niebo iskry gwiazd.
Jedna przeszłość i przyszłość nas łączy,
Szumi wokół senny las.

    W blasku iskier jawi się historia,
    Tyle zdarzeń miało barwę ognia.
    Przy ognisku zasiadły wspomnienia,
    Dziejów kraju uczą nas.

    (A dokoła jak Polska szeroka,
    Płoną ognie młodych serc.)

Już do odwrotu głos trąbki wzywa,
Alarmując ze wszech stron.
Wstaje wiara w ordynku szczęśliwa,
Serca biją w zgodny ton.

    Każda twarz się z uniesienia płoni,
    Każdy laskę krzepko dzierży w dłoni,
    A z młodzieńczej się piersi wyrywa,
    Pieśń potężna pieśń jak dzwon.

Gaśnie ognisko i szumią drzewa,
Spojrzyj weń ostatni raz.
Niech ci w duszy radośnie zaśpiewa,
To co zawsze łączy nas:

    Wspólne troski i radości życia,
    Serc harcerskich zjednoczone bicia.
    I ta przyjaźń najszczersza na świecie,
    Co na zawsze łączy nas.
 
Poniższy tab również pochodzi ze strony www.chords.pl
 

 
 
Miłego grania :p 

środa, 20 marca 2013

Jak zostałem perkusistą (prawie) zawodowym.

Tak, tak panie i panowie... "Młody metalowiec" ( Szczerze wam powiem, że już od dawna nie lubię tego określenia, ale używam bo wciąż ma szerokie walory komercyjne ) dołączył do swojej pierwszej w życiu kapeli. Albo zespołu, to w tym przypadku dużo trafniejsze określenie ( tak wiem panie Miodek nie zaczyna się zdania od "albo"). Zostałem - tu się pochwalę swoją angielszczyzną - drummerem! No, w końcu te sześć lat szkoły muzycznej na tym zacnym instrumencie na coś się przydało.

Zaczęło się jak zwykle w tego typu sprawach... Czyli zupełnie niewinnie. Jakiś czas temu na PKS poznałem pewną dziewczynę, koleżankę mojej kumpeli. Nicola się nazywała ( po raz kolejny - bez nazwisk, choć w tym wypadku to akurat chybaby nie było zbytnim przestępstwem ). Całkiem miła nawet, no niech będzie że ją pochwalę. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się chwilę i potem dosyć długo się nie widzieliśmy ( Tak, też uważam że ta historia wyjątkowa nudno się zaczyna. Nie wiem, czy to efekt wyczerpania po całym dniu czy może utraciłem dziś wenę? )... No, ale po jakimś czasie dostałem informację, że szuka perkusisty do zespołu i, znając ten muzyczny epizod mojego życia, zapytała mnie czy bym nie chciał z nimi pograć. Pewnie, żebym chciał! Dobrze będzie wpisać w CV, że w pierwszym bandzie grało się już w wieku 17 ( no dobra, prawie 18 ) lat. Liczyliście na jakąś zapierającą dech w piersiach opowieść, jak to wykminili moje filmiki na yt, zadzwonili do mnie z opcją podpisania lukratywnego kontraktu i zaoferowali mi swoje bębny, cobym se mógł poćwiczyć? Też bym chciał o czymś takim napisać, ale tak jak mówię - zaczęło się to wszystko nadzwyczaj zwyczajnie ( ukłony dla profesora Miodka raz jeszcze ). Co wcale nie znaczy, że źle!

Głupio bym jednak zrobił, jeśli pojechałbym na tę próbę nie znając muzyki jakiej grają. Wypytałem więc skrzętnie Nicolę o wszystkie szczegóły... I na początek trochę się skonsternowałem. Okazało się bowiem, że grają rocka, ale chrześcijańskiego! W dodatku nie ma z tego żadnych wpływów. Otworzyłem swojego bloga, szybko przeanalizowałem swoje posty - a więc i moje wszystkie myśli i przekonania - i doszedłem do wniosku, że według mojej filozofii gra w takim zespole wcale nie uwłacza mojej godności, a nawet ją podbudowuje! At first, muzyk gra z serca i z pasji, a nie dla pieniędzy. Naczelna zasada, którą zawsze wyznawałem, wyznaję, i wyznawać będę. Secondly, chrześcijański rock to genialna odskocznia od trudów codzienności... Może pojadę teraz po przekonaniach większości zaglądających tu rockmanów czy metalowców, ale dla mnie możliwość uwielbienia Jezusa w taki sposób jest rzeczą wręcz mistrzowską! Humor poprawia jak nic innego ( Oprócz: większości utworów Freedom Call, Disneyowskich komiksów z Kaczorem Donaldem, Sknerusem, siostrzeńcami i innymi kaczkami w roli głównej, niektórych bajek z dzieciństwa oraz książek Zbigniewa Nienackiego i Edmunda Niziurskiego < Kto nie czytał "Księgi Urwisów", powinien jak najszybciej nadrobić ten poważny brak z młodości >  )! Dobra, rzecz jasna nie wytrzymałbym tak nawalać ciągle, ale od czasu do czasu takie coś jest potrzebne. Ok, skoro określiliśmy na jaką kapelę się porwałem, przejdźmy do samego składu i pierwszej próby.

Miejscowość, w której miał się zebrać skład, jest oddalona od mojej wiochy o kilkanaście kilometrów. Początek próby zaplanowano na 19:30 ( mówimy cały czas o wczoraj, tak w gwoli jasności ). Dojechałem więc z tatą na tamtejszy rynek, gdzie miała na mnie czekać Nicola ( Nie, nie serio moja wena dzisiaj postanowiła chyba wyjść na piwo. Nawet ja, kiedy to czytam czuję się znudzony. Ale jak zacząłem, to już skończę no ). Dobra, tata pojechał z powrotem a ja z koleżanką udaliśmy się do tej sali. Po drodze dowiedziałem się od niej o bardzo istotnym fakcie... Otóż powiedziała mi, że śpiewa w chórku. Szybka kalkulacja: Dziewczyna, chórek... Ha, czyli tam też będą inne dziewczyny! No, no od razu zapał do grania wzrasta. 
Gdy przybyliśmy na miejsce, ten mój zapał aż gwizdnął z podziwu ( zastanawiam się, czy to aby nie nazbyt obcesowe? ). Okazało się, że tam w chórku nie było zwykłych dziewczyn.... Tam były piękne dziewczyny! Panowie, w takim towarzystwie to ja bym i disco polo chętnie zagrał. Wspomniana już Nicola, Manuela, Agata, Karolina, Iza, Agnieszka i rodzynek w cieście - czy może wisienka na torcie - Kasia. Nie dość że świetnie śpiewa ( jak wszystkie z resztą ), to i na skrzypcach jeszcze pięknie gra! Normalnie cud, miód i orzeszki ( Mogłem coś chyba pokręcić z tymi imionami, za co z góry przepraszam - jestem tylko pewny że Kasia jest dobrze :p ). Oprócz pięknych wokalistek w składzie byli też Boguś - basista, całkiem równy gość ( przepraszam, pan; Mieliśmy my wszyscy chyba być na ty, ale szacunek dla starszych też trza mieć ) oraz (pan) Mariusz - gitarzysta, podobnie jak i Boguś pełen życia facet. Aha, i jedna z wokalistek była jakoś w wieku Bogusia czy Mariusza. Co wcale rzecz jasna nie znaczy, że ustępowała reszcie dziewczyn. Miła pani całkiem.
Po zwyczajowych uśmiechach, powitaniach ( cześć, kasia jestem - cześć, paweł, cześć, manuela - paweł itd. ), zaczęliśmy wyciągać z aut sprzęt. Rozłożenie się zajęło kilkanaście minut. Tak na marginesie, to całkiem przyjemną salę tam mają. Dobrze, że im w tak małej miejscowości w ogóle pozwalają na takie granie.

Po krótkiej rozgrzewce zostałem zapoznany z częścią granych przez zespół utworów. Wiadomo, na początku trza się było trochę osłuchać, wczuć, ale potem już jakoś poszło. Naprawdę, chciałbym to opisać w swoim zwyczajowym stylu, posługując się metaforami, parafrazami i dziwnym humorem ale mój umysł odmawia dziś ze mną jakiejkolwiek współpracy. Generalnie wszystko sprowadza się do tego, iż ta próba to było genialne wręcz przeżycie. Świetna atmosfera, mili ludzie, pełen luz po prostu. Utworki niczego sobie, tak ( jak już wspomniałem ) na poprawę humorku. Rockowa energia i chrześcijański feeling to całkiem niezłe połączenie, wbrew pozorom.

Nie, ja już dzisiaj naprawdę dzisiaj wysiadam.... Serio. Gdyby było inaczej, to w pierwszym zdaniu tego akapitu nie napisałbym dwa razy słowa "dzisiaj". 

Liczcie więc na to, że kolejny opis mojej przygody z zespołem - Belle Co tak apropo się nazywa - napiszę z duszy, bo przecież jest ona odbiciem absolutu ( tak, Młodą Polskę właśnie przerabiamy w szkole ). Tymczasem pozdrawiam cali zespolik: Basistę, piękne wokalistki, gitarzystę, piękne wokalistki, klawiszowca którego akurat nie było no i nie mogę rzecz jasna zapomnieć o pięknych wokalistkach ( dobra, powieliłem patent, przyznaję ). Jeśli będą na tyle łaskawi i nie wywalą mnie ze swoich szeregów, to myślę że za jakiś czas możecie nas wypatrywać na koncercie ( - tach? )... A wtedy opis w stylu pana Krzywińskiego gwarantowany :)

niedziela, 17 marca 2013

Kilka porad, jak założyć legendarną kapelę. Zostań gwiazdą rocka z Dziennikiem Młodego Metalowca!

Zainspirowany pełnymi polotu i pasji opisami tras koncertowych wspomnianego już kiedyś przeze mnie Macieja Krzywińskiego, dziennikarza miesięcznika "Metal Hammera" i motoru napędowego Zespołu Przedostatniej Strony Metal Hammer ( poczytać, polubić można tu: http://www.facebook.com/ZPSMH?ref=ts&fref=ts ), postanowiłem zastanowić się nad receptą na założenie idealnej rockowej kapeli. Choć "idealne" to być może złe słowo... Ale wiadomo generalnie o co rozkmina idzie. Laski, miliony sprzedanych płyt, koncerty na Wembley, Narodowym ( jak nie będzie padać ), później audiencje u głów państw, własna gwiazda na hollywoodzkiej alei i oczywiście rzesze fanów na całym globie.

Czego więc trzeba, aby osiągnąć taki status i zamachać kolegom hip - hopowcom, techniowcom ( czy tak się odmienia? ) plikiem szmalu przed oczami, zaszpanować laskami i, gdy już im kopary opadną, pokazać \m/ na odchodne? Na początek dobrym pomysłem byłoby skompletowanie składu. Nie zawsze jest to oczywiście wymagane. Chociażby ten koleś co nagrywa pod pseudonimem ( bądź też szyldem ) Ordinary Brainwash. Jakoś w zeszłym roku, czy trochę wcześniej wydał drugą płytę, na której wszystkie partie instrumentalne skomponował i zagrał sam. Nie chciał się laskami z innymi podzielić, menda jedna. 
No ale przyjmijmy że trzeba zebrać ten skład. Ogólny schemat wygląda tak: Gitarę prowadząca otrzymuje koleś który potrafi coś tam grać, na rytmicznym wiośle wystarczy znać podstawowe chwyty nie - barowe i F, bas wymaga jedynie wiedzy że ma cztery struny a nie sześć a na gary bierzesz kogokolwiek, byleby się w miarę rytmu trzymał. Za mikrofonem może stanąć ten który dzierży prowadzącą, bo to często idzie w parze. Jak nie, to weź kumpla, niech łyknie połówkę zimnego spirytusu i będzie charczał idealnie. Choć z resztą wokal też niech bierze pierwszy lepszy, poprawi się go na kompie i już. A jak na koncercie ktoś mu coś zarzuci, to powie że jeszcze ma kaca po ostatniej imprezie. Wybaczą, przecież ludzie kochają imprezy.
W zależności od tego jaki gatunek rockowej/metalowej nawalanki zamierzamy uprawiać możemy użyć klawiszy. Dobrym rozwiązaniem jest użycie jakiegoś syntezatora, bo tu wystarczy znać dwa dźwięki, umieć je równocześnie nacisnąć i już kolejny Twisted Sister, Poison albo Warrant gotowy. Przy bardziej ambitnych gatunkach będziemy prawdopodobnie musieli poszukać kogoś zaznajomionego z tematem. 
Podstawowe kryteria jeśli chodzi o dobór składu mamy. Drugim kryterium (moim zdaniem o niebo ważniejszym) jest oczywiście mocna łeb. No, bo przecież będzie trzeba na tych trasach jakoś ogarniać. To nie jest tak łatwo jak się wydaje! Wlewać w siebie morza wódy, whiskey czy innych szlachetnych trunków też trzeba umieć. A jeszcze następnego dnia śpiewać dla tysięcy rozhasanych fanów ( bo skoro kapela kultowa, to ma supporty, a więc fani będą rozgrzani )? Toż to zakrawa pod rasowy talent! Dobrymi przykładami są tutaj Lemmy i Keith Richards. W Piśmie Świętym napisane było: " Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego " ( pamiętajcie, to żadne kpiny tylko cytat, bo jestem katolikiem). A ja wam mówię: Jeśli nie staniecie się jak Lemmy albo Keith Richards, nie wejdziecie na koncert na Wembley jako międzynarodowa gwiazda rocka.
No dobra. Skład już mamy. Teraz wypadałoby napisać jakieś numery. Wbrew pozorom to wcale nie jest trudne. Nasz gitarzysta rytmiczny zarzuci trzema power chordami, walniemy solówkę na dwóch strunach, dołączamy polkę na garach i hicior murowany. Nie wierzycie, że to tak łatwo? Spójrzcie na taki Bullet For My Valentine. Podobno któryś utwór z ich ostatniej płyty, nie pamiętam teraz tytułu, powstał w trzy minuty. Zważywszy na to, że trwa dłużej niż trzy minuty, to jest to swego rodzaju wyczyn. Jeśli będziemy pragnęli zagrać punka, to też wysiłku większego raczej wkładać nie będzie trzeba. W innych przypadkach raczej dobrym rozwiązaniem będą próby.
Gdy już ogarniemy w miarę repertuar, czas nagrać demo. Jeśli nie będzie nas stać na wynajem studia, zróbmy tak jak zrobił śp. Kurt z Nirvaną. Zatrudnijmy się gdzieś na zmywaku na jakieś dwa tygodnie, zaróbmy te parę stów a potem w dwie godziny nagrajmy przepustkę do kariery. To jedna opcja.
Druga to rzecz jasna koncerty. Nie wskazane jest grywanie po wiejskich dożynkach i zabawach, gdyż  wsioki mogą tej muzy nie zrozumieć. Potem nas sąsiadki będą od diabłów wyzywać, a w skrajnych przypadkach na stos zaniosą i z uśmiechem popatrzą, jak wydajemy ostatnie tchnienie.Lepszym rozwiązaniem jest podpinanie się jako supporty w jakiś klubach albo koncertach plenerowych. Do występów rzecz jasna nie używamy drogich sprzętów, bo też będzie je trzeba często z początku wymieniać. Może i rozwalanie na scenie gitar jest oklepane, ale zawsze przyciągnie uwagę potencjalnych dystrybutorów naszej muzy. 
I tym oto sposobem mamy wydaną płytę! A później to już z górki. Rzucamy szkołę, pijemy, ruszamy w trasę, pijemy, kręcimy z panienkami, gramy koncerty, pijemy, udzielamy wywiadów, pijemy, wypisujemy autografy no i oczywiście nie można zapominać o piciu. Żeby szybciej się wypromować, można pokazać tyłek na scenie, powiedzieć Lady Gadze że jej stroje to nabędziesz w mięsnym albo warzywniaku na zeszyt  lub wejść w związek z Megan Fox. Tak oto rodzi się nowa legenda rocka!

Teraz to droga na Wembley jest już bardzo krótka. Potem będziesz mógł się chwalić: "Pokazałem tyłek tam, gdzie Domarski Anglikom bramkę strzelił!". Long live Rock'n'roll ( and metal, of course, too )!

P.S Zaznacza się, że niniejszy tekst w żaden sposób nie zachęca do popadania w jakiekolwiek nałogi, co może sugerować częste używanie słowa "picie". Ponadto autor nie odpowiada za wszelkie niedogodności i nieprzyjemności dla rodziców, których dzieci po przeczytaniu niniejszych słów zapragną rzucić szkołę i zostać gwiazdą rocka. Tekst został stworzony dla ludzi inteligentnych, trzeźwych ( niech ktoś coś spróbuje zasugerować ), którzy poważnie myślą o rozpoczęciu muzycznej działalności w branży rockowej/metalowej. 

Dobra, w tym ostatnim zdaniu pozwoliłem sobie zażartować.

wtorek, 12 marca 2013

Brać Metalowa! Również słów kilka o istocie muzyki.


Do napisania tych słów zainspirował mnie wywiad w marcowym numerze „Metal Hammera”, przeprowadzony przez Macieja Miskiewicza z Fenrizem z Darkthrone ( kto interesuje się metalem a nawet nie kojarzy tej nazwy ani postaci Fenriza oraz Nocturno Culto, szybko powinien ten brak nadrobić ), jednej z najbardziej zasłużonych dla black metalu kapel. Już widzę niektóre miny, szydercze śmiechy, a może i nawet wyrazy politowania nad głupotą piszącego, który chce zdefiniować istotę muzyki ( patrz druga część tytułu posta ) na przykładzie gatunku niszowego, poza rykiem nie posiadającym żadnych wartości. Otóż tego typu durne osoby mogą od razu ten tekst wyłączyć. Chociaż nie, czytajcie dalej. Może wam się coś w tych łbach poukłada.

Wywiad zaczął się krótkim wstępem pana Macieja: „Szacunek. Szacunek. Szacunek. Za muzykę i wierność ideałom. Przed wami Gylve Nagell aka Fenriz – Wojownik Prawdziwego Metalu”. Już tych parę zdań może obrazować, jak legendarnym statusem cieszą się obaj panowie w środowisku metalowym. Nie tylko za muzykę, ale za tę wierność ideałom właśnie. No bo popatrzmy na nich. Od dwudziestu pięciu lat łupią klasyczny black metal ( prócz pierwszej death metalowej płyty „ Soulside Journey”  i sporadycznie z naleciałościami innych gatunków <  lekko punkowe wpływy na ostanich dwóch - trzech płytach > ), nie bacząc na zmieniające się mody, postęp cywilizacyjny, techniczny i co tam sobie kto jeszcze przytoczy. Na każdej płycie udaje im się zachować brzmienie, dzięki któremu słuchacz może poczuć się jak w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. I co z tego mają? Bogaci nigdy nie będą, bo na tej muzie rzecz jasna nie da się zbić kokosów ( no, ale o przeżycie też się martwić nie muszą, w końcu to legenda ). Na sławę poza kręgami metalowymi, być może jakimiś rockowymi też nie mają raczej co liczyć. Zdarza się jedynie czasami, że jakaś gwiazda masowej kultury, brylująca w telewizji czy gazetach wspomni o nich w kontekście tego, czego się słuchało za młodu bądź też inspiracji ( w tym samym numerze młotka Marcin Prokop < tak, ten z TVN > wypowiada się o metalu, mówiąc że w swej kolekcji ma płyty takich zespołów jak Morbid Angel, Death, Napalm Death, Anthrax czy Samael ). Do Rock’n’roll Hall of Fame też ich raczej nie wprowadzą ( choć tutaj zdarzyło się już wiele dziwnych i niezrozumiałych dla mnie przypadków ). Jednym słowem ( a żeby być ścisłym, to czterema ): Gówno z tego mają. I to jest właśnie piękne i godne podziwu! Trzeba naprawdę kochać muzykę, być nią do szpiku kości przesiąkniętym żeby bez przerwy ją nawalać wiedząc, że nigdy większych korzyści to nie przyniesie. Dzisiejszy świat, wszystko to co dzieje się w telewizji, co obserwujemy w sieci próbuje nam wmówić, że muzyka to powinna być tylko kupa kasy, grube imprezy i laski. Z tym ostatnim mogę się zgodzić, bo nawet śląskie kapele ludowe jakieś gryfne frelki będą mieć, ale żeby grać muzykę po to tylko żeby zarabiać grubą kasę, brylować w teledyskach na popularnych stacjach i jeździć po imprezach? Żenada. Płakać się chce nad takim stanem rzeczy. Może się mylę, ale czy muzyka nie powinna wypływać z serca, nie powinna być podyktowana emocjami i uczuciami? Nie chcę rzecz jasna mówić, że dążenie do bycia sławnym jest złe – każdy wykonawca przecież chce kiedyś stanąć nad setkami tysięcy ludzi, krzyknąć „O! O oooo!”  i czekać aż mu odpowiedzą. No ale czy zakładanie disco polowego zespołu może być podyktowane uczuciami? Ostatnio przekonałem się też, że numery królujące na dyskotekach – zabawach w latach 80 ( które notabene miały jakiś sens i klimat – wiadomo, Modern Talking, Bad Boys Blue, Joy, te sprawy < dobra, kurde, niech wam będzie! Lubię czasami potańczyć :p [ no ale teraz Post jest ] > ) pod względem kompozycji wcale nie muszą się różnić od tych współczesnych rzeczy. Ba, są nawet dużo bardziej skomplikowane! Współczesna piosenki klubowe oscylują wokół dwóch nut, jednego bitu i basu. Ot, cały numer, serio. Nie wierzycie? Ściągnijcie sobie program ZynAddSubFX. To komputerowy syntezator. Zajmuje ok. 1,5 megabajta. Przy odrobinie samozaparcia da się z tym czymś zostać królem współczesnej muzy klubowej. Można jeszcze wrzucić do któregoś Ejaya, dołożyć parę sampli, przeczyścić, wyrównać tempo ( pół godziny roboty ) i największe kluby świata stoją przed nami otworem. Czy taka muza może wypłynąć z serca? Myślę, że to pytanie retoryczne. Z resztą to, co dzieje się ze współczesnym pojmowaniem muzyki jest przerażające. Niedawno ktoś udostępnił na facebooku obrazek z napisem „Muzyka bez basów to nie muzyka. Amen.” Przecież to jest totalna bzdura, idiotyzm, wręcz kulturowa demagogia! Tacy ludzie nigdy nie słyszeli słów „akustycznie”, „nastrojowo”, „unplugged”, „muzyka wokalna” czy „muzyka klasyczna”. Nie mają zielonego, czerwonego, czarnego ani odnoszącego się do żadnego innego koloru pojęcia o muzyce! Ona powinna wyrażać nas! Każdy muzyk jest przecież także poetą, a poeci ( w większości ) traktują swą sztukę nadzwyczaj poważnie i zawsze piszą kierując się emocjami oraz własnymi myślami.

   

Na koniec przejdźmy jeszcze do tej pierwszej części tytułu… Zostawiłem to sobie na deser, bo chcę odnośnie tematu przytoczyć genialną wypowiedź, wspomnianego Fenriza właśnie z tego samego wywiadu: „… Dziś ludzie mają szczęście, ale ja miałem go więcej, bo żyłem w czasach, gdy musiałeś kupić cztery gówniane płyty by w końcu natrafić na jedną kapitalną. Bo nie było informacji i nikt nie mógł ci pomóc. Dziś logujesz się w sieci, znajdujesz znajomych i rozmawiasz o muzyce. Możesz być ekspertem od jakiegoś gatunku w wieku 16 lat. To fantastyczne. Miałem szczęście widzieć na własne oczy te ciężkie czasy i te dobre. Te ciężkie przynosiły chyba nawet więcej satysfakcji. Ludzie muszą być urabiani. Podstawa to znajomość klasyki. Większość współczesnych kapel brzmi jak nieudolne kopie kapel ze złotej epoki, ale i tak wspieramy większość żołnierzy. Wsparcia i lojalności w metalu nie da się porównać z żadnym innym gatunkiem. Ludzie związani z innymi gatunkami zazdroszczą nam tego. Mogą myśleć, że jesteśmy głupi, albo przerażający, ale oddaliby wiele za taką lojalność, jaka funkcjonuje w metalu.”

Czy naprawdę potrzeba wam do tego jakiegoś komentarza? Jeśli któryś z tych pseudo „fanów” muzyki ( o których pisałem na początku ) to przeczytał to teraz już chyba wie, na czym polega istota muzyki. Płynie z serca, wyraża uczucia, zmienia światopoglądy, a przede wszystkim – łączy ludzi. Dlatego właśnie wybrałem do opisania tego tematu black metal. Kasy z tego nie będzie nigdy, należytej sławy też nie, ale muzyka i więzi wśród metalowej braci przetrwają na zawsze!



P.S. W pojęciu „metalowej braci” umieszcza się wyznawcę każdego ciężkiego gatunku, nie tylko black, a więc kilkaset milionów osób.   
  

środa, 2 stycznia 2013

Wystrzałowo - Oskarżycielski Sylwester - Wersja ocenzurowana.

( Poniższa wersja została nieco zmieniona, z racji tego że jak słusznie się spodziewałem pewnym osobom mocno nie przypadła do gustu, mimo iż nie podałem żadnych nazwisk.Nie będę posta usuwał, bo wolność słowa panuje. Nazwijmy to, że tekst jest po cenzurze ) 

Wróciwszy ze szkoły, wedle moich wcześniejszych obietnic postanowiłem zasiąść do kolejnego posta. Nie może być chyba o niczym innym, jak tylko o sylwestrze.... :)

Mając przed oczami obraz tamtych niezapomnianych baletów, postaram się zrelacjonować wszystko w najdrobniejszych szczegółach, choć z wiadomych myślę powodów pewne fakty mogą zostać niedopowiedziane albo przekręcone, bardzo możliwe też że ułożone nie chronologicznie.  Jedyne co jest pewne, to to że zostałem oskarżony o upijanie nieletnich, demoralizowanie ich a w pewnym momencie otarło się nawet o gwałt. Ale wszystko po kolei. 


Zaczęło się koło w pół do dziewiątej wieczorem. Przyszedłem do sąsiada, u którego odbywała się opisywana impreza, z wielkim bananem na ustach. Mając na uwadze osoby, które oprócz mnie miały się tam bawić, byłem pełen szaleńczych ( pozytywnych ) myśli. I czas pokazał, że te moje myśli to był naprawdę pikuś w porównaniu z tym, co się potem wydarzyło.... 

Mniej więcej przed godziną jedenastą, gdy mieliśmy już trochę w główce ( sześciu chłopa ), wbili nam na chatę dwaj koledzy z mniej więcej sąsiedniej miejscowości oraz cztery koleżanki ( z kolejnych oczywistych przyczyn nie będę podawał żadnych nazwisk ), które właściwie stały się kluczowymi postaciami sylwestra. Żeby już na początek wyjaśnić wszelkie wątpliwości, które teraz huczą po całej miejscowości - myśmy im żadnego alkoholu nie dawali. One same przyszły w stanie, który mógł sugerować spożycie czegoś więcej niż tylko coca - cola ( cenzura ). Jedna z nich, córka, nazwijmy go rybak ( cenzura < skojarzenie z Wałami Jagiellońskimi jak najbardziej trafione > ), ogarniała z wszystkich zdecydowanie najmniej. Co tam ogarniała, nie potrafiła nawet używać organu (odpowiedzialnego m.in za całowanie) w celach kontaktowych (cenzura), o narządach ruchu nie wspominając ( cenzura ). Wpierw zaczęła z drugą koleżanką robić to zazwyczaj robi chłopak z dziewczyną ( nie zawsze ), ale bez żadnych sprośnych czy niesmacznych rzeczy, wszystko odbyło się kulturalnie (cenzura) a potem ładnie ozdobiła pół łazienki resztkami kolacji (cenzura). :Położyliśmy ją do pokoju kumpla, gdzie mogła spokojnie odpoczywać po trudach nocy. Tamte dziewczyny, które zostały, nie były wcale bardziej ogarnięte. Jedna z nich o dwunastej zaczęła biegnąć środkiem ulicy do wyimaginowanego chłopaka, a druga zaczęła robić czynności kojarzące się z indianami, którzy z pewnością przyczynili się do popularyzacji wdychania czegoś jako rodzaju przyjemności (cenzura). Jedynie ta ostatnia nic nie piła. Później ( a może trochę wcześniej ), któraś dziewczyn stłukła jeszcze koledze szklanki, więc ten dostał takiego szału, że zacząłem się bać żeby wszyscy przeżyli. Z resztą ja mu się nie dziwię. Wbiją mu bez zapowiedzi na chatę narąbane dziewczyny i rzygają, a potem jeszcze szklanki rozbijają. Ale najgorsze i tak miało dopiero nadejść...

Gdzieś dwadzieścia po północy, gdy wszyscy zdążyliśmy wrócić do domu po fantastycznej szarży na ulicy i rozpoczęciu nowego roku, ktoś zapukał do furtki ( stałem obok niej, próbując doprowadzić do ładu te dwie od fajek i wyimaginowanego chłopaka ). Otwieram, a tu zdziwko jak cholera. Ujrzałem bowiem matkę od jednej z nich (cenzura) i od tej która leżała na łóżku w pokoju kolegi. Teraz to już poszło szybko. Matka nie umiała jej z tego łóżka w ogóle zwlec, więc poszła po ojca, tego rybaka (cenzura ). A jak ten wparował... Stałem z kolegą w pokoju, próbując wszystko wytłumaczyć, ale się kurde nie dało! W dodatku tej dziewczynie zsunął się jeszcze jakiś pasek, czy coś, co w oczach pana rybaka (cenzura ) wyglądało bardzo dwuznacznie. Usłyszeliśmy z kolegą w naszą stronę taki oto tekst ( albo coś koło tego; pamiętajcie, jestem ze śląska właściwie a więc i mowa jest tu z natury inna ):
-  Co wyjście z nią zrobili?! - pierw padło pytanie. - Czamu ona je sebleczonoł?! - grzmiał. - Wszyjscy mołcie u mnie przegrano!

W pewnym momencie począł nawet mówić do kolegi, żeby " wywaloł z tej chałpy ", choć to przecież był jego dom. Nie mam pojęcia, jakim cudem nie obyło się bez jakichkolwiek ran. Oczywiście zaraz trzeba było dzwonić do rodziców od kolegi, żeby wyjaśniać całą sytuację. Ci wrócili, zrobili obchód domu w poszukiwaniu jakichś flaszek ( które zdążyliśmy ukryć), i poszli, na całe nasze cholerne szczęście. Jakby nie patrzeć, tego szczęścia mieliśmy aż irracjonalnie dużo. Ale to i tak jeszcze nie był koniec...

Koło w pół do drugiej mniej więcej, czy jakoś tak. Ktoś znowu zadzwonił do drzwi. Okazało się, że to kolejna leśnicka młodzież... Po raz kolejny szczęście było z nami, bo poza gwałtownym i bezprecedensowym wparowaniem do domu obyło się bez większych rozbojów i ofiar. Dobrze, że nie wszyscy byli pijani i się stopowali. Nawet spoko się bawili. Z domu wyszli gdzieś koło drugiej chyba. Pełna kulturka, serio.

Potem pamiętam jak jeszcze przeżywaliśmy wszyscy to, co się wydarzyło, zastanawiając się czy pokazywanie się na sumie ( bądź też o jakiejkolwiek innej godzinie ) będzie dobrym pomysłem. Patrząc za to zarówno od strony spożytych trunków ( ale tu nie chwaląc się, głowy mamy dosyć mocne >:-) ), jak i (przede wszystkim) od strony naszej opinii w miasteczku, która po oskarżeniach o rozpijanie i demoralizację dziewczyn a w porywach nawet o niebezpiecznie sprośne myśli została prawdopodobnie dość mocno nadszarpnięta. Już rano, gdy obudziliśmy się koło w pół do dziesiątej jakiejś ołmy, jedne ze sztandarowych miejscowych klach, przechodząc koło domu gdzie działa się impreza mówiły: " Ja, a tyjś słyszała co to się dzioło na tego sylwestra u tych X? Podobno i Y tam zalazły, a nawet i Z boła ". Po tych słowach myślę już wiadomo było wszystko... 
Idąc mimo wszystko do kościoła na sumę, stanąłem gdzieś na końcu chóru, co by rybaka ( ani żadnej osoby która mogła o tym wiedzieć ) nie spotkać. Po mszy cichaczem udałem się do domu...

 Nie wiem jak to dalej się wszystko potoczy i jakie oskarżenia jeszcze pod naszym adresem padną, ale jedno jest pewne: To był zaj**isty sylwester! :)

Słownik śląsko - polski dla nie wtajemniczonych:



sebleczon
mołcie - macie 
Ja - tak
oł - rozebrana

klacha - plotkara
ołma - tu: starsza pani
zaleźć - tu: przyjść 
  


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Happy New Year!

Dobra, już dobra... Miało być o półmetku, którego mimo wszystko jakimś cudem udało mi się przeżyć, miały być też pewnie jakieś życzenia świąteczne, a także mnóstwo innych spraw, którego na blogu się nie znalazły. Po części z pewnością wynika to z mojego lenistwa i zaniedbania, po części także z tego, że jako "pisarz" próbowałem i nadal próbuję sprawdzać się na polach innych niż tylko blogowe posty. Opowiadania, znaczy się, także i coś na kształt felietonu ( który z niecierpliwością czeka na to, czy zostanie opublikowany w gazecie ) oraz kilka wierszy ( te ostatnie to bardziej z nudów na lekcjach ). Myślę jednak, że wcale mnie to nie usprawiedliwia i jeśli poczujecie taką potrzebę to walcie we mnie słowami ile wlezie, przyjmę wszystko na klatę. 

W przyszłym roku więc, moim głównym postanowieniem będzie ( zaraz po "będę się uczył", "nie będę kombinował z rzeczami, które są nieodpowiednie dla chłopaków w moim wieku" < sam właściwie do końca nie wiem co to znaczy >, "będę mniej jadł" i inne tego typu abstrakcje ) pisanie regularnych postów. Czy się uda? Jeśli chcecie żeby tak było, to najlepiej mi tego życzcie :)

W roku 2012, jakby nie patrzeć, niniejszy blog miał ogromną szansę na wybicie się z gąszczu innych podobnych mu stron i jako takim zaistnieniu wśród polskich internautów. Po ( małej ) części się to udało, prawie dwanaście tysięcy odsłon ( w tym piętnaście zarejestrowanych z terenu Izraela! ) i sto pięć komentarzy mówią same za siebie. Mogło być jednak tych wejść co najmniej kilkanaście tysięcy więcej, a liczba komentarzy mogła się zwiększyć o połowę. Wtedy to miałbym solidne podstawy do tego, aby startować we wszelakich konkursach na blog roku 2012, gdzie prawdopodobnie wybiłbym się jeszcze wyżej. Ale cóż, pisałem dosyć rzadko, w ostatnich miesiącach w ogóle tego zaniechując, i blog jest tu gdzie jest. Nie mogę jednak narzekać. Po raz kolejny odwołam się tutaj do wszystkich tych pozytywnych opinii, zarówno ze strony znajomych, jak i ze strony nieznanych mi bliżej ( niektórych trochę znanych ) internautów. To dzięki wam przecież ta stronka ma aż tyle wyświetleń. I to dzięki wam właśnie mogę wkraczać w 2013 rok z przekonaniem, że tego bloga stać jeszcze na dokonanie rzeczy wielkich :) 

A wszystkim tym, którzy oglądną tego posta ( tym z Izraela szczególnie ), pragnę życzyć w nowym roku spokoju, radości no i miłości rzecz jasna. I żeby ten rok był dużo lepszy od poprzedniego... Oklepane frazesy, ale powiedzmy sobie przecież, że każdy z nas tego chce. Mimo iż oczywistym jest, że nie zaprowadzimy natychmiastowego pokoju na świecie, warto jednak próbować. Najlepiej zacząć od siebie :)

A w sferze muzycznej... Dużo dobrych płyt i koncertów przede wszystkim, nie tylko tych metalowych czy hard rockowych, ale także i tych, które po prostu przypadną wam do gustu. Wielokrotnie już chyba podkreślałem, że otwartość na różne style i wzajemne ich przenikanie to przecież kwintesencja muzyki. Mnie na ten przykład w ostatnim roku urzekła płyta Lany del Rey.


Na koniec pozostaje mi jeszcze życzyć wszystkim wystrzałowego, suto zakrapianego i zaje**stego po prostu sylwestra :) Bawcie się dobrze! \m/ ( Ja też lecę zaraz na imprezkę... :p )
 

piątek, 23 listopada 2012

Nagroda dla dziewczynek

Z racji tego, iż na piosenkę wciąż nie mam najmniejszej weny, to postanowiłem wiersze napisać, co by nie było, że obiecuję nagrody a potem w konia robię :) 

Kerynia więc, jest kobietą przebojową. Tak
szaloną, że aż strach. Podarowałbym jej mak
jakiś, lecz to chyba mało uroczysty kwiat.
Z miłością ogromną do zwierząt podbije świat!
W unihoka grywa, a i w gałę haratnie.
Karolina się nazywa. No, też ładnie. 
Mazury! Krzyczy serce jej, rozpalone jak
blacha na słońcu. Niczego jej chyba nie brak,
patrząc na zdjęcie. I na tym chyba zakończę.
Choć mógłbym więcej pisać, fajna jest. Tak sądzę.

Powyższy utwór jest przykładem wiersza 13 -sto zgłoskowego ( Dobrze myślicie - tak jak w "Panu Tadeuszu" :D ), podanego w sposób luźny, co chyba widać i czuć.
Jest parę epitetów, porównań i innych form stylistycznych, żeby nie było, że wiersz nie prezentuje żadnych walorów artystycznych ;)

Anna Maria, Głuchowska też,
Piękna dziewczyna też chyba.
Opisała się wzdłuż i wszerz.
W muzie czuje się jak ryba
w wodzie. Grywa na gitarce
I nie gorzej także śpiewa.
Kocha sport - chłopaków w walce
i auta. Czasem też miewa
wenę, to recenzje pisze.
A, i książki czyta także.
Mówiąc tak troszczeczkę ciszej,
 To fajne dziewczę, a jakże!

Tutaj mamy z kolei przykład ośmiozgłoskowca o budowie rymów abab. Jakoś mi to wyszło, mam nadzieję;)


Ach, Dragona... Z racji tego iż niewiele o sobie napisała, to najlepszy dla niej będzie chyba limeryk :)

Mother of Rock,
Niewyżyta i szurnięta
Bloga prowadzi
Koniec
Chyba.

No co? To też jest forma sztuki, choć już dosyć abstrakcyjna, jakkolwiek miało by to nie zabrzmieć.

No i Demetria jeszcze została. To dla niej może fraszka ( albo coś na jej kształt ) krótka, bo bez bicia że już dziś nie mam głowy do kolejnych epickich 13-sto zgłoskowców :)

Demetria, Demetria, co za kobita,
Krzyczy za nią jej cała świta.
Jak za królową, chodzą chłopaki,
Za jej serce poszliby do paki.
I cóż z tego, że to tylko jej marzenia - 
Spoko jest, bez wątpliwości cienia.

No, na tym już chyba koniec. I tak dobrze, że o tej porze udało mi się napisać takie teksty. Nie bez powodu chyba zapomniałem, że nie mam dziś pierwszej lekcji i przyszedłem wcześniej.
Pamiętajcie - dzisiaj półmetek :) Będzie co opisywać·...




sobota, 17 listopada 2012

Powrót ( NIE do przeszłości )!

Po burzliwym okresie jakim były ostatnie miesiące, dni a patrząc z teraźniejszej perspektywy nawet godziny czy minuty (ostatnie zaliczenia na koniec trymestru) doszedłem w końcu do wniosku, że czas do pisania na moim jak dotąd najbardziej znanym dziecku ( takie mi się określenie walnęło no ) powrócić. Po raz kolejny skłania mnie ku temu nieopisana radość wynikająca z samego pisarstwa i możliwość sprezentowania swych myśli światu.
Jednakże dodatkowym bodźcem który dał mi impuls do wskrzeszenia postów był także zaskakująco wręcz pozytywny odzew ze strony czytelników. Zarówno w środowisku, w którym się na co dzień obracam, czyli np. szkoła, czy podwórko ( tu szczególny ukłon w stronę niejakiej Martyny H. [ muszę chronić jej dane osobowe; nie mogę przecież napisać że ma na nazwisko Horoszczak ] i jej rozpaczliwych błagań o jakiś nowy tekst na blogu ). Podsumowując: Dekadencja jeszcze nie nadchodzi.  

W tym miejscu należałoby chyba napisać, co też to w czasie nieobecności porabiałem. Chciałbym się móc poszczycić, że dzięki ostatnim wydarzeniom mojego jakże ciekawego życia doznałem swoistego katharsis i przychodzę teraz z głową wypełnioną milionami pomysłów na teksty, ale nie mogę. Siedzę przed kompem w szkole, czekam na autobus wraz z uroczą Agatą siedząca obok która dowie się że o niej wspomniałem dopiero jak zobaczy gotowy post na stronie i próbuję wyklepać spod palców jakieś słowa, które mogłyby przyciągnąć nowych czytelników. Cholera, to wcale nie jest takie łatwe, serio.

Najlepiej więc chyba będzie, jak powybieram co ciekawsze fragmenty z ostatnich dni. Obszerna relacja minionych <prawie> trzech miesięcy będzie prawdopodobnie nudna, bo rzecz jasna nie każda chwila jest godna poświęcenia jej odrobiny uwagi, nawet w życiu takiego człowieka jak ja ( nie żebym się jakoś próbował wybijać ponad innych ).

Dobra więc... Na początek istotnym może być chyba fakt, że ściąłem włosy. Cholera, nie sądziłem że jeszcze kiedykolwiek w życiu wypowiem podobne zdanie. Przychodzę sobie kulturalnie do fryzjera i proszę o podcięcie trochę więcej niż końcówek ( gdyby chciało mi się wracać, to bym słowo "trochę" podkreślił ). Zadowolony siadam na fotelu, tym bardziej że fryzjerka w gruncie nie była brzydka ( choć nie mój typ ) i spokojnie czekam na podcięcie. Ja rozumiem, że u fryzjera milimetr centymetrowi równy, ale ona mi uwaliła pół głowy ( dobra, głowy to może nie, bo bym dopiero dziwnie wyglądał. Swoją drogą, ciekawe którą połowę głowy byłoby mieć lepiej, od uszu w górę czy od uszu w dół? Tak na makabryczne przemyślenia mnie wzięło ). Z tego miejsca pragnę więc zaapelować do rządu państwowego najwyższego i jego przedstawicieli z sejmem włącznie o zajęcie się reformą polskiego fryzjerstwa, bo to jest narodowa klęska i porażka! My się autostradami przejmujemy, a tu nasze włosy są w niebezpieczeństwie, z każdej strony zagrożone nieudolnością kadry, która tylko na papierze jest wykwalifikowana ( dobra, dobra być może trochę przesadzam, ale wzburzony jestem, to się wyładować próbuję )! 
Poza tym małym szczegółem to jeszcze warto by wspomnieć o półmetku chyba. A tak kurka, starzeję się i o to już nadchodzi półtorej roku mojego bytu w czymś, co zwykło się nazywać Liceum Ogólnokształcące. Krótkie podsumowanie tego minionego czasu? Hmm... To może inaczej, przedstawię mniej więcej stan, w jakim się znajdowałem w poszczególnych okresach. Więc:
- Początek szkoły: Super! Wow! Będzie dobrze, będzie fajnie! Tyle miejsc nowych, ludzi, nauczycieli, cud miód normalnie!
- Połowa I trymestru ( tak, ktoś, prawdopodobnie nie do końca w pełni władz umysłowych, wymyślił sobie u nas trzy trymestry zamiast dwóch semestrów jak w każdej normalnej cywilizowanej szkole ): Spoko, początki bywają trudne, muszę się wziąć w garść.
Końcówka I trymestru: Ku*wa, nie zdam.... Pierwszy raz w życiu nie zdam...
Końcówka II trymestru: Ktoś mnie chyba spytał wtedy, jakie mam plany na sierpień. Ledwo się powstrzymałem, by go delikatnie mówiąc nie poturbować. 
Początek III trymestru: Uff, zdałem! Dobra będzie lepiej, na pewno.
Końcówka III trymestru: Już w uszach dźwięczy " Hotel California ", przed oczami rajskie plaże, dziewczyny, drinki z palemką. a tu nagle nauczycielka staje przed nosem: " No, panie Pawle, wakacje macie już chyba zaplanowane, sądząc po ocenie z ostatniego sprawdzianu ". I tak oto miast The Eagles w umyśle rozbrzmiewała stara, nieśmiertelna rodzicielska wiązanka, która prawdopodobnie jest najbardziej znaną i powielaną pieśnią na świecie, trwająca nieprzerwanie od setek lat: " Synek, cholera, do pokoju marsz i uczyć się! Szlaban! Na komputer, internet, na wszystko! " Prawdopodobnie te kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu tekst zawierał trochę inne słowa, no ale sens ogólny został zachowany. Na szczęście, po wielu morderczych chwilach udało mi się jakoś przebrnąć. 
I trymestr drugiej klasy generalnie wyglądał podobnie do trzeciego, ale też jakoś się prześlizgnąłem. Dobrze, że wszystkie te chemie, biologie, geografie czy fizyki już odpadają bo bym psychicznie się wykończył. Teraz już na serio będzie lepiej, bo zostaną tylko te przedmioty które lubię. Więc nogi na ławkę i mogę spać ( he he ). 

Wracają jeszcze do półmetku... To się gruba impreza szykuje prawdopodobnie. Podobno mają być takie balety, że nawet Thomas Anders z Dieterem Bohlenem planowali się znowu do kupy złożyć i przylecieć, ale zdaje się że im samolot nawalił ( ha, Dreamlinera nie mieli! ). Za to będzie Oxygene, etatowa weselna kapela, które do spółki z paroma innymi kapelami w regionie objeżdża okoliczne wsie wzdłuż i wszerz, dając pokaz swych wirtuozerskich umiejętności ( co by nie pisać, kasę trzepią ). A, i na kolację pierogi zapowiedzieli. To grubo.
Jeśli chodzi o napoje ( nie, nie o coca - colę ), to każdy we własnym zakresie. Wbrew pozorom nie dlatego, żeby niepowołane do przechwycenia trunków osoby z kręgów zbliżonych do rodzicielskich ( nie chcą się po prostu przyznać, że słabe głowy mają! ) nie zrobiły dymu, ale żeby każdy był zadowolony. No bo jakby np. każdy przyniósł króla polskiego który dowodził w bohaterskiej bitwie pod Wiedniem w 1683 ( nie kapną się, jak to tak napisałem? ) albo północnego sąsiada kraju naszego zza morza, tego po prawej bardziej to przecież komuś mogłoby się to nie spodobać. A tak każdy przynosi co chce i wszyscy zadowoleni ( oj, będą zadowoleni pod koniec imprezy ). Obszerna relacja z pewnością się pojawi.

Kończąc więc już na dziś pragnę napisać, że tekst zacząłem pisać wczoraj, czekając na autobus, a kończę teraz, gdy go zaraz opublikuję, jakby ktoś nie skumał. Oczekujcie nowego posta niedługo! ( Cholera, ja wciąż tej piosenki dla dziewczynek nie mam... )

środa, 22 sierpnia 2012

Endorfina

Dziś chcę wam opisać mega super fajne bombowe i w ogóle obfitujące w tego typu radosne kolokwializmy wydarzenie. Mianowicie w Strzelcach Opolskich, jakże cudownym mieście, działająca tam grupa teatralna ( w której także jestem ) zorganizowała wieki happening, którego celem było wywołanie na twarzach ludzi uśmiechu. Głównym organizatorem i pomysłodawcą akcji był Patryk Smarski ( mam nadzieję, że mnie nie pozwie za bezprawne wykorzystanie jego nazwiska ), zajefajny ( zdaję się, iż ten post będzie aż kipiał od kolokwializmów, ale cóż, akurat w momencie jego pisania w mej głowie czają się same tego rodzaju zwroty) chłopak. Wsparcia udzieliła nam także policja ( ależ znajomości, czyż nie? ) na czele z panią Jolantą Dec ( niestety nie pamiętam teraz jej stopnia - ufam że mi wybaczy ), które jednocześnie trzyma pieczę ( NIE PROWADZI ) nad całą grupą. No, ale dość tych wstępów, czas opisać zabawę!

Wszystko zaczęło się około godziny ósmej trzydzieści rano, kiedy to zaspany i zmordowany poranną rowerową jazdą ( do strzelec mam 15 km, nie tak znów dużo na rower, ale to jednak był środek nocy ), ale w gruncie rzeczy szczęśliwy perspektywą spędzenia całego dnia w gronie najfajniejszych i najbardziej zwariowanych ludzi pod słońcem. Wjechawszy na plac Żeromskiego, główny ośrodek naszych działań z daleka ujrzałem machających do mnie kompanów. Podekscytowana Daria Skóra ( dobra, jak wymieniać z nazwiska wszystkich, to wszystkich - nawet jeśli nie będzie to poprawiało przyswajalności niniejszego tekstu) od razu wyskoczyła z pozycji siedzącej którą propagowała na murku i przytuliła mnie, najprawdopodobniej chcąc mnie udusić. Głupio by jednak było uczynić podobną rzecz przy kręcących się wokół ludziach, więc po kilku minutach mnie puściła. Mniej entuzjastycznie, ale równie radośnie na moje przybycie zareagowali koczujący wraz z Darią wspomniany już Patryk, Kasia Ludwig i Regina Hurek. Odstawiając do domu kultury rower, spotkałem tam Tosię Bielak, także świetną dziewczynę oraz Karolinę Kuczerę, za której sprawą ( no i jej posiadającej zabójczy śmiech koleżanki ) miałem mało co nie zwrócić jedzenia. Ale o tym może później...:)
Ludziska zaczęli powoli się zbierać ( nie będę ich teraz po kolei wymieniał, bo bez sensu - każdy zostanie wymieniony przy okazji opisu jakiejś akcji ) i cała impreza stopniowo nabierała rozmachu. Cała impreza została ochrzczona tytułem "Endorfina" - dla nie wtajemniczonych - jest to hormon szczęście ( dobra, też nie wiedziałem, biologia to zdecydowanie moja bolączka ). Warto byłoby też napisać, na czym to wszystko miało polegać. W najkrótszym skrócie ( takie nie mające sensu zestawianie wyrazów miało zdaje się jakąś fachową nazwę, ale jej nie pamiętam - w każdym razie na polskim jeszcze w pierwszej gimnazjum obcięto mi za podobną rzecz punkty na wypracowaniu ) - zadaniem okołu dwudziestu osób zebranych na Placu Żeromskiego było sprawienie, by ludzie zaczęli się uśmiechać. Patentów na to mieliśmy mnóstwo - postaram się wszystkie opisać. 
Najsampierw podzieliliśmy się na grupy, każda miała inne zadanie. Mnie wraz z Darią przydzielono do stworzenia plakatu, na którym umieściliśmy nazwę naszego teatru, żeby było wiadomo, kto to organizuje. Obok Kamilla John oraz miłe dziewczę w okularach, której nazwiska za Chiny ( to stwierdzenia w dzisiejszych czasach zaczyna nabierać coraz to większego znaczenia ) sobie nie mogę przypomnieć ( również liczę na wyrozumiałość ), stworzyły transparent z napisem " Uśmiechnij sie! ", który posłużył później jako narzędzie do rozbawiania ludzi i po prostu zwrócenia na siebie uwagi. Aha - Daria twierdzi że nie ma talentu plastycznego za grosz, a ja uparcie twierdzę że jest inaczej - świetnie przecież ten nasz plakat stworzyła ( ja byłem tylko asystentem ). 
Gdy już rozstawiliśmy się na dobre i  z głośników zaczęły płynąć taneczne przeboje ( aż mnie skręca, że muszę tak o tych mainstreamowych wyrobach pisać - ale jakby nie było ludzi bujało < mnie także, jak zawsze, gdy świruję > ) a dzieciaki obległy plac, postanowiliśmy z kolegą Michałem Grinerem, jakże zacnym wodzirejem ( rym niezamierzony ) przeprowadzić w okół kilka wywiadów. Podchodziliśmy do ludzi, pytaliśmy o to czy często się uśmiechają i co państwo na temat śmiechu sądzą. Po skończonych rozmowach wręczaliśmy im także karteczki, na których widniały napisy typu "Uśmiechnij się", "Ładnie dziś wyglądasz" czy "Śmiech to zdrowie". Zazwyczaj ludzie byli bardzo ucieszeni i gratulowali nam pomysłu, ale zdarzali się też zgorzknialcy, dla których śmiech to pojęcie abstrakcyjne. Tak było z chociażby z pewną przemiłą staruszką.
- Dzień dobry. - przywitał ją Michał. - Czy mogę pani zadać dwa pytanka?
- Nie. - odburknęła starsza kobieta z odrostami na głowie i zielonej, spranej sukience ( sorry za brutalność, ale takie są fakty ).
- Proszę się uśmiechnąć! - podpowiedział kulturalnie Michał.
- Czemu niby? Siedemset złotych emerytury mam, muszę jeszcze chodzić do apteki po leki za trzy stówy i jak tu potem żyć?! Nie ma się z czego śmiać!
- Spokojnie, proszę pani. - wtrąciłem się do rozmowy. - Po co się tak denerwować? W życiu mimo wszystko śmiech jest potrzebny!
- A dajcie wy mi spokój. - ucięła staruszka i tyle z tego było.
Tego typu persony to klasyczny przykład niedoboru endorfin w organizmie. 
No ale zostawmy już tę panią i jej ciężkie życie i przejdźmy dalej. Po przeprowadzeniu tych paru rozmów, wraz z Kasią Ludwig oraz Justyną Wroną, wiecznie uśmiechniętą dziewczyną, ruszyliśmy do parku w celu ozdobienia chodników radosnymi hasłami i malunkami oraz wręczenia napotkanym dzieciom cukierków. Fajnie było widzieć ich rozradowane twarze. 
Jeszcze lepiej jednak było, gdy z tymi samymi dziewczynami, uzbrojeni tym razem w balony dla dzieciaków oraz radosne karteczki wyruszyliśmy na podbój całych Strzelec. Po prostu zatrzymywaliśmy przechodniów, życząc miłego dnia i wręczaliśmy hasła, a do tych po drugiej stronie oraz w autach machaliśmy i uśmiechaliśmy się. To był niesamowite uczucie, gdy odchodziliśmy kawałek, a ludzie zaczynali się śmiać przeczytawszy karteczki. Genialną rzeczą jest świadomość tego, iż właśnie zrobiło się dla drugiej osoby coś miłego i że sprawiło jej to przyjemność.
Wróciwszy z obchodu strzelec poszliśmy na obiad do pobliskiej restauracji. Do stołu zasiadłem wraz z Justyną, Karoliną, Tosią ( tak na marginesie - genialne kręcone włosy ), Martą Bury ( to właśnie ta od zabójczego śmiechu ) oraz Marzeną Rakowską. Podczas mojej konsumpcji hot - dogów prowadziliśmy jeszcze rozmowę w miarę normalną. Gdy jednak Tosia i Justyna dostały swoje obiadowe zestawy tematy do rozważań zaczęły ewoluować w nieco inną, bardziej idiotyczną ( w pozytywnym tego słowa znaczeniu < już tak kiedyś o czymś chyba pisałem > ) stronę. Mianowice Marta z Karoliną zaczęły się zastanawiać jakby to był hodować w mieszkaniu w bloku krowę i co by się stało gdyby się ocieliła. Doszło nawet do tego, że chciały kupić drugie mieszkanie dla tych cielaków co by się urodziły. Później ktoś rzucił ( Marta lub Karolina ) hasło, które z pewnością nie w pomagało Tosi i Justynie w delektowaniu się posiłkiem. Chodzi mianowicie o kupę. Przepraszam wszystkich czytelników bloga którzy patrząc na te słowa właśnie coś jedzą, ale opisuję wszystko tak jak było. No dobra, może szczegółów sobie podaruję, bo wyraz "kupa" sam w sobie jest już dość niehigieniczny ( choć to też w sumie w zależy od kontekstu, w jakim jest użyty ). Mogę jeszcze tylko wspomnieć o stronce www.ratemypoo.com, którą Karolina z pewnością odwiedzi. Kto odważny niech wbija. 
Po obiedzie podzieliliśmy się na dwa obozy, z których jeden wyruszył do urzędu gminy, a drugi do starostwa. Ja zaciągnąłem się do pierwszego. Justyna Mania ( nie Wrona, taka mała uwaga ) oraz Daria poszły do burmistrza z kwiatami i karteczkami jako delegacja, a my w tym czasie porozklejaliśmy hasła na lusterkach stojących wokół aut. Burmistrz był nieobecny, ale co tam - przekaże mu asystentka ( czy kogo on tam ma ). Gdy już w urzędzie większość urzędników została obskoczona, przyszła druga grupa i wszyscy wyruszyliśmy do miejscowego szpitala. Oj, nie było łatwo...
W bodajże dziesięciu wbiliśmy się do windy ( szczęście, że maksymalny jej udźwig wynosił czternaście osób ) i jako pierwszy odwiedziliśmy oddział dziecięcy. Kolejne niesamowite uczucie. Mimo iż trafiliśmy tylko na jedną panią z malutkim dzieckiem i dziewczynką może jedenastoletnią, sprawiliśmy im mnóstwo przyjemności. Mama tego malucha to chyba nawet miała łzy w oczach. Aż mnie dreszcze przeszły.
Na innych oddziałach już tak różowo było. Odwiedziliśmy sporo staruszków, którzy ( kto mógł ) także się cieszyli. Jednakże widząc co niektórych, wymęczonych i zmarnowanych, czekających już na to kiedy wkroczą w to drugie życie, robiło się smutno. No ale na to przecież nic poradzić się nie da. Dobrze, że udało nam się choć trochę osłodzić im życie. Pielęgniarki i lekarze również od nas kwiaty otrzymali, im przecież także się należy, a co. 
Szpital to była nasza ostatni akcja tego dnia. Na polecenie pani Joli, która stwierdziła że już padamy na twarz ( my < chyba > czuliśmy inaczej ) zakończyliśmy zmagania. Czekała mnie jeszcze mnie jeszcze podróż do domu... Wybrałem drogę dłuższą, ale bardziej z górki. Z psychologicznego punktu widzenia tak chyba zrobiłaby większość zmordowanych ludzi, sprawiających wrażenie jakby zaraz miały walnąć plackiem na środek ulicy i krzyczeć " Dajcie mi kanapę i coś do picia! ".
Podczas dnia drugiego ( czyli dziś ), kiedy to miał odbyć się finał, byłem nieobecny. Nie z mojej winy, lecz warunków atmosferycznych. Rano strasznie lało i wypogodziło się  zbyt późno abym mógł dotrzeć tam na moim wysłużonym rowerku na czas.

Jak to wszystko ma się do metalowej ideologii? A no nijak. Post ten jest formą podziękowania dla wszystkich ludzi z którymi dane było mi tę imprezę przeżyć i zarazem apelem do tego, aby się więcej uśmiechać:)
Wszystkich tych, których nie wymieniłem w tekście serdecznie przepraszam, ale dziś o tej godzinie ( a piszę już około półtorej ) nie mam siły na ogarnięcie wszystkich. Kiedy indziej wam wynagrodzę - na bank, jak to mówią:)

Aha, i w Teleexpresie nawet wczoraj byliśmy. Taka mała uwaga... Zdaję się, iż zaczynamy wkraczać na salony.

Choć bardzo bym chciał, nie wrzucę zdjęć, bo już mi coś dzisiaj net przymula...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Fotki dziewcząt

Tak jeszcze w ramach poprzedniego posta wklejam fotki dziewcząt, które zapomniałem wkleić wcześniej. Za błąd przepraszam:)

Magda Jakimowicz, vel Demetria

     


Ania Głuchowska, vel Victoriaax13


Dragona


Kerynia zdjęcia nie przysłała, ale chyba mam ją na fb w znajomych i tam ma zdjęcia jakieś, ale nie jestem pewien czy to ona...:D

Wracam do życia! Pierwsza częśc nagrody.

Po wielu dniach mojej nieobecności, kiedy to wypoczywałem od wszelkiego internetowego i w ogóle miastowego ( tak jakby miejsce w którym mieszkam było miastem ) zgiełku powracam, może w nie do końca wielkim, ale zawsze stylu. Raz jeszcze przepraszam za tak długi brak mojej aktywności na blogu. No, ale wakacje są, jakby nie było. Pisanie, nawet jeśli sprawia przyjemność, to też forma pracy, wcale nie tak łatwa jak mogłoby się wydawać, a na pewno żmudna i wymagająca poświęcenia jej trochę czasu. Niemniej jednak cieszę się, iż znów mogę nadawać. Jasna cholera, brakowało mi tego:)

Przejdźmy więc od razu do konkretów. Rzecz tyczy się tego nieszczęsnego konkursu... A konkretniej jego nagród. Przepraszam was, szanowne dziewczęta, że musiałyście tak długo na nią czekać. Za chwilę część z nich się pojawi:) Piosenki jeszcze nie nagrałem, za co powinnyście mnie już chyba ubiczować. Jednakże żywię cichą nadzieję, że tlą się w waszych sercach resztki cierpliwości oraz wyrozumiałości przede wszystkim i dacie mi jeszcze troszeczkę czasu:) Zasiadłem kilka dni temu do gitary, podłączyłem do pieca i z bólem serca ( a także palców, dokładniej ich opuszek ) stwierdziłem, że mam totalnie za słaby warsztat. Chcę, by utwór który nagram w ramach nagrody nie był kolejną banalną pioseneczką, tak jak to było w przypadku " Piosenki o Weronice ". Chcę, by był kompozycją na miarę największych osiągnięć prog - rockowych wykonawców, z kilku lub nawet kilkunastominutową solówką ( no, może trochę przesadzam )!

Kimże jednak są dziewczyny, dla których pragnę poświęcić tyle swojej energii i czasu?

Kerynia, właściwe imię: Karolina

Więc wychodzi na to że jest kobitą całkiem przebojową i utalentowaną. Pisze wiersze ( hm, będzie musiała mi jeden < co najmniej > wysłać), kocha perkusję i taniec. Zatrudnia się też jako wolontariuszka, pomagając zwierzętom. Z bardzo prostego powodu - po prostu je kocha. Trenuje piłkę nożną ( bardzo ciekawe) i unihokeja (jeszcze ciekawsze). Od urodzenia zamieszkuje naszą piękną Polską krainę, swego czasu zawzięcie walczącą o miejsce w szeregu siedmiu nowych cudów świata, czyli Mazury. Nie dziwi więc, że kocha też wszelakie sporty wodne.
Niestety, blogu dziewczyna nie posiada ( a przynajmniej żadnego adresu nie napisała ), ale to w żaden sposób nie zmienia iż jest fajną, pozytywnie nastawioną dziewczyną ( trudno coś wnioskować z pobieżnych opisów, ale czasami w człowieku odzywa się szósty zmysł i w takich sytuacjach zwykło się mówić: "Mam nosa").

Victoriaax13, właściwie Anna Maria Głuchowska ( prawie jak Wesołowska w sumie )

Nie no, ta to się rozpisała.... Nawet walnęła dokładną datę urodzenia 23.03.1998 (pewnie liczy że jej kartkę przyślę). Bardzo muzykalne dziewczę, można rzec. Gra na gitarze, śpiewa i uczęszczała też na lekcje perkusji. No i czuję te cudowną muzykę, jaką jest metal. Słucha praktycznie wszystkich jego odmian. Ale muza to nie wszystko... Lubi także film. Mało tego, nawet i pisze ich recenzje. Dla własnego użytku, ale sądząc po stylu jej pisania zdradzającym drzemiące w niej pokłady energii w niedługim czasie się to zmieni. A teraz największa bomba: Kocha sporty walki i motoryzację. Tak, tak, panowie, nic tylko walić do niej drzwiami i oknami. Na dokładkę, jeśli komuś jeszcze mało, czyta kobita książki. Przede wszystkim literaturę grozy i Stephen Kinga ( podzielam uzasadniony zachwyt ).

Dziewczyna prowadzi także własne blogi. Pierwszy o adresie www.victoriaax13.blogspot.com, właśnie przestał istnieć. Właśnie teraz to skumałem, bo ostatnia moja wizyta na nim była, jak można łatwo i w prosty sposób wydedukować, przed jego zdjęciem z internetowej społeczności. Chciałem parę komplementów o nim napisać, a tu pstryk i skasowany...
Z kolei drugi, http://www.metale-glany-czarnebandany.blogspot.com/, dopiero zaczyna podbijać świat... Nie chcę pisać na jego temat żadnych ochów i achów tylko dlatego że obraca się w zagadnieniach ściśle powiązanych z metalem ( chyba tak długie zdanie, szczególnie druga jego część nie było aż tak potrzebne - adres bloga mówi wszystko, no ale nie będę już kasował ), bo to by było nieobiektywne. Dobra, powiedzmy sobie szczerze: jeszcze nic na nim nie ma. Jednakże jeśli dziewczyna się postara, to, po raz kolejny wnioskując ze stylu pisania, ta stronka będzie całkiem popularna. Tylko cholera musi tam się coś znaleźć!

Dragona, właściwie Mother of Rock. No co, jeśli chce się tak tytułować, to niech jej będzie.

No cóż, kobieta strasznie nie lubi siebie opisywać. Stwierdziła tylko, że jest niewyżyta i szurnięta. Dobrze, że potrafi mieć do siebie dystans. Jakby się tak zastanowić, to ja też chyba zalatuję lekko szurniętym usposobieniem....
No, ale wszelkie braki w opisach swojej osoby nadrabia dziewczyna własnym blogiem. 
Na tej właśnie szanownej stronce kobita opisuje swoje życie. Z początku może to przywodzić na myśl blogową plagę w ostatnich czasach, czyli krótkie posty zawierające niby to śmieszne opisy z życia okraszone duża ilością buziek i uśmieszków, do tego czasami jakieś zdjęcie. Brak w tym jakichkolwiek nakładów większej roboty czy jakichś oryginalnych pomysłów... O inwencji twórczej nie wspominając. Jednakże blog panny Mother of Rock nie wpisuje się w sztywne, jakby nie było, ramy rzeczonej plagi. Jej blog zawiera wiele refleksji, stawia też wiele pytań. Dragona jest również wielbicielką ciężkiej muzy, co także odbija się na jej postach. Polecam!

Na koniec Demetria. Zdaje się, to tylko jeden z pseudonimów, którym się posługuje... W każdym razie jej właściwe imię nazwisko: Magdalena Jakimowicz.

Dlaczego zostawiłem ją sobie na koniec? Z prostego powodu... Dziewczyna chodzi ze mną do szkoły. Ona do gimnazjum, ja do liceum. bo u nas te dwie instytucje połączone są w jednym budynku. Od czego by tak zacząć jej opisywanie... O! Najsampierw trzeba odnotować dużymi literami jedną rzecz: MAGDA NAPISAŁA KSIĄŻKĘ! Tyle tylko że nie chce jej nikomu pokazywać... Toż to zbrodnia przecież! Ale spokojnie, już ja przekonam żeby próbowała ją wydać... No a z charakterku to całkiem miła osóbka. Nie wadzi nikomu, jest wesoła, lubi nosić glany ( to ostatnie chyba do charakteru nie należy ). Poza tym ma również w sobie wiele pozytywnej energii, co raz okazała mi podstawiając haka na pół korytarza i uważając to za zabawne... 
No i masz jeszcze dziewczę bloga.   http://mrsnobody.blog.onet.pl/ - z racji tegoż iż kocha ciężkie brzmienia, jest to blog powiązany właśnie z tą najszlachetniejszą ( ależ określenie ) odmianą muzyki. Coś długo chyba nie publikowała postów, ale to nic. Wystarczy że powiem jej kilka słów do słuchu i od razu zacznie pisać na zawołanie całe opowiadania... 


No, to tę część mamy za sobą... Teraz zmuszony będę opisać tematy, które w konkursie zostały zaproponowane. Dlaczego nie chcę nosić glanów, moje najgorsze kapele i wykonawcy, ulubione rodzaje metalu i przykłady kapel, satanizm i krakersy. Trochę tego jest, ale spoko, zaraz się zrobi.

Więc na pierwszy ogień idą glany. To wcale nie jest tak, że nie chcę ich nosić. Choć nie, może jest. Chodzi właściwie o to, że nic do nich nie mam i szanuję że mają wiele zalet. Ale jakoś mnie od nich odrzuca... Trampki są chyba o wiele bardziej praktyczne. Zakładając je, dopiero czuję moc!:) Jednakże ostatnimi czasy sporo osób, nawet jeden wielbiciel hip - hopu, polecali mi zakup glanów. No i zaczynam też trochę inwestycję w ten produkt roztrząsać... Oczywiście noszenie takich butów w lato uważam za totalny idiotyzm, przynajmniej w moim wydaniu. Nie potrafiłbym założyć czarnego, grubego obuwia kiedy za oknem lampa grzeje sprawiając iż termometr krzyczy "Error!" bo nie zaprogramowanego pokazywania tak wysokich temperatur. Wbić się w takim czymś na basen to czyste szaleństwo... W zimę to co innego. Same plusy. Ciepło w stopy, nic nie przemaka, po prostu cud miód. No, ale póki co zakup ten zostaje odłożony na czas nieokreślony.

To teraz najgorsze kapele i wykonawcy... Nie sprecyzowano tylko, czy chodzi o muzykę ogólnie, czy stricte o metal. Jeśli ogólnie, to chyba wiadomo. Nie potrafię ścierpieć miałkich, przesłodzonych, robionych w pięć minut pod panujące trendy mainstreamowych piosenek. Puszczanych z resztą na tak zacnych stacjach jak VIVA Polska czy też w radiu RMF i innych. No ale, te radia jeszcze jakąś różnorodność i poszanowanie dla starych światowych klasyków zachowują... Gorzej właśnie z telewizją. W każdym razie strasznie mnie te wszystkie mainstreamy wnerwiają. Spójrzcie tylko na takiego gościa nazwiskiem Gustavo Lima - facet "śpiewa" pół piosenki "tchetchereretche" i do końca życia nie będzie musiał pracować. To jest chore...
Jeśli chodzi o metal, to nie lubię z pewnością przesłodzonego power metalu. W gatunku tym chodzi o zachowanie heavy metalowego ciężaru połączonego z duża ilością klawiszy i melodii. Nie o same klawisze i melodie. Są bowiem kapele, które parając się tym gatunkiem kompletnie zatracają korzenie, z jakich się gatunek wywodzi i gitara schodzi u nich na trzeci plan, bo na pierwszym i drugim brylują perkusyjna galopada oraz słodkie klawisze. Przykład poniżej.
Wkurza mnie też ( już chyba nawet o tym pisałem ), gdy dobra kapela łupiąca jakiś konkretny gatunek zaczyna uderzać w stronę mainstreamu, byle tylko przebić się na salony. Co tam wyznawane idee, co tam filozofie, liczy się sława i kasa, cholera.

Jeśli zaś o ulubione gatunki chodzi... No cóż lubię każdy gatunek metalu. Najlepiej więc chyba będzie, jeśli napiszę za co.

Power metal - uwielbiam głównie za melodie, połączone z chwytliwymi riffami. W tym gatunku świetnie też sprawdzają się wszelkiego rodzaju chórki. Tylko że, tak jak mówiłem, nie można tego przesładzać i trzeba to łupać z głową.
      
                                                        

Heavy metal - za ciężar, energię, moc i tego niesamowitego kopa, którego dostarcza mi ta muza ilekroć jej słucham. Po prostu. W tym gatunku lubię wiele kapel... Iron Maiden, Judas Priest, Saxon,, Turbo, DIO, Black Sabbath... no i wiele, wiele innych, wymieniłem tylko trochę klasyki:)

                                           

Gothic metal - tu przede wszystkim poszukuję tej magii i niesamowitego czaru. Smutek i melancholia to także nieodłączne części gatunku, które sprawiają że jest on wyjątkowy. Jeśli o ten rodzaj chodzi, to nie będę oryginalny jeśli napiszę że najlepszym bandem jest Nightwish. Na drugim miejscu mam chyba Xandrię, również świetną niemiecką kapelę. 

                                                     

Death metal - no, tego nie słucham aż tak dużo, ale szacunek mam, jak najbardziej. Zawsze powtarzam, że growl to najtrudniejszy technicznie rodzaj wokalu na świecie. No i ta brutalność... Chcesz się wyładować, to nie wal na ustawkę, tylko puść sobie w odtwarzaczu jakiś death metalowy kawałek i już. Z kapel to najwięcej chyba Hypocrisy słucham, znam też Grave, Entombed, Death i Morbid Angel. No i Behemoth i Vader, rzecz jasna.

                                                 

Thrash metal - za to samo, co w heavy metalu, tylko podane w ostrzejszy i troszeczkę bardziej ekstremalny sposób. I tu także powiem jeszcze tylko: Po prostu. Z kapel to STARA Metallika rzecz jasna, oczywiście Slayer, Anthrax i Megadeth, czyli cała wielka czwórka, a także Kreator, Exodus czy też Annihilator.

                                                

Black metal - no, tego nie słucham praktycznie wcale. Troszeczkę lepiej znam tylko dwie kapele - Immortal i Keep of Kalessin. Ci ostatni mieli zajęli nawet trzecie miejsce w krajowych eliminacjach Eurowizji w Norwegii dwa lata temu. 

                                                

Viking/pagan metal - No ten gatunek kocham przede wszystkim za epickość i patos. Zdecydowanym numerem jeden w tym temacie jest dla mnie Bathory i nieodżałowany Qhuorton. Bezwzględna klasyka nie tylko metalowej, ale i światowej muzyki. 

                                                  

Folk metal - Tu jak dla mnie chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę i umiłowanie tradycji zaczerpniętych z danego regionu. Gwiazdy tego gatunku to z pewnością fiński Korpiklaani, Ensiferum, Equilibrium czy Alestorm ( taki bardziej heavy metalowy, trochę jak Running Wild ). 



                                           

Chyba już wszystkie te podstawowe gatunki wymieniłem i opisałem:)

Jeśli zaś chodzi o okultyzm i magię, to nie po drodze mi z tymi rzeczami. Nie chcę czerpać z wikipedi jakichś suchych informacji o których nawet nie mam pojęcia. Kopalnią wiedzy w tym temacie jest mój kumpel, ten sam który zrobił mi tę prawie dziarę na ręce. Jeśli ktoś zainteresowany, mogę podać na niego namiary:)

Co zaś się tyczy krakersów... To lubię, czemu nie. Pamiętam jak zawsze z prababcią je jadłem w dzieciństwie, no i z babcią też, po dziś dzień, najlepiej zamoczonych w Dżemie. Pycha!:)

Tak więc raz jeszcze za brak piosenki przepraszam. Jestem pełen nadziei, że uda się ją stworzyć w przeciągu najbliższych kilku dni. Bądźcie więc cierpliwe:)